"Nocą w Telewizyjnym Mieście" - opowiadanie z antologii "Kroki w nieznane" #7


No superancko, bączki, walicie mi światłem po gałach! Nie widzicie, że nigdzie się nie wybieram? Trzeba wam Hubble'a do tego? Jestem jak nadprzewodnik, total zero oporu. Weźcie sobie na wstrzymanie!

Co tam, bączku, mamroczesz? Turbinka w plecaku ci rzęzi, nie możesz się przebić z sygnałem. Jak tu wlazłem? Normalnie, po ścianie. Ale już mi dendryty zdychają, więc nie wiem, kurwa, jak stąd zejść!

 

Była sobota, dzień jakich wiele. Dosłownie kilka godzin wcześniej, o szóstej wieczorem, siedziałem w barze metamlecznym "Luz Blus", gdzie użalałem się nad sobą z paru naprawdę ważnych powodów. Upadłem tak nisko, że głupia bakteria mogłaby patrzeć na mnie z góry. Czemu? Bo nie należałem do żadnego składu, nie miałem lufki ani hajsu. Przyszłość widziałem raczej w czarnych kolorach. Czułem się tak dennie, że chętnie bym odjechał na najgorszym mózgojebcu, jakim truli w tym barze.

Zagadałem do stolika, żeby dał mi listę. No tak, te same kocie szczyny i wywary z robaków, choć była jedna nowość o nazwie Drętwa Dziewiątka. Zamówiłem na próbę i zaraz dostałem zimne, spienione mleko z cynamonową posypką. Wypiłem wszystko w dwóch łykach, cały ten obrzydliwy przecier z neurotrofin i białek transportujących, konglomerat makrocząsteczek łańcuchowych - pomysł jakiegoś walniętego biomagika na niebiańskie delicje w plastikowym kubku. Poczułem się tak, jakby ktoś mi zalał oczy paliwem do wahadłowców, a mimo to widziałem przed sobą przyszłość wstrętniejszą niż wygolony zad szczura.

No właśnie, w barach metamlecznych nie przymulisz się dobrym psychotropem ani przypalaczem, co najwyżej dostaniesz jakąś kiłę dla dzieci, holobity dozwolone od lat zero w górę. Marzy ci się towar spod lady? Chcesz porządnego kopa? Musisz należeć do składu, najlepiej takiego, w którym robi na legalu kumaty doktorek z dobrym sprzętem. Może być Fermenta, Wellcome, Cetus. Ortho też ujdzie w tłumie.

Ale jak się rzekło, nie byłem w żadnym składzie i nie zapowiadało się, by ktoś chciał mnie przyjąć. Nie żebym miał się pakować do pierwszego lepszego, gdy przyjdzie zaproszenie. Niektóre składy są dla mnie niestrawne.

No więc tak sobie siedziałem z głową nabitą ciekłym tlenem, całkiem jak Challenger przed startem, zdołowany wydaniem resztki hajsu na kiepskiego drinka. Zlizywałem cynamon z brzegu kubka, gdy do środka wparzył mój kumpel Casio.

Casio miał z piętnaście lat, a więc był ode mnie trochę młodszy, do tego biały, chudy i bardziej zapryszczony od robotnika w fabryce dioksyn. Gdyby w końcu zaczął używać Epikremu, miałby skórę czystą jak normalny człowiek. Nosił koszulkę z imipolexu, która puchła w różnych miejscach, jakby kłębiły się pod nią jakieś śluzorośla, pergaminowe spodnie i z dziesięć żelowych bransoletek na lewej ręce. W brązowe włosy wszczepił kilka światłowodów.

- Siemka, Dez. - Potarliśmy się pięściami. - Jak żyjesz?

Casio też nie należał do żadnego składu, ale jego to chyba tak nie dołowało. Zawsze uśmiechnięty, zadowolony, wyluzowany. Może zawdzięczał to swojej muzyce, która była dla niego całym życiem, dawała mu jakiś punkt oparcia. Nigdy nie widziałem go w złym humorze. Czasem to mam ochotę wydusić z niego, co tam w sobie kisi.

- Szkoda gadać, bączku... Życie jest puste jak przeczyszczony brzuch tajwańskiego niemowlaka z z-wirusem.

Casio przysunął sobie krzesło.

- Poprztykałeś się z Chuckie?

Jęknąłem. Sam nie wiem, po co go ściemniałem o mnie i o Chuckie. Musiałem być wtedy ostro sfazowany.

- Z łaski swojej zapomnij, co mówiłem o Charlotte, okej? Nic między nami nie było. Nic, kumasz?

Casio zrobił głupkowatą minę.

- Nic? Co ty bredzisz? Myślałem, że to twoja najlepsza lufka, tyle o niej gadałeś...

- Ale ty mieszasz, bąku. Byliśmy nawaleni w trzy dupy!

Z jego koszulki wylazła długa, falista łodyga, z której na końcu zrobiła się kulka. Później toto się schowało.

- Kurna, Dez, dopiero teraz mi mówisz? Kiedy już obskoczyłem całe TV City z radosną nowiną?

Żołądek mi spuchł jak biceps przekoksowanego mięśniaka i podszedł pod samo gardło.

- Bąku, nie... Powiedz, że to nieprawda...

- Kurna, Dez, przepraszam...

No i siedziałem w gównie po uszy, klocki pływały mi koło nosa. Widziałem to wyraźnie, jak naszą M31 przez teleskop Hubble'a.

Chuckie była lufką Turbo, a ten - frontmenem Body Artists, ci zaś - najlepszym składem w Telewizyjnym Mieście. Liczyłem się dla nich tyle co brud pod nogami, zawsze zresztą bosymi.

Wstałem od stolika, bo w barze zrobiło mi się jakoś duszno. Wszyscy wiedzieli, że tutaj zawijam.

- Muszę się dotlenić, Casio. Idziesz ze mną?

- Jasne.

Na T Street - szerokim jak Park Ave bulwarze, biegnącym z północy na południe, głównym deptaku w mieście (ciągnął się od 59 do 72 ulicy) - roiło się od obywateli i zielonych, morfów i golów. Pewnie szukali serca sobotniej nocy, jak w piosence tego chrypiącego grzyba. Światła wielkiego miasta błyskały na wszystkie możliwe sposoby, ale samo TV City wydawało się dziś jakieś stare pod neoneonowym czerwono-bursztynowo-zielono-niebieskim makijażem. Minimetropolii nad brzegami rzeki Hudson stuknęła trzydziestka i chociaż było to nic w porównaniu z resztą Nuevo Yorku, powoli zaczynała już dziadzieć. Wyobraziłem sobie, że mam prawie dwa razy tyle lat co teraz. No tak, też już będę wapniakiem.

Wrzuty porobione na wszystkich bez wyjątku powierzchniach z miejscem do malowania wcale nie poprawiały wizerunku miasta. Co z tego, że ekipy porządkowe rozpylały na grafach robaki żrące farbę. Grafficiarze ze składów dalej mazali. Przeczytałem z Casio parę fajnych tekstów:

GENETYKA W SŁUŻBIE DLA FIUTA

PAL GAŁY

JEDNA DZIAŁKA I ZWAŁKA

ZGÓDŹ SIĘ, ZGŁOŚ SIĘ, ZGRAJ SIĘ

SYNU, SYNTETYZUJ SYNAPSY

NEURONY NA WYMIAR DLA KAŻDEGO KLIENTA

ZBURZ TEN MUR

AKSONOWA REWOLUCJA!

PODPOMPUJ RECEPTORY

- Dez, gdzie idziemy? - zapytał Casio i dał mi żelową bransoletę, żebym miał co żuć.

- Byle gdzie - odpowiedziałem niewyraźnie, mieląc w ustach metabolizującego pot symbionta o smaku truskawkowym. - Połazimy trochę, może zdarzy się coś fajnego.

Zastanawiałem się w kółko, czy jak wrócę na chatę, powita mnie Turbo ze swoim składem, żeby podziękować mi za opowiadanie farmazonów o jego lufce.

Zaraz napatoczyliśmy się na gościa, który przy krawężniku wysiadł z auta i zajrzał pod maskę. Dłubał śrubokrętem w ceramicznych bateriach, jakby chciał je naprawić w ten przedziwny sposób.

- Niezła bryczka, 132 konie mechaniczne? - zagadał do niego Casio. - Z fabryki w Malezji?

- No - odparł facet z ponurą miną.

- Słyszałem, że to straszne barachło.

Facet się wnerwił i pogroził nam śrubokrętem.

- Won stąd, śmierdziele! Nikt was nie pytał o zdanie!

Casio zdjął złotą żelową bransoletę i rzucił nią w faceta.

- Uciekaj! - krzyknął.

No i uciekliśmy. Zatrzymaliśmy się dopiero za rogiem, cali zdyszani.

- Co to było? - spytałem.

- W sumie nic złego. Zgniłe jaja z superklejem.

Nieźleśmy się uchachali.

Później śledziliśmy dwóch golów. Mieli na sobie rządowe garnitury, więc pewnie jeszcze niedawno siedzieli w obozie dla internowanych - jednym z tych, co pływają gdzieś na oceanie. Myśleliśmy, że wysępimy od nich trochę hajsu, ale machnęliśmy ręką, bo jakoś tak dziwnie gadali:

- Gibamy na favelę?

- Zluzuj! Zjadłbym coś z ekspresu.

- Skąd weźmiemy?

- Szarpniemy.

- I pójdziemy w kabaty? Irytujesz mnie, bronko. Z mangi się urwałeś?

Potem tropiliśmy pulpeta. Nie dało się powiedzieć, czy to on, ona, czy jeszcze co innego. Nawkładało to na siebie tyle jedwabiu, że swobodnie mogłoby nim doposażyć klub spadochroniarski, a toczyło się bezpłciowo jak kaczka. Weszło do wypasionego hotelu Helmsley przy 65. Na spotkanie z klientem, jasna sprawa.

- Nie trawię pulpetów - stwierdził Casio. - Po co tyle żreć, skoro nikt cię nie zmusza? Zdrowia szkoda.

- Ciebie też nikt nie zmusza do hodowli głupich pryszczy.

Casio poczuł się dotknięty.

- Dez, to nie to samo. Ja wcale ich nie chcę. Tylko zapominam o kremie.

Sprawiłem mu przykrość i głupio mi się zrobiło. Obraziłem mojego jedynego zmiennika, choć był przy mnie, gdy próbowałem wyczaić, jak inteligentnie pograć z Turbo i jego składem.

Położyłem mu rękę na plecach.

- Sorki, bączku. Wykasuj na czysto, co ci powiedziałem, i chodź się zabawić. Zostało ci trochę hajsu?

- Jakieś resztki.

- To na co czekamy? Kaska musi być w ruchu, żeby coś z niej było, es verdad? Uderzymy do "Arsenku Galu"?

Casio zaraz odzyskał dobry humor.

- Fantastiko! Dziś grają Nerveless. Może Ginko pozwoli mi się dosiąść.

- No i git. Idziemy!

Nad nami kręciła się psiarnia z plecakami odrzutowymi, złożona z prywatnych i publicznych brudnych harrych. Dysze dmuchały nam po głowach ciepłym powietrzem, chociaż byli wysoko. Stojąc w tych swoich latających klatkach, łapy na dżojstikach, sowie oczy na ful, patrolowali całe miasto. Jeśli tacy zobaczą, że rozkręca się zadyma lub ktoś robi dziwne rzeczy, desantują się z góry, by spacyfikować delikwentów łaskotnicami lub nawet latarami, zależy od rozwoju sytuacji.

"Arsenek Galu" zajmował mały kawałeczek pustego budynku o powierzchni miliona stóp kwadratowych. Dawniej mieściła się w nim siedziba sieci telewizyjnej - jednej z wielu, którym miasto zawdzięczało swą nazwę. Odkąd niezależne sieci zostały wchłonięte do metamedium, pomieszczenia czekały na lokatorów. Teoretycznie, nadal nikt ich nie wynajmował; klub wrąbał się tu nielegalnie.

Po zapłaceniu za wjazd anabolicznemu byczkowi z twarzą zakapiora weszliśmy do środka.

Klub miał ściany z imipolexu, które świrowały jak koszulka Casio: biomorficzne fale i wypustki odstawiały chaotyczny taniec. Na scenie Nerveless rozkładali sprzęt, bo była młoda godzina, gdzieś koło ósmej. Dopiero drugi raz widziałem Ginka, ale poznałem go po zielonej skórze i liściastych włosach. Casio wszedł na scenę, żeby z nim pogadać, ja usiadłem przy stoliku pod ścianą i zamówiłem fiku-piwko.

Casio szybko wrócił.

- Ginko mówi, że dam sobie radę z megabopami.

Fiku-piwko było lekarstwem na stresy, więc prawie zapomniałem o swoich problemach.

- Gitowo, zmienniku. Słuchaj, walnij sobie browca, w sumie to twoja kaska.

Casio więc usiadł i chwilę rozmawialiśmy o starych, dobrych czasach, gdy codziennie w ogólniaku szamało się mnemotropiny jak draże śmietankowe.

- A pamiętasz, jak na rozdaniu świadectw ktoś wsypał małposkoczka do kanapek?

- Jasne! Nigdy nie widziałem, żeby tylu dorosłych naraz wariowało. Panna Spencer chciała chodzić po dachu...

- Było się młodym, co nie?

- Byłem młodszy od ciebie, Dez. Miałem jedenaście lat, a ty już dwanaście, pamiętasz?

- Tamte czasy poszły się paść, Casio. Jesteśmy dorośli i mamy masę problemów. - Gdy wyskoczyłem z tym superodkrywczym tekstem, wszystkie moje zmartwienia zalały mnie jak fale oceanu wybrzeże Kalifornii podczas Kataklizmu.

Casio dobrze mi życzył, jasna sprawa, ale pomóc to on mi raczej nie mógł. Pewnie dlatego wstał i powiedział:

- Dobra, Dez, idę grać. - Odszedł na kilka kroków od stolika i nagle został przyciągnięty z powrotem na krzesło, jakby miał gumkę przylepioną do dupy.

- Weź no poczekaj - powiedziałem. - Koszulka ci się zrosła ze ścianą. - Wyciągnąłem podręczną latarę i laserem przeciąłem ściennego strąka, który wczepił się w materiał koszulki.

Casio podziękował i odszedł.

Wolno sączyłem resztki fiku-piwka i patrzyłem, jak muzycy sprawdzają sprzęt. Kiedy rozkręciły się rykraki, buczały megabopy i wszyscy się wcisnęli w kombinezony perkusyjne, zapodali swoją oryginalną kompozycję Efferent Ellie.

Po czterdziestu pięciu minutach i jeszcze dwóch fiku-piwkach, które szefostwo z kulturką postawiło przyjacielowi zespołu, zgrywałem już z Casio i Nerveless. Dźwięki przelatywały przeze mnie, jakbym się nagrzał, nie wiem, muzotropami jakimiś. Tupałem nogą i trząsłem łbem jak jełop bez osłon mielinowych. Byłem już tak wgrany, że nie zauważyłem, jak Turbo wchodzi do "Arsenku" i lezie do mnie ze swoim składem.

Kiedy skończył się utwór i przejrzałem na oczy, zobaczyłem ich wszystkich: Turbo i jego ulubioną lufkę Chuckie, która obejmowała go ramieniem, a także Jeetera, Hake'a, Pabla, Monę, Vala, Ziggy'ego, Peppera, Gatesa, Zane'a plus paru nieznanych mi typków.

- C... c... c... c... co tam u was, bączki? - zapytałem.

Milczeli z kamiennymi twarzami jak hologramy badziewnych intelrobotów pierwszego stopnia samodzielności, którym padły obwody mimetyczne. Mogłem się tylko na nich gapić.

Body Artists przyszli nadzy, jeśli nie liczyć gaci z elastycznego materiału, model damsko-męski, poprawiających przepływ impulsów z receptorów wewnętrznych i zewnętrznych. Każdy wygraffitował sobie skórę brązowym, plamistym wzorem żyrafy. Wysportowane ciała prezentowały więcej mięśni niż modele w podręcznikach do anatomii.

Co tu dużo gadać: Body Artists to najbardziej odjechany skład w TV City. Komando najszybszych, najwredniejszych i najzgrywalniejszych gałopałów, jacy kiedykolwiek wspinali się na słupy lub chodzili po drutach. Kto mógł się z nimi równać? Vectors? Banda cipciaków, którzy całymi dniami siedzą w matprzestrzeni? Jakoś nie rusza mnie ta ich propagandowa gadka o znikaniu ludzi w czwartym wymiarze. Hardz'n'Wetz? Głupie cepy do młócki, przeciwieństwo ich rywali, Eunuchów. Less Than Zeroes? Szczania w majty nie nazywam satori, tak jak oni. Thumbsuckers? Mam zawsze chodzić w pieluchach? Boardmen? Albo się pochlastać i walić głową w mur, by udowodnić, że nie czuję bólu? Bez jaj. Annies? Żywe kościotrupy. Naked Apes? Widziałem, jak nasz rocznik świruje po małposkoczku; o nie, na takie jazdy się nie piszę. Young Jungs? Kto chciałby nurzać się do śmierci w zbiorowej nieświadomości?

Prawda jest taka, że z Body Artists konkurować mogliby jedynie Adonises lub Sapphos, choć to zboki, wiadomo, a tacy blokują mi receptory.

Niesamowite uczucie. Ze wszystkich stron gapili się na mnie, a mimo to, wiecie, dreszcz mnie przechodził. Miałem przed sobą Body Artists w komplecie! Ech, gdyby przyszli zaprosić mnie do składu... Ale nie, oni tu przyszli, żeby urwać mi jaja...

Nerveless grali następny numerek. Casio nie miał czasu patrzeć w moją stronę. Zresztą i tak niewiele by zdziałał. Turbo baletowym ruchem usiadł naprzeciwko mnie i posadził sobie Chuckie na kolanach.

- Wiesz, co gadają, Dez? - Był zimny jak nadprzewodnik. - Że potajemnie obracasz moją Chuckie.

- Daj spokój, Turbo! Komuś narąbało się w bitach parzystości. To nieprawda, mówię ci, jakaś totalna bzdura!

- Rozumiem, bączku. - Turbo dokręcał śrubę, żeby mnie pogrążyć. - Moja lufka jest za kiepska dla takiego jak ty gieroja...

Popatrzyłem na Chuckie, która przyglądała mi się z absolutną obojętnością. Była taka ładna... Poczułem się, jakby stanęła mi w gardle pestka z awokado. Charlotte Thach: zajebista lasencja, której rodzice (matka Hawajka, tatko z Kambodży) osiedlili się w TV City, gdy w czasie tworzenia Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku Japońce wszystkich wykopywali z dawnego stanu USA. Miała oczy zielone jak diody w stacji dysków, a apetyczne suteczki w kolorze mocnej herbaty.

Gdy już się na mnie dosyć napatrzyła, wyciągnęła cud-rączkę, jakby chciała podziwiać paznokcie, czy coś w tym klimacie. Nagle - i nawet jednym mięśniem nie ruszyła! - zaczęła głośno strzelać palcami, po kolei, pyk, pyk, pyk... Słyszałem wyraźnie, choć muzyka grała.

Jakoś przełknąłem tę parszywą pestkę.

- Nie no, Turbo, kto by jej nie chciał...

Odsunął Chuckie i nachylił się nade mną.

- No i lipa, bączku. Chuckie nie jest dla każdego. To samo można powiedzieć o każdym z tego składu. Gdybyś chciał ją posunąć, pewnie wyrwałaby ci fiuta. Musi być Artysta z Artystą, inaczej ni chu-chu. Kapito?

- Jasne...

Turbo się wyprostował.

- Pytanie: co zrobić z powalonym gościem, który rozpowiada na mieście, że bzyka się z Artystą?

- Turbo, to nieporozumienie, po co miałbym się chwalić?

- Przytkaj się! Myślę. - Myślał i ruszał mięśniami piersi, które goniły pod skórą jak węże. Wypociłem kupę toksyn, nim znowu się odezwał: - Jeśli zrzucimy cię z Mostu Waszyngtona, chyba wyjdziemy z tego z twarzą.

- Bój się radu, Turbo! Bączku, zmienniku, to nie będzie konieczne, naprawdę...

Podniósł rękę.

- Żeby nas ekoharry zwinął za wywalanie gówna do rzeki?

Artyści zdrowo się uśmiali. Chciałem śmiać się z nimi, ale zdołałem wykrztusić z siebie tylko jakieś żałosne: - E... e... e...

- Z drugiej strony - mówił dalej Turbo, obracając rękę w łokciu o całe dwieście siedemdziesiąt stopni - gdybyś przyłączył się do Artystów, można by rozpowiedzieć, że przymierzaliśmy cię do składu od dawna, mimo tych twoich debilnych przechwałek.

- O rajku, Turbo! Super, nawet nie wiesz, jak...

Zerwał się z krzesła tak impulsywnie, że Chuckie musiała zrobić serię gwiazd przez całą długość sali.

- Jeeter! Hake! Eskortujecie kandydata! Spadamy na sieci!

Wyparzyliśmy z "Arsenku Galu" szybciej niż atmosfera z pękniętego o'neilla. Wokół mnie świat się kręcił jak polska stacja kosmiczna. Biegłem z Artystami! Wierzyć się nie chciało. Nawet nie myślałem, dokąd mnie zabierają. A przecież mogli mnie wpuścić w kanał, załatwić jak konto w banku: na zero. Mimo to było superancko. Wydawało mi się, że moje miasto jest krainą fantasy, Śródziemiem jakimś. Albo że gram główną rolę w holopornosie "Debbie Does Mars". Powietrze, które dmuchało mi w twarz, było zimne jak paraneurony w rdzeniu sztucznej inteligencji.

Wzięliśmy kurs na zachód, w stronę parku nad rzeką. Po chwili wlokłem się na szarym końcu. Jeeter i Hake bez słowa chwycili mnie pod pachy i pomagali mi, żebym nie odstawał. W świetle brudnych lamp sodowych wpadliśmy między drzewa i gnaliśmy dalej pustymi dróżkami. Nad nami zabrzęczał brudny harry, ale nie wtrącał się w nasze sprawy.

Zatrzymaliśmy się w ciemnościach pod rozwaloną lampą. Tylko ja sapałem, mimo że Hake i Jeeter nieśli mnie przez pół mili. Teraz mnie puścili.

Ktoś pochylił się i dźwignął metalowy właz z ułamanym uchem. Artyści po kolei zeszli na dół. Ruszyłem za nimi, wciśnięty między Hake'a i Jeetera. Dygałem się jak dzieciak przed swoim pierwszym psychotropem.

Telewizyjne Miasto zajmowało kawałek ziemi o powierzchni stu akrów i kiedyś łagodnym stokiem opadało w stronę rzeki Hudson. Dzisiaj wschodnie dzielnice były zbudowane na stałym lądzie, a zachodnie na olbrzymiej platformie, pod którą biegły trakcje magnetyczne pociągów Conrail.

Kiedy zszedłem po piętnastu szczeblach drabinki, dzięki palącym się tu i tam żarówkom w drucianych osłonach mogłem zobaczyć spód miasta, czyli gwiazdozbiory zardzewiałych nitów na niebie ze stali. Z nieba złuszczała się farba.

Ostrożnie stanąłem na wąskim dwuteowniku, lecz drabinki wolałem jeszcze nie puszczać. Popatrzyłem w dół. Ze sto stóp pode mną przemknął bezszelestnie, cały oświetlony, pociąg z prędkością 180 mil/h.

Wystraszyłem się i wskoczyłem na drabinę.

- A ty gdzie, bączku? - spytał Hake z góry.

- Ee... no, dalej idę...

Wróciłem na dźwigar, zrobiłem dwa kroki i zachwiałem się jak jakiś niedorobiony Thumbsucker. Szybko się schyliłem i owinąłem rękami dwuteownik.

Hake i Jeeter zaraz mnie oderwali. Musieli iść jeden za drugim, więc nieśli mnie za ręce i nogi jak związane prosię. Modliłem się z zamkniętymi oczami.

Wreszcie poczułem, że się zatrzymali. I dawaj mną huśtać jak workiem ziemniaków! W końcu mnie zrzucili. Zastanawiałem się, jak długo będę leciał w tym stęchłym powietrzu, nim przyglebię w tory lub dach pociągu. Co poczuję? W takiej chwili to nawet chciałbym być Boardmanem.

Ale się okazało, że niedaleko pode mną jest sieć. Odbiłem się i kilka razy podskoczyłem, zanim przestała sprężynować. Dopiero wtedy otworzyłem oczy.

Wokół mnie Artyści stali lub siedzieli na siatce plecionej z grafitowych kabli. Żaden się nawet nie zachwiał. Piękniutki Turbo szczerzył zęby, jakby nażarł się odpadów promieniotwórczych.

- Witamy na sieciach, panie kandydacie. Nienajgorzej ci poszło. Miałem tu bączków, którzy pierwszym razem mdleli lub wywijali orła z drabiny. Jest szansa, że dożyjesz jutra. Dobra, idziemy!

Artyści ruszyli po sieciach. Ułożeniem ciała kompensowali najbardziej zwariowane oscylacje i wychylenia kabli. Umieli stawiać kroki tak, żeby nie stracić równowagi. Wdrapywali się na czoła fal jak powietrzni surfingowcy.

A ja? Ano pełzłem za nimi głównie na czworakach.

Tak doszliśmy do platformy wgryzionej w jeden z wielgachnych słupów, na których wspierało się miasto. Tutaj Body Artists mieli swoje laboratorium, gdzie warzyli nielegalny towar.

Nie wiedziałem, że Ziggy robi za watsona, ale kiedy zobaczyłem, jak się miota w dżungli fikuśnych aparatów do syntezy aminokwasów i chromosomów (ryba w zupie, dobre porównanie), miałem jasność jak na zdjęciu z Hubble'a, że to on jest biomagikiem, który hajcuje neurony Artystów.

Ziggy sprężał się z robotą, a ja w tym czasie musiałem patrzeć, jak Turbo dyma Chuckie. Na pewno robił to po to, żeby mi napchać piachu do silnika, więc próbowałem zachować obojętność. Nawet kiedy Chuckie... Kurde, wolę o tym nie mówić, w każdym razie zrobiła to w pozycji przekraczającej, na mój rozum, możliwości człowieka.

Wreszcie Ziggy dał mi wyrąbistą szklanę robaczego wywaru.

- No chwytaj się, bączku - powiedział z dumą starego fachury, jakby był samym Crickiem. - Zaraz się dowiesz, co znaczy być B-Artystą.

Wolałbym nie kosztować tej brei, ale cóż, wyżłopałem wszystko na jeden łyk. I prawie się zrzygałem od samego posmaku.

Pół godziny później czułem już zmianę. Wstałem i zszedłem na sieć. Turbo i jeszcze paru rozhuśtali kable. Nie straciłem równowagi. Nawet kiedy stanąłem na jednej nodze. I potem na ręce.

- Dobra, bączku, nie kozakuj - zadrwił Turbo na koniec. - Daliśmy ci coś na podrasowanie receptorów, ekstero, intero i proprio, do tego na wzmocnienie miofibryli i osłabienie skutków zmęczenia. Wszystko to prowizorka, jak cmoktanie się z kurwą. No więc nie traćmy czasu.

Turbo myknął po sieci, a ja za nim.

- Innych nie bierzesz? - zapytałem.

- Nie, Dez. Będziemy tylko ty i ja, dwóch dobrych zmienników.

Tą samą drogą wracaliśmy na górę. Kiedy szedłem po stalowej belce bez niczyjej pomocy, czułem się jak król świata. Znowu biegliśmy ulicami miasta. Tym razem łatwo za nim nadążałem. Ale może po prostu dawał mi fory, może chciał uśpić moją czujność? Postanowiłem wrzucić trochę na luz... jeśli to będzie możliwe.

W końcu znaleźliśmy się na południowej granicy TV City. Przed nami wznosił się najwyższy budynek w całym starym Nuevo Yorku, w którym kiedyś staruszek Trump miał swój sztab, zanim zwyciężył w wyborach prezydenckich i został bestialsko zabity. Sto pięćdziesiąt pięter ze szkła i żelbetu, mnóstwo wcięć, gzymsów i załomów.

- A teraz mała wspinaczka - oświadczył Turbo.

- Jaja sobie ze mnie robisz, bączku? Tutaj masz wszędzie gładkie ściany.

- Wcale nie. Stare postmodernistyczne gmaszyska mają tę zaletę, że budowano je z fantazją. Jest się czego chwycić.

Wczepił się rurę i wystrzelił na pierwsze piętro. Tak szybko za nim grzać nie mogłem, ale pogrzałem, możecie mi wierzyć, pogrzałem... Zrzuciłem buty i po chwili byłem tuż za nim. Trochę się bałem, i co z tego? Miałem niesamowitą fazę, rozpierała mnie energia i myślałem, że zaraz eksploduję.

Do pięćdziesiątego piętra wspinało mi się superancko. Turbo nie odskoczył ode mnie: czego on się chwytał, chwytałem się ja. Raz nawet odpowiedziałem uśmiechem na jego uśmiech. Nie przeczuwałem, że to wszystko dla zmyły.

Gdzieś przy sześćdziesiątym piętrze zatrzymaliśmy się na szerokim gzymsie, by nieco odpocząć. Nie patrzyłem w dół, bo wiedziałem, że mimo wyostrzonego zmysłu równowagi sam widok ziemi z tej wysokości zatrze mi silniki.

Zajrzeliśmy do oświetlonego pokoju, w którym robot pilnie odkurzał dywaniki. Waliliśmy w szybę, ale nie zwrócił na nas uwagi. Postanowiliśmy wspiąć się wyżej.

W połowie drogi Turbo zaczął się popisywać. Byłem coraz bardziej zmęczony, a jemu jak gdyby przybywało sił. Kiedy się drapałem po ścianie, skikał wokół mnie, robił głupie miny i na wszystkie sposoby uprzykrzał mi życie.

- Zlecisz na pysk, Dez. Specjalnie cię tu zaciągnąłem. Nigdy już się nie zbliżysz do Chuckie, kumasz? Zostanie po tobie mokra plama na chodniku, kałuża rozlanych molekuł.

I tak się znęcał nade mną. Ignorowałem go dość długo, aż nagle powiedział:

- Kurde, ten Ziggy ostatnio ma dziurawą pamięć. Nawet nie bierze mnemotropin. Ciekawe, czy dobrze obliczył czas działania. Głupio byłoby, gdybyś właśnie wracał do normy.

- Nie powiesz chyba...

Odruchowo obejrzałem się na niego. Wisiał głową w dół, uczepiony gzymsu palcami nóg. Przy okazji zobaczyłem ziemię. Telewizyjne Miasto wyglądało jak model w skali 1:100 gdzieś w holograficznym studiu.

Sparaliżowało mnie. Wyraźnie usłyszałem pęknięcie paznokcia.

- Co jest, Dez? Wymiękasz?

Szyderczy ton zmobilizował mnie do działania. Przecież nie będę spadał tyle pięter i słuchał jego idiotycznego śmiechu!

- Ścigajmy się resztę drogi - zaproponowałem.

Wtedy zaszła w nim zmiana.

- Nie ma sensu, zmienniku. Wchodź powoli, od gzymsu do gzymsu.

No i tak zrobiłem, pokonałem te siedemdziesiąt pięć pięter. Na górze była iglica i maleńka platforma, z czterech stron otoczona barierką, nie większa chyba od maty łazienkowej.

Przelazłem przez barierkę, usiadłem na skraju i zacząłem majtać nogami. Czułem się wypompowany, więc nie zdziwiłem się, kiedy Turbo powiedział:

- Przestało działać, Dez, to nie żarty. Na twoim miejscu nie schodziłbym po ścianie. Zresztą i tak za moment będzie tu brudny harry. Pokiblujesz roczek przy dobrym sprawowaniu. Poszukaj nas, kiedy wyjdziesz.

Zaczął schodzić głową w dół, kręcąc tyłkiem na boki.

I stąd ta cała sytuacja. Dendryty mi zdychają, a ja nie wiem, kurwa, jak zejść!


przekład Dariusz Kopociński

Kroki w nieznane #7 - Almanach fantastyki 2005

Redakcja: Lech Jęczmyk, Konrad Walewski
Autor: Michael Blumlein, Kir Bułyczow, Pat Cadigan, Ted Chiang, John Crowley, Paul Di Filippo, Cory Doctorow, Greg Egan, Kathleen Ann Goonan, Elizabeth Hand, Kelly Link, Paul McAuley, Suzy McKee Charnas, China Miéville, Paul Park, Władimir Wasiliew
Tłumaczenie: Dariusz Kopociński
Wydawnictwo: Solaris
Miejsce wydania: Olsztyn
Wydanie polskie: 12/2005
Seria wydawnicza: Kroki w nieznane
Liczba stron: 512
Oprawa: twarda
ISBN: 83-89951-34-7
Wydanie: I
Cena z okładki: 45 zł


blog comments powered by Disqus