Fragment książki "Jony Ive"


Wprowadzenie

Kiedy pierwszy raz spotkałem Jony’ego Ive’a, przez całą noc nosił mój plecak.

Nasze drogi skrzyżowały się podczas imprezy odbywającej się wczesnym wieczorem na Macworld Expo w 2003 roku. Jako niezbyt jeszcze doświadczony dziennikarz pracujący dla portalu Wired.com doskonale zdawałem sobie sprawę, kim jest mój towarzysz – Jonathan Paul Ive już wkrótce miał się stać najsłynniejszym projektantem na świecie.

Zaskoczyło mnie, że chce ze mną rozmawiać.

Okazało się, że obaj lubimy piwo oraz że będąc imigrantami z Wielkiej Brytanii mieszkającymi w San Francisco, codziennie obaj przeżywamy lekki szok kulturowy. Wspólnie z żoną Jony’ego, Heather, powspominaliśmy brytyjskie puby, świetne brytyjskie gazety i muzykę, której bardzo nam brakowało (w szczególności house’u).

Po kilku piwach zerwałem się nagle, zdawszy sobie sprawę, że jestem spóźniony na spotkanie. Tak się śpieszyłem, że zapomniałem zabrać torby z laptopem.

Już dobrze po północy ponownie wpadłem na Jony’ego, tym razem w hotelowym barze po drugiej stronie miasta. Ku wielkiemu zaskoczeniu spostrzegłem, że przez ramię ma przerzucony mój plecak.

Kiedy uprzytomniłem sobie, że jeden z najbardziej cenionych projektantów w branży przez cały wieczór nosił moją zgubę, dosłownie opadła mi szczęka.

Teraz zdaję sobie sprawę, że było to zachowanie typowe dla Ive’a. To człowiek, który poświęca się dla zespołu, współpracowników i – przede wszystkim – dla Apple. Dla Jony’ego istnieje niewiele poza pracą, ale kiedy o niej opowiada, zawsze posługuje się zaimkiem „my” zamiast „ja”.

Kilka miesięcy po naszym pierwszym spotkaniu ponownie natknąłem się na niego na Międzynarodowej Konferencji Deweloperów Apple w czerwcu 2003 roku. Stał z boku sceny i gawędził z kilkoma poważnie wyglądającymi kobietami z działu public relations Apple, podczas gdy Steve Jobs prezentował Power ­Maca G5, potężny komputer w imponującej aluminiowej obudowie typu tower. Kiedy Jobs skończył swoje wystąpienie, podszedłem do Jony’ego.

Uśmiechnął się szeroko i przywitał mnie słowami: „Jak miło znów cię widzieć”. Podaliśmy sobie ręce, po czym niezwykle ciepło zapytał: „Jak się masz?”. Chciałem wspomnieć coś o moim plecaku, ale było mi trochę wstyd.

W końcu udało mi się wykrztusić z siebie pytanie: „Czy zechciałbyś powiedzieć mi kilka słów o komputerze, które mógłbym zacytować w artykule?”. Stojące obok kobiety z działu PR jednocześnie pokręciły głowami – Apple zawsze było znane ze swojej skrytej natury – ale Jony odpowiedział: „Jasne”.

Zaprowadził mnie pod znajdujący się nieopodal piedestał, na którym stał model przedstawionego przez Jobsa komputera. Potrzebowałem tylko kilku chwytliwych zdań, ale Jony rozpoczął pełen pasji dwudziestominutowy monolog na temat swoich najnowszych osiągnięć. Ledwo udało mi się wcisnąć jedną czy dwie uwagi. Nie potrafił przestać – design to jego pasja.

Power Mac G5 był wykonany z wielkiej płyty aluminium i kojarzył się trochę z bombowcem typu stealth z surowego, szarego metalu. Ten niby-militarny charakter pasował do okoliczności – były to czasy wojny na megaherce. Apple i Intel konkurowały o laur posiadacza najszybszych procesorów. Producenci komputerów reklamowali swoje produkty, odnosząc się do czystej mocy obliczeniowej, a Apple podkreślało, że jego nowa maszyna jest najpotężniejsza na rynku. Jony jednak w ogóle nie poruszał tematu mocy.

„Ten komputer było bardzo trudno zaprojektować” – powiedział. Zaczął opowiadać o tym, że designowi najnowszej maszyny przyświecała chęć zachowania maksymalnej prostoty. „Zależało nam na tym, by pozbyć się wszystkiego, co nie było stuprocentowo potrzebne, choć z zewnątrz cały ten olbrzymi wysiłek jest zupełnie niedostrzegalny. Kilkakrotnie musieliśmy wracać do postaw. Czy potrzebna nam ta część? Czy możemy jakoś sprawić, żeby spełniała funkcję tych pozostałych czterech elementów? Przerodziło się to w próbę maksymalnego uproszczenia konstrukcji, ale dzięki temu komputer jest łatwiejszy w budowie i w użytkowaniu”.

Upraszczanie? Pozbywanie się elementów? W niczym nie przypominało to radosnych przechwałek, które zwykle słyszało się w tej branży. Wypuszczając na rynek nowe produkty, firmy miały w zwyczaju dodawać kolejne wodotryski; Jony mówił natomiast o czymś zgoła przeciwnym. Choć tak naprawdę jego podejście wcale nie było rewolucyjne (upraszczanie to podstawa dobrego designu), wtedy, w 2003 roku, obranie takiej metody wydawało się odrobinę nie przystawać do rzeczywistości. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że owego czerwcowego poranka w San Francisco Jony odsłonił przede mną tajemnicę innowacji Apple, umożliwił zrozumienie filozofii, w oparciu o którą firma dokonała swoich przełomowych osiągnięć i stała się jedną z dominujących korporacji na świecie.

Kiedy Steve Jobs prezentował publiczności owoce współpracy z Ive’em – w tym tak kultowe urządzenia jak iMac, iPod, iPhone i iPad – Jony wolał stać z boku. Ale to jego myśl i talent doprowadziły do przełomowych rozwiązań w tych produktach. Jako starszy wiceprezes ds. wzornictwa przemysłowego w Apple stał się niezwykle wpływową osobą, kształtującą nasze zinformatyzowane społeczeństwa i definiującą na nowo styl naszej pracy, rozrywki i porozumiewania się.

Jak zatem doszło do tego, że angielski absolwent szkoły arty­stycznej, dyslektyk, stał się wiodącym innowatorem w dziedzinie technologii?

Na kartach tej książki spotkamy się z genialnym, a przy tym skromnym człowiekiem z obsesją na punkcie wzornictwa, którego kapitalne, innowacyjne pomysły niewątpliwie odmieniły styl również i twojego życia.


 

Rozdział 3

Życie w Londynie

Jony pragnął tworzyć rzeczy dobre i przydatne. Bardzo ważna była dla niego humanizacja techniki.

Peter Phillips

Latem 1989 roku Jony Ive i David Tonge jako świeżo upieczeni absolwenci Newcastle Polytechnic wyruszyli do Stanów Zjednoczonych. Wyposażeni w pieniądze z nagrody RSA mieli spędzić osiem tygodni w firmie Pitney Bowes w Connecticut.

Podekscytowani, dotarli do centrali firmy w Stamford, około sześćdziesięciu pięciu kilometrów na północny wschód od Manhattanu, ale Jony’ego rozczarowało to, co zobaczył na miejscu. „Uznał to za niezbyt ciekawe” – wspomina Grinyer ze śmiechem. Znacznie bardziej cieszył się na myśl o wyjeździe do San Francisco i zwiedzeniu kilku dobrze zapowiadających się biur projektowych w rejonie zatoki.

Po zakończeniu pobytu w Pitney Bowes Jony i Tonge rozdzielili się. David postanowił odwiedzić firmy zajmujące się produkcją mebli biurowych, miedzy innymi Herman Miller oraz Knoll, natomiast Jony poleciał do Kalifornii, planując objechać Dolinę Krzemową. W San Francisco wynajął samochód i rozpoczął podróż po półwyspie, odwiedzając miedzy innymi biuro projektowe ID Two (obecnie IDEO), gdzie wcześniej pracował Grinyer, a później Lunar Design, znajdujące się w centrum San Jose i prowadzone przez Roberta Brunnera, szybko zdobywającego sławę projektanta. Jony i Brunner niemal natychmiast nawiązali ze sobą dobry kontakt.

 

(…)

 

Brunner do tego stopnia zainteresował się Jonym, że rozmawiał z nim nawet o możliwości pracy w Lunar Design. Co prawda nie była to oficjalna oferta, tylko raczej propozycja typu: „Uważamy, że jesteś świetny, więc może zachciałbyś z nami pracować?” – wspomina. W każdym razie Jony odmówił, tłumacząc, że obiecał wrócić do Londynu i pracować w RWG, firmie, która wspierała go finansowo w czasie studiów. Nie była to jedyna taka rozmowa podczas wycieczki po Kalifornii, bo kilka innych firm też usiłowało skusić obiecującego absolwenta.

W przyszłości Brunner okaże się dla Jony’ego ważnym kontaktem. Kilka miesięcy po wizycie młodego projektanta sam rozpoczął pracę w Apple, gdzie założył pierwszą własną pracownię projektową tej firmy. Stworzył tym samym warunki do poszukiwań rozwiązań wzorniczych, dzięki którym Apple błyskawicznie znalazło się w światowej designerskiej czołówce. Dysponując takimi atutami, po raz kolejny próbował zwerbować Jony’ego.

Tymczasem Jony po powrocie do Wielkiej Brytanii przedstawił RSA swój raport z podróży 6. Stwierdził w nim, że najciekawszą częścią tej wycieczki było San Francisco: „Natychmiast zapałałem miłością do San Francisco i mam ogromną nadzieję, że w przyszłości uda mi się tam wrócić” – pisał.


 

Roberts Weaver Group

Spełniając obietnicę podjęcia pracy w Roberts Weaver Group, Jony wraz z żoną Heather przeprowadzili się z Newcastle do Londynu. Dla Phila Graya, jego nowego szefa, decyzja ta była sporym zaskoczeniem, bo wiedział o innych ofertach pracy.

„On już wtedy cieszył się uznaniem jako bardzo utalentowany młody projektant – twierdzi Gray. – Jednak mimo że miał w tym czasie sporo innych propozycji, jako człowiek honoru przyjął naszą”.

Pracę w RWG trudno jednak nazwać nagrodą pocieszenia – w końcu była to wówczas jedna z czołowych firm designerskich w Wielkiej Brytanii. Po dołączeniu do jej utalentowanego zespołu Jony szybko nawiązał bliższe znajomości z nowymi kolegami, a niektóre z nich przetrwały do dzisiaj. W tym samym czasie jego przyjaciel Grinyer przeniósł się do innego biura projektowego, mieszczącego się w pobliżu Cambridge, ale mimo tak dotkliwie uszczuplonej kadry pod koniec lat osiemdziesiątych RWG zdobyło kilka nagród w dziedzinie wzornictwa.

Podobnie jak wiele innych firm konsultingowych z branży, RWG pracowało nad szerokim wachlarzem projektów – od zwykłych towarów konsumpcyjnych po produkty z dziedziny zaawansowanych technologii, obsługując zagranicznych klientów z Europy, Stanów Zjednoczonych, Japonii i Korei Południowej. Do najważniejszych klientów należały Applied Materials, Zebra i Qualcast, producent kosiarek do trawy. Struktura zarządzania i tworzenia projektów była typowa dla firm z tamtych czasów, tworzyły ją trzy współpracujące ze sobą grupy – projektowanie produktów, projektowanie wnętrz i warsztat. Jony’ego przydzielono do zespołu projektującego produkty.

Wraz z dwudziestoma innymi projektantami, inżynierami i grafikami tworzył w pracowni na planie otwartym. W razie potrzeby wszyscy mogli szybko skorzystać z warsztatu, który znajdował się bezpośrednio pod nimi. Pracowało w nim pięciu modelarzy mających do dyspozycji kompletne wyposażenie. W zespole projektantów wnętrz pracowały dwadzieścia trzy osoby, architekci i informatycy 7.

Według Barrie Weavera RWG zajmowało się zasadniczo dwoma rodzajami projektów. Pierwsze z nich polegały na pełnym procesie opracowania wzornictwa i samego produktu, a wykonywane były zazwyczaj dla klientów z Wielkiej Brytanii. Wymagały stworzenia koncepcji produktu, wyprodukowania gotowego działającego modelu, rozwiązania większości zagadnień inżynieryjnych oraz nadzorowania oprzyrządowania – krótko mówiąc, doprowadzenia projektu do fazy produkcji. Drugi rodzaj zleceń był mniej wymagający, chodziło w nich bowiem o tworzenie nowych koncepcji produktów, zazwyczaj dla zagranicznych klientów, najczęściej z Japonii lub Korei Południowej. W większości wypadków firmy klientów miały własne biura projektowe, ale szukały świeżych pomysłów lub innego podejścia, a takie mogły im zaoferować wyłącznie biura z zewnątrz.

„Należy sobie uświadomić, że realizowaliśmy te projekty w bardzo krótkim czasie i za stosunkowo niewielkie honoraria – wyjaśnia Weaver. – Gdybyśmy nie pracowali bardzo wydajnie, firma traciłaby pieniądze. Wymagało to szybkiego podejmowania decyzji i ograniczało czas przeznaczony na analizy czy badania czynników etnograficznych, społecznych i innych”.

W pierwszym miejscu pracy Jony przejawiał taki sam zapał jak na studiach. „Niektórzy projektanci są zdania, że im więcej badań się przeprowadzi, tym lepszy będzie projekt – zauważa Weaver. – Ja zaś wierzę w zdrowy rozsądek i intuicję. Mocną stroną Jony’ego było to, że szybko pojmował najistotniejsze elementy zadania i tworzył intuicyjne rozwiązanie, eleganckie, wykonalne i dopracowane w szczegółach, a to ostatnie jest rzadkie u tak młodego człowieka”.

Jony szybko zaskarbił sobie zaufanie współpracowników jako pełen zapału i ciężko pracujący członek zespołu. „Był spokojny i miał cudowne poczucie humoru – wspomina Gray – ale w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że robił wokół siebie szum. Był bardzo produktywny, wiec stale spieszył się ze swoimi zadaniami. Pracował niezwykle ciężko i intensywnie. Zdumiewająca była jego wydajność, za którą szła doskonała jakość. Miał też naprawdę mnóstwo pomysłów. Potrafił w krótkim czasie przedstawić kilka propozycji i nie tylko je omówić, ale też zademonstrować na bardzo dobrych rysunkach” 8.

Styl pracy Jony’ego pasował zatem do RWG, natomiast jemu nie bardzo odpowiadała sytuacja wynikająca z konsultacyjnego charakteru działalności firmy. Zewnętrzne biuro projektowe często musiało czynić ustępstwa wobec klientów, co wkrótce zaczęło go doprowadzać do szału. „Należy zrozumieć, że kiedy jesteś konsultantem, trzeba brać pod uwagę jeszcze inne aspekty – wyjaśnia Weaver. – Tu ostatnie słowo ma klient, bo to on płaci”.

Z drugiej strony Weaver dobrze rozumiał rozgoryczenie swojego projektanta. „Niestety, zespoły marketingowe naszych klientów często mają – delikatnie to ujmując – wątpliwy gust i wymuszają zmiany w projekcie. W rezultacie mamy na koncie prace, z których jesteśmy dumni, i inne, które są kompromisem”.

Jako członek zespołu Jony współpracował też z pozostałymi projektantami. Brał udział w projektowaniu oświetlenia zewnętrznego ogrodów i kosiarki do trawników dla brytyjskiego producenta Qualcast. Stworzył również kilka projektów koncepcyjnych przemysłowych wiertarek elektrycznych dla innej brytyjskiej firmy, Kango.

Jego pewność siebie bardzo szybko rosła i zaledwie po kilku tygodniach pracy w RWG poprosił Graya o sporą podwyżkę. Uważał, że na nią zasługuje ze względu na swój talent. Z drugiej strony był jeszcze bardzo młody, świeżo po studiach, toteż Gray uznał, że musi go nieco podszkolić w zakresie polityki przyznawania podwyżek.

„Musiałem brać pod uwagę interesy firmy – opowiada Gray. – Czekała mnie bardzo trudna rozmowa. Moim zadaniem było mu wyjaśnić, że jest na początku swojej podróży, że dopiero wkroczył na ścieżkę kariery. Wokół niego są inni, każdy z nich ma swoje mocne i słabe strony. Musimy dbać o równowagę w sensie zapewnienia wszystkim jednakowych możliwości. Nie była to przyjemna rozmowa, bo nikt nie lubi rozczarowywać innych. Ale nasza dyskusja przebiegła rzeczowo. Potem Jony odszedł, zapewne czując się nieco pokrzywdzony. Nie dąsał się jednak, tylko wciąż robił swoje”.

Okazało się, że talent Jony’ego może postawić przed kierownictwem RWG jeszcze inne wyzwania. W 1989 roku wykonany przez niego na studiach projekt aparatu słuchowego został zaprezentowany na prestiżowej Young Designers Exhibition zorganizowanej przez brytyjski Design Council. Futurystyczny model zwrócił uwagę dyrektora handlowego firmy Ideal Standard, brytyjskiego giganta w dziedzinie wyposażenia łazienek i toalet. Ów dyrektor był tak zachwycony pracą młodego projektanta, że zwrócił się do Roberts Weaver Group z prośbą o wyznaczenie Jony’ego do pracy nad konkretnym projektem dla jego firmy. Jednak w RWG uznano, że firma musi odmówić tej prośbie 9.

„Mieliśmy w pracowni dwunastu projektantów i nie było mowy, żebyśmy oddelegowali świeżo upieczonego absolwenta do samodzielnej pracy z jednym z naszych klientów – mówi Gray. – Dlatego odpowiedzieliśmy Ideal Standard, że mogą nam przekazać sugestie dotyczące projektu, które postaramy się uwzględnić, ale to do nas należy decyzja, który z projektantów zajmie się tym zadaniem. Kiedy tamten dyrektor to usłyszał, po prostu zrezygnował! Tak bardzo zależało mu na tym, żeby to właśnie Jony wykonał projekt”.

Dyrektor z Ideal Standard pojawi się w życiu Ive’a raz jeszcze.

 

(…)

W barwach Tangerine

Jakiś czas po odejściu z RWG Jony wybrał się w odwiedziny do przyjaciela, Clive’a Grinyera, który wraz z innym londyńskim projektantem, Martinem Darbyshire’em, rok wcześniej założył biuro projektowe Tangerine Design.

Partnerzy byli starymi przyjaciółmi. Poznali się jeszcze podczas studiów w Central Saint Martins w Londynie, a później pracowali razem w londyńskiej pracowni Bill Moggridge Associates. Potem Grinyer przeniósł się do RWG, gdzie poznał Jony’ego, a następnie podjął pracę w Science Park w Cambridge – brytyjskim odpowiedniku Doliny Krzemowej. Wkrótce zwróciła się do niego firma telefoniczna Commtel ze zleceniem zaprojektowania nowych telefonów. Chciała go nawet zatrudnić na etat, ale Grinyer przekonał ich, żeby zgodzili się, by wykonał to zlecenie jako wolny strzelec. Za zarobione w ten sposób dwadzieścia tysięcy funtów założył spółkę z Darbyshire’em.

„Kiedy pojawiła się możliwość założenia konsultacyjnego biura projektowego, zaprosiłem Martina na curry – poszli do restauracji indyjskiej – a on natychmiast zdecydował, że w to wchodzi. Wyglądało na to, że na całe życie jesteśmy na siebie skazani!” 11 Swoją firmę otworzyli we frontowej sypialni domu Darbyshire’a w dzielnicy Finsbury Park w północnym Londynie. Grinyer przeznaczył pieniądze od Commtela na wyposażenie biura, w skład którego wszedł komputer Macintosh i drukarka laserowa 12.

Początkowo nazwali swoją firmę Landmark, inspirując się nazwą Landmark Trust – agencji domów na wynajem, z których Darbyshire korzystał podczas rodzinnych wakacji. Uznali, że taka nazwa brzmi dumnie, ale nie nacieszyli się nią długo, bo wkrótce zostali pozwani przez pewną holenderską firmę, która już jej używała. „Próbowaliśmy wynegocjować od nich pokaźne pieniądze, za które mieliśmy się przebrandować, ale nic nam nie dali” – wspomina z żalem Grinyer. Strony doszły do porozumienia i pozew wycofano, a partnerzy musieli wymyślić nową nazwę. Zdecydowali się na Orange, ale ta też okazała się zastrzeżona, tym razem przez grupę projektancką z Danii.

Zbliżało się Boże Narodzenie i któryś z nich zwrócił uwagę na porozkładane tu i tam mandarynki (ang. tangerine). Słowo tangerine wydało im się wystarczająco abstrakcyjne, by można mu było przypisać wiele znaczeń, a o to im chodziło. Poza tym kojarzyło się z Tangerine Dream, jednym z pierwszych zespołów grających eksperymentalną muzykę elektroniczną, który Grinyer bardzo cenił.

„Spoglądając wstecz, myślę, że w sumie bardzo dobrze się złożyło, bo Tangerine to o wiele lepsza nazwa – stwierdza Darbyshire. – Łatwa do zapamiętania i zrozumiała w większości europejskich języków, w dodatku kolor pomarańczowy ma pozytywne znaczenie w Azji, która była naszym głównym rynkiem docelowym” 13.

W latach osiemdziesiątych spółki projektanckie takie jak Tangerine były rzadkością. Większość projektantów działała jako freelancerzy. „Pod koniec lat osiemdziesiątych absolwenci wzornictwa decydowali się raczej na dołączenie do szeregów tzw. branży jednoosobowej – wyjaśnia profesor Alex Milton. – Była to branża projektantów rękodzielników i osób zajmujących się projektowaniem artystycznym”. Jednak Grinyer miał większe ambicje.

„Spółka dawała mi większe poczucie, że prowadzę prawdziwy biznes – stwierdza Grinyer. – A Martin i ja zawsze byliśmy interesująco różni – i doskonale się przez to uzupełnialiśmy”.

(…)

 

Jony dołączył do Tangerine jako trzeci partner tuż po przeprowadzce firmy do Hoxton. Pomimo że miał zaledwie dwadzieścia trzy lata i niedawno skończył studia, Grinyer wiedział, że „nie było mowy, żeby był tylko młodszym partnerem”. Jony i Heather kupili małe mieszkanie w niezbyt odległym Blackheath, w południowo-wschodnim Londynie.

Przejście Jony’ego do Tangerine ucieszyło Grinyera i Darbyshire’a nie tylko dlatego, że zyskali utalentowanego projektanta, ale również z powodu poważnego klienta, którego ze sobą przyprowadził. Była to firma Ideal Standard, potentat w dziedzinie wyposażenia łazienek, która wcześniej prosiła RWG o umożliwienie bezpośredniej współpracy z młodym projektantem. Teraz, w Tangerine, Jony mógł pracować nad wszystkim, od narzędzi elektrycznych po grzebienie, od telewizorów po toalety. W tej firmie projektanci nad wszystkim pracowali wspólnie.

 Nie brakowało im zleceń, ale nie były one specjalnie wymagające ani prestiżowe. Tylko czasem podpisywali umowy z dużymi korporacjami, jak Hitachi lub Ford, natomiast na co dzień zajmowali się zleceniami od przypadkowych, niewielkich firm. „Był to okres zażartej rywalizacji pomiędzy biurami projektowymi – wyjaśnia profesor Rodgers z Northumbria University. – Wówczas firmy raczej się nie specjalizowały, brały wszystko, co wpadło im w ręce. Pracowały nad najrozmaitszymi rzeczami – opakowaniami do szamponów, nowymi modelami motocykli czy wystrojem wnętrza wagonów pociągu. Po prostu musiały przyjmować wszystkie zlecenia” 16.

Niewielkie firmy miały bardzo ograniczone budżety i przeważnie nie współpracowały wcześniej z konsultantami z dziedziny wzornictwa. Ich kierownictwu wydawało się, że taki projekt to koszt kilku tysięcy funtów, tymczasem Tangerine, stale jeszcze walczące o udział w rynku, musiało wystawiać znacznie wyższe rachunki. Nieraz wyceniało swoje projekty na kilkadziesiąt tysięcy funtów, co znacznie przewyższało budżet potencjalnych klientów. W rezultacie młodzi projektanci nie zdobywali zleceń.

Nie pozostawało im nic innego, jak podchodzić filozoficznie do tych porażek. „W tym czasie w Wielkiej Brytanii większość prac projektowych dotyczyła technicznego opracowania produktu, a nie badań klientów czy koncepcyjnej pracy designerskiej, toteż nieco wyprzedzaliśmy potrzeby rynku – przyznaje Darbyshire. – Musieliśmy z jednej strony dostosować się i współpracować z małymi firmami nad niewielkimi projektami, które doprowadzaliśmy aż do etapu produkcji, a z drugiej starać się zdobywać duże zlecenia z Azji i Stanów Zjednoczonych i tak się rozwijać”.

Chcąc przyciągnąć i utrzymać klientów, wspólnicy aranżowali pracownię tak, by sprawiała wrażenie, że są bardziej zapracowani niż w rzeczywistości. Wykorzystali sztuczkę zaobserwowaną jeszcze w RWG. Kiedy mieli tam przyjść na rozmowy dyrektorzy z firmy samochodowej, projektanci wprowadzili do pracowni swoje samochody, zasłonili je płachtami materiału i powiedzieli gościom, że to projekt, który mają obowiązek zachować w tajemnicy 17. Fortel zadziałał i RWG dostało zlecenie. Bazując na tym pomyśle, młodzi projektanci zapełniali pracownię w Hoxton prototypami i piankowymi modelami przygotowanymi przy wcześniejszych projektach, ilekroć miał odwiedzić ich klient. Potem modele wracały do magazynu 18.

Jony, Grinyer i Darbyshire projektowali narzędzia elektryczne dla Boscha i sprzęt elektroniczny dla Goldstara. Wszyscy trzej poświęcili pełną uwagę skromnemu projektowi grzebienia fryzjerskiego dla Briana Drumma, fryzjera ze Szkocji. Jony wymyślił, żeby w rączce umieścić poziomicę, co pomagałoby fryzjerowi trzymać go w prawidłowym położeniu podczas strzyżenia klienta. Grzebień ten jest kupowany do dziś, bo doskonale sprawdza się przy fryzurach typu „bob” i innych wymagających precyzyjnego strzyżenia. Budżet na to zlecenie był niewielki, ale mimo to projektanci zajęli się nim z charakterystycznym dla siebie zapałem. „Brian Drumm wybrał piękną koncepcję grzebienia zaprojektowaną przez Jony’ego, ale to ja pracowicie przekładałem ją na projekt konstrukcyjny, nadający się do produkcji” – stwierdza Darbyshire. Ostatecznie ich starania się opłaciły, bo w 1991 roku grzebień zdobył nagrodę prestiżowego niemieckiego Industrie Forum, co utrwaliło dobrą reputację firmy.

Wspólnicy byli zadowoleni z wyboru Hoxton na siedzibę firmy. Jony i Grinyer zapisali się do miejscowej siłowni (Jony do dziś dużo trenuje). „To było stare Hoxton, zupełnie nie przypominało dzisiejszego – opowiada Grinyer. – W naszej siłowni odbywały się treningi bokserskie, a tuż obok razem z Jonym staraliśmy się nabrać większej tężyzny na bieżni i podnosząc ciężary”.

 

(…)

Jony Ive. Geniusz, który zaprojektował najsłynniejsze produkty Apple

Autor: Leander Kahney
Tłumaczenie: Michał Jóźwiak
Wydawnictwo: Insignis
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 4/2014
Liczba stron: 400
Format: 145x215 mm
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788363944421
Wydanie: I
Cena z okładki: 49,99 zł


blog comments powered by Disqus