Fragment książki "Skarby w cieniu swastyki"


Zamiast wstępu, czyli na tropie skarbów

W stanie wojennym do komendy Milicji Obywatelskiej ktoś wysłał anonim, że w ogrodzie pewnego obywatela zakopany jest powielacz. Funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa przekopali cały ogród, ale niczego nie znaleźli. Gdy nieoznakowane samochody SB opuszczały posesję, jej właściciel zacierał ręce. Wysłany przez niego niepodpisany list spełnił swój cel. Esbecy przekopali mu ogród...
To tylko dowcip, opowiadany w latach 80. minionego wieku. Ale kilkanaście lat wcześniej coś takiego wydarzyło się naprawdę.
W zasobach Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu znaleziono pewien skrypt, który Służba Bezpieczeństwa używała do wewnętrznych szkoleń, przedstawiając w nim wybrane, na ogół nietypowe sprawy i sposoby ich rozwiązania.
Jedna z takich spraw, omówiona na stronach 12. i 13., dotyczyła słynnej Bursztynowej Komnaty, którą w esbeckim skrypcie konsekwentnie nazywano „komnatą bursztynową” – z małych liter i w cudzysłowie. Dla przejrzystości w poniższych cytatach ów nietypowy zapis nazwy tego unikatowego arcydzieła sztuki barokowej zastąpiłem tym stosowanym powszechnie. Reszta pozostaje bez zmian.
Zajrzyjmy zatem do tego poradnika szkoleniowego SB.
„Wydział II KW MO założył sprawę operacyjnego rozpracowania ze względu na przedmiot poszukiwań – Bursztynową Komnatę, słynne dzieło sztuki, nieoceniony skarb kultury ZSRR. Komnata wykonana była przez artystów kopenhaskich, gdańskich i królewieckich w latach 1706-1763 i znajdowała się w pałacu w Carskim Siole (obecnie Puszkin) koło Leningradu. W 1942 r. wywieźli ją Niemcy i wszelki ślad po niej zaginął”.
Abstrahując już od tego, że Bursztynowa Komnata nie była skarbem kultury ZSRR, lecz kultury znacznie wcześniejszej, to i w następnych zdaniach można znaleźć ewidentne błędy. To arcydzieło sztuki hitlerowcy zrabowali już wczesną jesienią 1941 roku i wcale ślad po niej nie zaginął. Otóż 14 października właśnie 1941 roku skrzynie z bursztynowymi wykładzinami przewieziono do Königsbergu (Królewca, obecnie Kaliningradu), stolicy Prus Wschodnich. Darujmy tu sobie jednak szczegóły, bo wojennym losom Bursztynowej Komnaty poświęcam w tej książce sporo miejsca.
„Poszukiwania Bursztynowej Komnaty – czytamy dalej w skrypcie SB – prowadzone są od zakończenia działań wojennych zarówno przez władze radzieckie, jak i polskie. Prawdopodobnie miejscem jej ukrycia jest teren byłych Prus Wschodnich. Służba nasza miała wiele informacji o rzekomym miejscu ukrycia Bursztynowej Komnaty. Informacje te były skrupulatnie sprawdzane, lecz poszukiwania nie dały oczekiwanych efektów”.
Zapamiętajmy te dwa ostatnie zdania. Do tego wątku jeszcze w tym rozdziale powrócę.
W dalszej części tekstu w swym poradniku SB przechodzi do rzeczy: „W czerwcu 1969 r. do Wydziału Kultury Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej wpłynął anonimowy list. Do listu autor dołączył pisany ołówkiem dokument, sporządzony w języku niemieckim, z datą 25 grudnia 1944 r. Na odwrocie tego dokumentu sporządzony był szkic przedstawiający niezidentyfikowany teren w okolicy jednego z miast powiatowych danego województwa. Anonimowy nadawca informował w swoim liście, że dokument w języku niemieckim dotyczący miejsca ukrycia przez Niemców Bursztynowej Komnaty znalazły dzieci w niemieckiej książce. Ponieważ wie z prasy o poszukiwaniach Bursztynowej Komnaty, postanowił znaleziony dokument przekazać właściwym władzom”.
Służba Bezpieczeństwa postanowiła ustalić autora anonimu i zlokalizować miejsce ukrycia skarbu. „Realizując czynności operacyjne – czytamy w skrypcie SB – zdołano zidentyfikować miejsce ukrycia Bursztynowej Komnaty. Okazało się, że punkt, który został uwidoczniony na szkicu jako miejsce ukrycia skarbów, znajdował się na posesji Zygmunta Mackiewicza. Chcąc odnaleźć ukryte skarby, należałoby zniszczyć budynek mieszkalny oraz szklarnię. Ustalono, że Z. Mackiewicz był autorem anonimowego listu i dokumentu w języku niemieckim. Okazało się, że miał on zamiar doprowadzić do rozbiórki budynków do niego należących, aby w ten sposób otrzymać odszkodowanie od państwa. Celu nie osiągnął, bowiem zrezygnowano z poszukiwań skarbu na jego posesji. Prokuratura umorzyła wszczęte postępowanie przygotowawcze, wychodząc z założenia, że Z. Mackiewicz nie podrobił żadnego dokumentu”.
Czytając te słowa, wiedziałem już, że ta sprawa znana jest poszukiwaczom Bursztynowej Komnaty i w czasach PRL została kilkakrotnie opisana. Powołując się na ustalenia poznańskiego dziennikarza Zbigniewa Szymańskiego, „uwiecznił” ją Ryszard Badowski w wydanej w 1976 roku głośnej wtedy, a dzisiaj wręcz kultowej książce Tajemnica Bursztynowej Komnaty. W publikacjach z tamtych czasów Zygmunta Mackiewicza przedstawiano jako Zenona M. z powiatu wągrowieckiego ówczesnego województwa poznańskiego, który – jak pisał Badowski – „poważnie zadłużył się w banku i u osób prywatnych. Pokaźne kwoty z pożyczek roztrwonił. Zbliżał się termin spłaty i Zenon M. miał, jak to się mówi, nóż na gardle”.
I wymyślił to, co opisano w poradniku SB11. A że podczas drugiej wojny światowej służył w Wehrmahcie, doskonale znał język niemiecki. Zgubiło go zaś to, że fachowcy z Zakładu Kryminalistyki Komendy Głównej MO orzekli, że zarówno list do Wydziału Kultury, jak i niemiecki rzekomo dokument (był to napisany gotykiem sfingowany list ojca do syna, wskazujący miejsce ukrycia skarbów) sporządziła ta sama osoba. „Oszusta  zdemaskowano. Przyznał się do mistyfikacji” – napisał Ryszard Badowski.
W czasach Polski Ludowej jakiekolwiek poważniejsze poszukiwania ukrytych skarbów (dzieł sztuki, cennych zbiorów bibliotecznych i archiwaliów) mogły odbywać się tylko za zgodą odpowiednich władz. Formalnie były to władze konserwatorskie, faktycznie – bezpieczeństwa. Zrazu Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, później Komitet do spraw Bezpieczeństwa Publicznego, a od 1957 roku Służba Bezpieczeństwa strzegły swoistego monopolu na poszukiwania. Złamało go tylko Wojsko Polskie, które na przełomie lat 70. i 80. XX wieku włączyło się w te poszukiwania. Armii, dowodzonej wtedy przez generała Wojciecha Jaruzelskiego, się nie odmawiało.
Wspólna akcja resortów obrony narodowej i spraw wewnętrznych z lat 80. dotyczyła tylko poszukiwań dóbr poniemieckich na Dolnym Śląsku, głównie w Sudetach. I zakończyła się niepowodzeniem, by nie rzec kompromitacją, jeśli nie liczyć przypadkowo odkrytego w nadodrzańskim Lubiążu skarbu monet najprawdopodobniej z czasów poprzedzających pierwszą wojnę śląską, a więc z pierwszej połowy XVIII wieku.
W sferze zainteresowań Służby Bezpieczeństwa była przede wszystkim Bursztynowa Komnata, poszukiwana nie tylko w ZSRR i Polsce, ale także w Niemieckiej Republice Demokratycznej, Republice Federalnej Niemiec, Czechosłowacji, a nawet w Austrii. Pracownicy SB śledzili publikacje na temat komnaty, włączali się też do różnych akcji poszukiwawczych, na ogół nie kryjąc, jaką reprezentują instytucję. Przy okazji wyciągali od poszukiwaczy najbardziej wartościowe informacje, o czym zresztą wspominał autor skryptu.
Przez długie lata powojenne Bursztynowa Komnata była (podejrzewam, że dla wielu osób nie tylko w Polsce nadal jest) swoistym symbolem zaginionych podczas drugiej wojny światowej skarbów kultury. Tymczasem komnata nie zaginęła. Jej – co dla poszukiwaczy zabrzmi jak herezja – w ogóle nie ukryto, chociaż jakieś nieśmiałe próby w tym celu prowadzono na przełomie lat 1944/1945, ale dano sobie z tym spokój.
Łatwo się wymądrzać, gdy już wiadomo, że przez gąszcz celowo lub przypadkowo tworzonych mitów w końcu przebiła się prawda. Okrutna prawda. Sam przez długie lata poszukiwałem Bursztynowej Komnaty, ale nie z wykrywaczem metalu i łopatą, lecz z notatnikiem, długopisem i aparatem fotograficznym w rękach, rejestrując, sprawdzając, a następnie opisując przede wszystkim w „Głosie Wielkopolskim” niektóre ślady. Wtedy byłem zwolennikiem hipotezy o jej ewakuacji z Królewca w głąb Niemiec, gdzieś do Saksonii lub Turyngii i ukrycia jej tam. Dziś wiem, że się myliłem. Że z gruntu nieprawdziwy jest nawet tytuł mojej książki Zaginiona komnata, napisanej w 1992 i wydanej w roku następnym. Powtórzę to raz jeszcze. Bursztynowa Komnata nie zaginęła. Pozostawiono ją na pastwę losu.
Na następnych stronach przedstawiam – na szerokim tle wydarzeń historycznych czasów drugiej wojny światowej i pierwszych lat powojennych – losy wielu skarbów kultury. Niektóre z nich opisywałem już w książkach wydanych w latach 1992-2006, ale później natrafiłem na nowe ślady, na nieznane wcześniej dokumenty i relacje, pojawiły się też kolejne hipotezy dotyczące tych skarbów. Warto zatem było do nich wrócić.
Tak więc niniejsza książka jest opisem skarbów zrabowanych, zaginionych, ukrytych, odnalezionych lub zniszczonych podczas drugiej wojny światowej. Nie pomijam również wojennych losów skarbów... mitycznych, w które wielu uwierzyło i wielu nadal wierzy, że gdzieś ukryte czekają na swego odkrywcę.

Skarby w cieniu swastyki

Autor: Leszek Adamczewski
Wydawnictwo: Replika
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 5/2010
Liczba stron: 308
Format: 145 x 205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7674-052-2
Cena z okładki: 29,90 zł


blog comments powered by Disqus