Fragment książki "Gothique" (rozdział 3 i 4)

Autor: Kyle Marffin

Rozdział trzeci

Jeff Stancheck trzykrotnie walnął w myszkę. Ostatni raz zrobił to pięścią. Wymowny chrzęst plastiku przykrywającego układy scalone zdradził mu, że jeszcze jedno urządzenie odeszło w niepamięć. Ale czasem miażdżenie komputerowych gryzoni było jedynym sposobem na odreagowanie sytuacji, gdy zawodziły obydwa dyski komputera naraz. Po to właśnie miał całą szufladę części zapasowych.

Czasami zrujnowanie myszki było dokładnie tym, czego potrzebował.

Czasami. Ale tym razem komputer odmówił posłuszeństwa i Jeff stracił stronę 47. i 48. lipcowego wydania "Charade Magazine". Wydania, które tej nocy miało zostać przesłane do druku.

Jeff wyrwał z komputera kabel myszki i wyrzucił ją do przepełnionego kosza za plecami. Potem wyjął z szuflady biurka zupełnie nową, w plastikowej, przezroczystej osłonie. Właśnie zaczynał rozdzierać opakowanie, gdy w drzwiach pokazała się głowa Blair.

- Jeff, za pięć minut mamy spotkanie.

- Blair, jestem pogrążony po uszy.

- Obiecuję, że zajmę ci tylko chwilę. Przyjdź do biura Megan.

Blair Armstrong, asystentka głównego redaktora "Charade Magazine", zniknęła, zanim zaczął się wykłócać.

Jeff podłączył nową myszkę, poczekał chwilę, aż ponownie ukazał się plik, i zaczął szukać stron 47. i 48. Ponieważ nie mógł ich odnaleźć, zaczął kląć w stronę ekranu. Złapał pusty kubek po kawie i zerknął na przytłaczający stos zipów i płyt CD, które wciąż czekały na aprobatę. Sto dwadzieścia osiem stron lipcowego wydania, które o piątej pospiesznie odbierze od niego drukarnia, a on był dopiero na stronie 47. Jeff prychnął w stronę komputera i pomyślał z rozrzewnieniem o starych dobrych czasach gumowych odlewów, osadzania czcionek i prac zecerskich. One nigdy nie znikały w cyberprzestrzeni.

Za drzwiami jego pokoju dział artystyczny "Charade Magazine" zbierał się ślamazarnie do przerwy na lunch. Wszędzie piętrzyły się stosy projektów i sterty nieposegregowanych fotografii, gromady dyskietek i wszelkiego rodzaju wydruki, rozrzucone w nieładzie na stanowiskach pracowników. Skanery, drukarki atramentowe i serwery wymrukiwały hałaśliwą sonatę roboczego dnia.

- Potrzebuję ochotnika - krzyknął Jeff. Jak na zawołanie wszyscy schowali głowy za ścianami przepierzeń. - Znów popsuł mi się komputer. Straciłem stronę 47. i 48., ktoś będzie musiał sprawdzić dyski i zlokalizować je w systemie. - Wciąż nie słyszał żadnej odpowiedzi. Jeff zajrzał za przepierzenie biurowej zagródki. - Gabrielle, dziękuję, że się zgłosiłaś.

Gabrielle odsunęła od ucha słuchawkę i przycisnęła ją do piersi. Patrzyła na niego gniewnie zza długiej zasłony czarnej fryzury jak z Rodziny Addamsów i grubo wysmarowanych tuszem rzęs. Jeff nie umiał określić, czy jej złość wywołało przerwanie jej jednej z niekończącego się strumienia prywatnych rozmów, czy też wyznaczenie dodatkowego zadania. Najprawdopodobniej jednak obraziła się za sposób, w który wymówił jej imię. Według niej należało wymawiać je "Ga-BREJ-el" i zawsze nalegała, by tak właśnie brzmiało.

Jeff odpowiedział jej takim samym spojrzeniem, ponownie zastanawiając się, czy dziewczyna kiedykolwiek miała osiem lat, huśtała się na konikach, bawiła lalkami, wślizgiwała do domku na drzewie i reagowała, gdy ktoś zawołał "Gabi". Zerknął na jej dzisiejszą czarną odzież, skrywającą ją od stóp do głów, i na wpół zjedzony jagodowy błyszczyk na ustach. Doszedł do wniosku, że pewnie nie.

- Jeff, umówiłam się na lunch - jęknęła.

- Jest dopiero jedenasta trzydzieści. Masz mnóstwo czasu.

- Ale...

- Przykro mi, Gabrielle, ale mam spotkanie u Megan. Muszę lecieć.

Jeff pomyślał, że dziewczyna była teraz gotowa iść na bosaka przez zamieć. Potrząsnął głową, uśmiechnąwszy się do siebie, gdy wychodził z działu artystycznego. W drodze do redakcji napełnił kubek kawą. Idąc, pociągnął łyk i natychmiast się skrzywił: cynamon. I coś jeszcze. Gałka muszkatołowa? Nadeszły takie czasy, że zwykła, bezkofeinowa kawa w automatach w "Charade" była opcją niestandardową. Teraz, podnosząc kubek do ust, zawsze był niemile zaskoczony jakąś przyprawą.

Magazyn "Charade" wprowadził się trzy lata temu na szesnaste i siedemnaste piętro budynku Whitestar Media Group przy ulicy Fairmont Court. Czasem Jeffowi brakowało ich starych śmieci na piętrze magazynu na zachód od Chicago Loop. Bardzo na zachód. Tak daleko, że fala miejskich renowacji jeszcze tam nie dotarła, by "uszlachetnić" dzielnicę. Spędził tam siedem dobrych lat, a teraz tęsknił za oknem, które można było naprawdę otworzyć, darmowym parkingiem na ulicy, a zwłaszcza za godną zaufania, przyzwoitą włoską knajpą z wołowiną w Westside Grill.

Ale musiał przyznać, że obecne sztuczne marmury i paskudztwa z zielonego szkła oferowały działającą klimatyzację, jeżdżące windy, które nie groziły upadkiem z piątego piętra, a jedyne gryzonie, widoczne w zasięgu wzroku, tkwiły z wtyczkami w komputerach, a nie wiły za nimi gniazd.

Z drugiej strony, tutaj, w okolicach Streetville, w niewielkim kwartale wysokich biurowców, luksusowych apartamentów i nielicznych budynków z piaskowca, wciśniętych między Michigan Avenue a jezioro, parking kosztował trzysta trzydzieści pięć dolarów miesięcznie. A do tego Jeff nie znalazł tu w ciągu trzech lat ani jednej godziwej włoskiej wołowiny.

Cóż, za to zdarzał się przyzwoity polski kotlet z musztardą i grillowanymi cebulkami na wynos w St. Clair.

Jeff podążał wyłożonym wykładziną korytarzem między boksami działu sprzedaży, które odróżniały się od korytarza jedynie kontrastującą wykładziną. Nie zwracał uwagi na sekretarki i osoby wpisujące dane, które podnosiły wzrok znad komputerów, by go ponownie obejrzeć od stóp do głów. Jeff stanąłby w pąsach ze zdumienia, gdyby się dowiedział, że damska połowa załogi "Charade Magazine" - samotna i w związkach - uważała, że jest przystojny. Natomiast on sam zwykle myślał o tym, jak niechlujnie jest ubrany w modne pięć lat temu powyciągane ciuchy. W końcu to "Charade Magazine" obecnie decydowało arbitralnie, co w Chicago miało być trendy. A Jeff był dyrektorem artystycznym tego magazynu. Ale to z kolei stanowiło jedną z wewnętrznych szarad w "Charade", przykład kolejnego szkieletu w błyszczącej na zewnątrz szafie redakcji, która tak naprawdę była jednym wielkim cmentarzyskiem.

Pociągnął kolejny łyk z kubka, ale przypomniał sobie, że to obrzydliwie cuchnąca breja, i wypluł cynamonowy wywar z powrotem. A raczej próbował, bo zamiast tego ciecz polała mu się z ust po białej koszuli i dżinsach. Krople opryskały też kowbojskie buty. Zauważyła to sekretarka za komputerem i usiłowała stłumić chichot. Jeff skrzywił się w jej kierunku, a potem zdał sobie sprawę, jak głupio wygląda, zamienił więc grymas na uśmiech. Wzruszył ramionami, a sekretarka puściła mu oko. W końcu wkroczył do centrum dowodzenia Megan Russell, imperatorskiego, narożnego biura pani redaktor naczelnej.

Nigdzie ani śladu Megan.

Zamiast tego na wykładanym irchą fotelu Megan przycupnęła Blair Armstrong, ściskając podłokietniki, jakby się przymierzała do miejsca swojej zwierzchniczki.

- Blair, mam nadzieję, że Megan się znów nie spóźnia. Wiesz, musimy dziś oddać numer do drukarni. - Jeff opadł na fotel dla gości, stojący przy emaliowanym biurku Megan.

- Nie mam pojęcia, Jeff. Od paru dni nie widziałam Megan.

Jeff poderwał się.

- Jak to, nie widziałaś... To kto zadzwonił dziś rano?

- Ja.

- Ty? A odkąd to wzywasz mnie na spotkanie? Czegoś tu nie zauważyłem? Ja - dyrektor artystyczny, ty - asystentka redaktor naczelnej? Chyba wciąż mam wyższą pozycję, czyż nie, Blair? - Jeff nie znosił biurowego politykierstwa bardziej niż cynamonowej kawy, ale uwielbiał drażnić się z Blair. O jej życiu i śmierci decydowały starcia sił, przypływy i odpływy, plotki z wyższych pięter Whitestar, schematy organizacyjne i dyscyplinujące notatki.

Blair obróciła się o trzysta sześćdziesiąt stopni w wielkim skórzanym fotelu, ukazując świetnie skrojoną, letnią garsonkę i długie nogi. Kiedy ponownie skierowała ku niemu twarz, prychnęła:

- Ja cię wzywam na spotkanie, kiedy Megan nie ma. Musimy wprowadzić zmiany w lipcowym wydaniu.

Jeff roześmiał się cicho.

- Nie, masz na myśli sierpniowe wydanie. - Złapał biurkowy kalendarz Megan. Wciąż widniała na nim data sprzed trzech dni. Przerzucił kartki, by znaleźć dzisiejszą datę, środę 12 lipca, i pchnął go po biurku. - Czy możesz z łaski swojej spojrzeć na daty? Wiesz, który dziś mamy, prawda? Dzień ostatecznego projektu. Dzień oddania do druku. To nie jest dzień na poważne zmiany.

- Nic na to nie poradzę, Jeff.

- Czyj to pomysł, Megan?

- Hm... W zasadzie nie.

- A zatem czyj?

Blair wierciła się.

- To coś w rodzaju połączonych starań działu sprzedaży i redakcji.

- A to oznacza, że jest twój - stwierdził Jeff. - Ale Megan go zaaprobowała, tak?

- Jeff, przecież ci mówiłam, że od paru dni nie widziałam Megan. Z tego, co mi wiadomo, to nikt jej nie widział.

Jeff rozparł się w fotelu.

- To dziwne. To znaczy... nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że Megan wyjeżdża na parę dni, ale nigdy się to nie zdarzyło w dniu ostatecznego projektu. To nasza tradycja, zawsze przeglądaliśmy z Megan strony, zanim oddawaliśmy je do druku.

- Cóż, Jeff, nie mam nic przeciwko mojej szefowej, ale czy nie sądzisz, że Megan ostatnio bywała nieco... hm... zajęta?

Jeff zamyślił się nad tym. Im więcej myślał, tym bardziej zdawał sobie sprawę, że Megan Russell w ciągu ostatnich tygodni była raczej nieobecna. Ledwo się pokazywała w biurze.

- Staram się nie wtykać nosa w nie swoje sprawy - rzekł w końcu. - Może coś się wydarzyło w życiu osobistym Megan.

- Megan nie ma życia osobistego - odparła Blair. Wsunęła zakończone wymanikiurowanymi paznokciami palce w blond włosy. - Jej życie osobiste to "Charade". Och, Jeff, pracowałeś z nią od chwili, gdy była jedną z redaktorek, a ty nic niewartym grafikiem. Minęło już dziesięć lat, prawda? No wiesz, te dni chwały, do których oboje wracacie z takim sentymentem, kiedy "Charade Magazine" było drugorzędną, tanią imitacją "Village Voice"? Pamiętasz, to było, zanim "drugorzędna" nie spadła na trzecie miejsce?

Jeff przytaknął.

- Praca z nami wówczas nieźle by ci posłużyła, Blair. To do "Charade" skierowali się ludzie, chcąc czytać najświeższe artykuły tematyczne, ogłoszenia i demaskatorskie materiały. - Odwrócił się od niej i wyjrzał przez okno na Lake Shore Drive. - Zawsze mieliśmy najlepsze eseje, fragmenty najlepszych książek, najlepsze opowiadania. Saul Bellow, Studs Terkel, Robinson, Mailer, kto tylko chcesz i...

- I ledwo na siebie zarabialiście - dodała Blair, pochylając się nad biurkiem. Wzrok Jeffa przykuł rąbek koronki wystającej z rozchylonych klap dwurzędowego kostiumu. Szybko odwrócił spojrzenie. - Jeff, nie próbuj na mnie zrobić wrażenia swoimi hipisowskimi sentymentami. Dni buntu nikogo już nie obchodzą.

- No wiesz, nawet mnie one nie interesują - odrzekł Jeff. - Nawet nie jestem pewien, kiedy to w ogóle było. Do diabła, pewnie wciąż wtedy marnowałem czas w liceum Świętego Bartłomieja. - Jeff wyobraził sobie, że Blair założyła pod biurkiem nogę na nogę. Dobiegał go nikły dźwięk ocierania się nylonu o płótno.

- Nieważne - stwierdziła. - Musimy teraz pomartwić się, jak dodać trzy strony do wydania.

Jeff mrugnął oczami i pomyślał: "Jest tutaj od trzech lat i wciąż nic nie łapie".

- Blair, przejdźmy przez to raz jeszcze, tak, byś zapamiętała wszystko do czasu, kiedy już naprawdę zasiądziesz na tym krześle. Strony tworzone są poczwórnie, jak książeczki. "Charade" drukowane jest w formie szesnastek. Nazywa się to sygnaturką, pamiętasz? Syg-na-tur-ką. Tak składa się każdy większy magazyn na świecie.

- Wiem o tym wszystkim - powiedziała.

- Zatem wiesz też, czemu nie możemy dodać trzech stron. - Nawet pomimo pełnego lipcowego słońca, które grzało przez wielkie okna, podświetlając sylwetkę Blair w wielkim skórzanym fotelu, Jeff widział, jak jej twarz krzywi się, przybierając wyraz twarzy małej nadętej dziewczynki.

- Nie możemy po prostu dodać jakiejś ulotki?

- Wróćmy do początku naszej rozmowy - rzekł Jeff. - Co tak naprawdę mam tam zmieścić?

Kobieta otworzyła kopertę z bananowca i rozłożyła na biurku fotografie oraz linoryty. Jeff skrzywił się, gdy tylko na nie zerknął.

- Znowu? - spytał. - Czy nie...

- Tak, to znów one. Dział sprzedaży dopiero co wydusił z nich czterokolorową reklamę na rozkładówkę. Dodatkowo mamy czterostronicowy płatny artykuł. Zdjęcia do reklamy już do nas idą z ich agencji. - Blair zniżyła głos. - Choć akurat to, co się mówi na ulicy, ma dla tej agencji najmniejsze znaczenie. Słyszałam, że szukają kogoś nowego. Więc chyba to ty będziesz się musiał zająć przygotowaniem reklamówki. - Jeff przerzucał fotografie. Ujrzał kolejne modne zdjęcia Helmuta Newtona: anorektyczne, blade nastolatki w cmentarnych strojach z ponurymi minami na twarzy. Krzykliwe ciuchy sado-maso miały odzwierciedlać ostatni trend w modzie. Nadęta poza, oto czym żyły ostatnio wszystkie nocne kluby i butiki Chicago. Blair wyczuła jego reakcję. Może zdradziła go mina. - Och, przypuszczam, że gdyby to było przemówienie działu transportowego miasta Chicago, to pewnie znalazłbyś nieco miejsca? A może jeśli okazałoby się, że to kolejne popieprzone opowiadanie, które zdobyło nagrodę literacką na jakimś college'u na zadupiu, to pewnie wszystko byłoby super?

- To nie tak, tylko...

- Słuchaj, sprzedaż podlizuje się ich agencji od miesięcy. Bóg jeden wie, że wrzuciłam w moją kolumnę wystarczająco dużo darmowych zapowiedzi. Muszą czymś się nam odpłacić. Zaczęli wspominać o dwustronicowej rozkładówce co miesiąc przez cały rok i o kwartalnych ulotkach. Dadzą też więcej materiałów reklamowych. A może też zasponsorujemy im jakiś wieczór tematyczny. Zdajesz sobie sprawę, o jakich mówimy przychodach?

- No dobrze - odpowiedział Jeff. - Przestań próbować mnie przeciągnąć na swoją stronę. Dołączę te trzy strony. Jak to się stanie, to już inna historia.

- A właściwie to czemu nie możesz dorzucić paru dodatkowych stron? - spytała Blair. - Uzupełnisz je jakimiś śmieciami i tyle.

Jeff potrząsnął głową.

- To kwestia budżetu. Zamówienie na papier składa się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Tak samo określa się czas pracy maszyn drukarskich. - Potarł brodę. - Chyba że chcesz zadzwonić do Whitestar i poprosić o zmiany w budżecie.

Oboje spojrzeli po sobie.

"Charade Magazine" wystartowało jako darmowy tygodnik w roku 1971. Magazyn został po raz pierwszy wydany przez dwóch studentów, wyrzuconych z Northwestern University, którzy faktycznie wcześniej byli hipisami. Trzy lata temu sprzedali magazyn Whitestar Group za siedmiocyfrową sumkę dla każdego z nich i najprawdopodobniej zakładali teraz jakąś firemkę z luksusowymi lodami. To Whitestar wprowadził "Charade" do ekskluzywnych pomieszczeń przy Fairmont Court. To Whitestar skomputeryzował dział artystyczny. To Whitestar, bazując na niebywale rozdmuchanych referencjach, podkupił Blair Armstrong od "Interview Magazine", gdzie była wychwalaną asystentką administracyjną. To Whitestar zamienił "Charade" w najmodniejszy magazyn o trendach i nocnym życiu. To Whitestar Media Group wywali ich oboje, jeśli tylko wspomną o zmianie budżetu.

- Nie - powiedzieli jednocześnie Blair i Jeff.

Uśmiechnęli się do siebie nawzajem i przynajmniej na tę chwilę zawarli rozejm.

- Możesz wyciąć parę zdjęć z tytułu "Smak Chicago" - zaproponowała Blair odrobinę mniej sztywnym głosem. - A ja sprawdzę ze sprzedażą i zobaczę, czy nie możemy uwalić całostronicowego materiału o Krowne. Słyszałam, że od sześciu miesięcy nie płacą rachunków.

- Czyli tu coś przemycimy, a tam obetniemy? - spytał Jeff.

- Pasuje mi to. - Blair zerknęła na roleksa. - Słuchaj, dziesięć minut temu miałam wkraczać tanecznym krokiem na lunch w La Stradzie. Niech twoje Picassy się zajmą tematem, a ja wpadnę późniejszym popołudniem i sprawdzę, jak im idzie. Kto wie? Może do tej pory Megan się znajdzie.

Jeff wstał z fotela.

- Bez znaczenia, ty czy Megan, lepiej zaplanować na dzisiejszy wieczór sprawdzenie zmian. Pewnie będzie koło ósmej, a może dziewiątej. Oczywiście, o ile dostaniemy szybko tę reklamę.

Blair powsuwała zdjęcia i wydruki z powrotem do koperty z bananowca i przesunęła ją po biurku w stronę Jeffa.

- Tak późno?

- Tak późno.

Ale ona już wyszła zza biurka i skierowała się w stronę drzwi.

- Cóż, będziemy chyba musieli na kogoś się zdać. A może prześlesz mi coś na faks do domu.

Blair, wypowiedziawszy te słowa, zniknęła.

Pozostał po niej tylko unoszący się w biurze zapach perfum.

Jeff wciągnął woń i uśmiechnął się. W uszach wciąż miał szelest kostiumu, ocierającego się o nogi Blair.

Potrząsnął głową, ścierając uśmiech z ust i przeganiając jej zapach. Potem sięgnął po kopertę. Nazwa projektu już na niej widniała, wypisana schludnie na etykietce.

GOTHIQUE

 Rozdział czwarty

 

Środowy upał i wilgoć stawały się wraz z upływem dnia coraz bardziej uciążliwe. Wszystko trwało w bezruchu, począwszy od powietrza, po śmieci, które niemal kipiały pod peronem Morse Avenue El.

Środowy upał i wilgoć stawały się wraz z upływem dnia coraz bardziej uciążliwe. Wszystko trwało w bezruchu, począwszy od powietrza, po śmieci, które niemal kipiały pod peronem Morse Avenue El.

Colleen Russell, popychana na peronie ku wyjściu na Morse przez tłum pędzący w godzinach szczytu, czuła, jak asfalt przywiera do podeszew jej niezgrabnych butów na płaskim obcasie. A może to tylko guma do żucia topiła się w zamglonym, popołudniowym słońcu? Colleen ścisnęła portfolio w spoconej dłoni, w drugiej trzymała torebkę. Wszyscy mówili o tłumach kieszonkowców na stacji El. Wysunięta na północ część Chicago nie była już taka jak kiedyś. Zwłaszcza Rogers Park.

Do diabła, pewnie nigdy nie była taka jak kiedyś.

Zatrzymała się w koreańskim sklepiku na Morse i wypiła duszkiem zimną wodę sodową. Opierała się o lodówkę tylko po to, by poczuć, jak chłód przenika przez zmięty, bawełniany kostium. Pomyślała, że dziś wieczorem znów będzie musiała go wyprasować, i wyszła z powrotem w upał. Rano miała kolejną rozmowę o pracę, a potem jeszcze jedną, tuż po lunchu. Spośród całej jej garderoby beżowe, bawełniane wdzianko i spódnica najbardziej przypominały prawdziwe ubrania biznesowe.

Parła przed siebie po Morse, a popołudniowe słońce grzało tył głowy, aż parzyły ją długie, rude włosy. Tego dnia dobrze by było je spiąć albo schować długie czerwone kosmyki pod chustką. Ale rano nie pomyślała o tym.

Za Sheridan skręciła w lewo. Słońce zaczęło jej świecić w lewy policzek, próbując ją upiec. Kremowa, jasna cera pokryła się piegami na pierwszym roku w college'u. Nawet czasem Colleen wyczuwała te piegi, czające się tuż pod powierzchnią skóry, mimo że od tamtego czasu minęło już sześć lat.

Wokół unosił się szum setek wentylatorów i klimatyzatorów zamontowanych w oknach jednopiętrowych domków. Przynajmniej w tych należących do szczęśliwców. W wypadku mniej szczęśliwych okna po prostu wisiały, otwarte, a wypłowiałe od słońca zasłony falowały na słabym wietrzyku, przybrudzone od spalin samochodów przejeżdżających Sheridan i śmierdzących, napędzanych olejem autobusów. Ten nikły wietrzyk zdawał się nieco przynosić ulgę w upale. Mimo wszystko nie był chyba ani odrobinę mniej wilgotny, gdy Colleen przechodziła obok Loyola Park. Jezioro Michigan okalały niewielkie boiska do siatkówki i skrawki srebrzystej plaży.

Czuła, jakby do jej pantofli ktoś nasypał żwiru. Szorstkie wnętrze butów ocierało jej stopy. Ale czego mogła się spodziewać? Kupiła je w Tanich Butach na Broadwayu tego samego dnia co strój na rozmowy w sprawie pracy. Wykonano je z plastiku, papieru i tworzyw sztucznych. Przez chwilę Colleen czuła pokusę, by je zzuć i przejść resztę drogi do domu na bosaka. Ale wystarczyło jedno zerknięcie na chodnik, upstrzony wyplutymi gumami do żucia, potłuczonymi butelkami, a czasem nawet zużytą prezerwatywą, by skutecznie odwieść ją od tego pomysłu.

Przeszła jeszcze pięć budynków wzdłuż Sheridan. Potem skręciła w prawo w Chase Avenue, krótką uliczkę, po której obu stronach tłoczyły się bloki różnych rozmiarów i z różnymi fasadami, osłonięte starymi klonami, lecz szczycące się widokiem na jezioro. W burzowe noce fale uderzały o falochrony i przemaczały każdy zaparkowany tu nieprawidłowo samochód. Zimą w ciągu godziny mgiełka znad wzburzonej tafli zamieniała samochód w lodową rzeźbę. Ale dzisiaj jezioro tylko lizało betonowe bariery, zbyt rozgrzane i zmęczone, by się burzyć.

Colleen skierowała się ku ostatniemu budynkowi na końcu alejki. Czteropiętrowa kamienica wymagała remontu. Wyglądała tak, jakby wraz z nadejściem kolejnej nawałnicy miała się zwalić do jeziora. Kobieta przeszła przez nigdy nie zamykaną bramę i minęła nigdy nie koszony szczeciniasty spłachetek trawnika między czterema ścianami kamienicy. Weszła w zawsze otwarte drzwi i skierowała się po schodach ku czwartemu piętru.

Po pięciu dniach rozmów o pracę to była chyba najdłuższa wspinaczka jej życia.

Pięć rozmów, z których pierwsza zaczynała się o dziewiątej, następna o jedenastej, a trzy kolejne odbywały się po południu. Na wszystkie dojeżdżała do śródmieścia. Tam ludzie przemykali między piętrami i biurami w bardzo pilnych i ważnych sprawach. Wszyscy, prócz Colleen.

Po pięciu minutach każdej z rozmów wiedziała, że nikt jej nie da pracy. W końcu o 15.30 pewien dyrektor artystyczny spędził z nią nieco więcej czasu, badając jej życie osobiste staranniej niż życiorys. Ledwo zerknął na jej portfolio, choć z pewnością zmarnował więcej czasu, wgapiając się w jej nogi. Colleen wiedziała, że ma ładne nogi, ale mimo wszystko...

Może gdyby chciało jej się dziś założyć rajstopy, może ta chętka byłaby bardziej...

Nie, mężczyzna był obleśny, a poza tym było za gorąco, by nawet pomyśleć o włożeniu...

A niech to.

Colleen zanurzyła rękę w torebce, wciąż kierując się do drzwi.

A niech to. Chusteczki higieniczne, długopisy, recepty, drobniaki, tampony, portfel, zapałki, na wpół zużyty puder w kompakcie Walgreen z winylową gąbeczką.

Nie było kluczy.

A niech to. Colleen upuściła swoje pełnowymiarowe portfolio na podłogę półpiętra i gorączkowo przeszukiwała kieszenie marynarki. Jezu, oby tylko Cass był w domu.

Już się miała poddać i przestać pukać, gdy w końcu rygle odsunęły się. Towarzyszyła temu litania trzasków i stuków łańcuchów oraz haczyków po drugiej stronie drzwi. Wrota otworzyły się, ukazując Cassa z mokrymi włosami i okręconym wokół talii czarnym ręcznikiem. Drugi wisiał mu na szyi.

Zakołysał kluczami.

- Czegoś rano zapomnieliśmy, prawda? - Colleen chrząknęła i przeszła obok niego, kulejąc i wyciągając rękę. Cass rzucił klucze w jej dłoń. Upuściła portfolio obok drzwi, cisnęła torebkę na podłogę, a sama padła na sofę. - Kochanie, wyglądasz, jakby cię dziś przepuścili przez wyżymaczkę - stwierdził. Ponownie chrząknęła, zdzierając z siebie pogniecioną marynarkę. - Colleen, skądś znam tę koszulkę. Nie przyznaję się natomiast do potu.

- Wybacz - odparła i zrzuciła pantofle, które stuknęły o podłogę z charakterystycznym plastikowym dźwiękiem. - Wciąż spałeś, gdy się dziś rano przygotowywałam. Nie miałam żadnej czystej rzeczy. - Zerknęła na plamy potu, znaczące białą koszulkę. - Upiorę ją, Cass. W zasadzie dziś się zajmę praniem.

- Pewnie, że tak. Ty, pralka i moje ubrania? Równie dobrze mógłbym je teraz oddać Armii Zbawienia. - Przetarł ręcznikiem włosy. Krótko ostrzyżone skronie już mu wysychały, a bujne, farbowane na blond kosmyki wciąż wisiały, mokre i błyszczące. Rzucił w nią ręcznikiem. - Wyglądasz, jakbyś go potrzebowała bardziej ode mnie.

- Dzięki. - Złapała ręcznik i przetarła nim kark i twarz. Poczuła przyjemny chłód i przez chwilę gorące, wilgotne powietrze, które sączyło się przez malutkie otwarte okienko w dużym pokoju, nie śmierdziało aż tak mocno.

- Nie miałaś dziś szczęścia? - Cass opadł na fotel naprzeciwko sofy, nieświadomy, że owinięty wokół jego talii ręcznik rozchylił się częściowo. A może wcale go to nie obchodziło.

- Nie, tak jak zwykle. - Colleen zerknęła na jego szczupłe biodra, a potem szybko odwróciła wzrok. - Kto mnie pchnął ku projektom graficznym? Wiem, że nie moi rodzice. Pewnie wciąż przewracają się w grobach, że nie poszłam do szkoły dla pielęgniarek.

- Nie - rzekł Cass. - Na kurs prawa.

Colleen potrząsnęła głową.

- Księgowości.

- Do szkoły pedagogicznej. - Cass uniósł brew. - Nauczanie podstawowe. Klasy 1-3.

- Oczywiście, w szkole katolickiej - dodała Colleen. - Nie ma sensu babrać się z dziatwą publiczną i poganami.

- I mogłaś sobie znaleźć miłego narzeczonego przed ukończeniem studiów. Zaręczyć się przed egzaminami końcowymi. Może nawet z jakimś magistrem marketingu i zarządzania. - Cass wstał z fotela i zawiązał ręcznik, zanim ten opadł. - Kochanie, strasznie mi przykro, ale wydaje mi się, że tylko i wyłącznie ciebie można obarczyć winą za wybór projektowania graficznego. Artyści, którzy wybierają pełną miskę, skupiają się na projektowaniu graficznym. - Skinęła głową, jakby powierzył jej jakiś życiowy sekret. - A jeśli chodzi o marnowanie czasu, to już jestem spóźniony. - Wziął drugi ręcznik z rąk Colleen i wyszedł z pokoju.

Pociągnęła w górę ściągacz koszulki i podmuchała sobie na piersi. Uniosła spojrzenie, by zobaczyć, jak Cass idzie korytarzem. Smukła sylwetka, długie, szczupłe nogi i lekka burza jasnobrązowych włosów. Jędrny tyłeczek podrygiwał pod ręcznikiem. Miał skórę jaśniejszą od niej. Kiedy wchodził do łazienki, zdążyła jeszcze po raz ostatni popatrzeć na jego twarz, zbyt doskonałą jak na mężczyznę.

Drzwi łazienki zamknęły się. Wstała z sofy i potrząsnęła głową.

Wszyscy prawdziwi mężczyźni to geje, prawda?

Skierowała się do swojego pokoju.

[...]

Gothique

Autor: Kyle Marffin
Tłumaczenie: Ewa Helińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 4/2007
Tytuł oryginalny: Gothique. A Vampire Novel
Rok wydania oryginału: 2000
Liczba stron: 456
Format: 155x235 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7506-061-4
Wydanie: I
Cena z okładki: 32,90 zł


blog comments powered by Disqus