Recenzja książki "Spadek Leonarda da Vinci"

Autor: Kormak
2 grudnia 2006


Spadek Leonarda da Vinci
pierwszy raz ukazał się w 1983 roku, ale tak naprawdę o tej książce zrobiło się głośno dopiero 20 lat później. Wówczas to jej autor, Lewis Perdue, oskarżył Dana Browna o to, że jego Kod Leonarda da Vinci jest plagiatem. Podobieństw ma być setki, a cała kampania reklamowa książki w Polsce oparta jest właśnie na konfrontacji obu książek. Hasła na okładce krzyczą wielkimi literami: Spadek kontra Kod. Pojedynek da Vincich. I jak wypada ta potyczka? Perdue na deskach. Brown nokautuje go w pierwszej rundzie.

Prawda jest taka, że gdyby nie sukces Dana Browna, o książce Lewisa Perdue nikt by nie pamiętał i nikt by jej nie wznawiał. Spadek Leonarda da Vinci jest bardzo słabą powieścią sensacyjną, z nudnym wątkiem, przeraźliwie sztampowymi bohaterami i dialogami, od których czytania bolą zęby. Główny bohater, Vance Eriksson jest młody, zabójczo przystojny, o wspaniałej muskularnej sylwetce. Nie tylko jest najlepszym na świecie geologiem poszukiwawczym, ale dodatkowo znajduje się w ścisłej czołówce ekspertów od Leonarda da Vinci. Opracował genialny system gry w blackjacka, przez co dorobił się fortuny oraz zakazu wstępu do kasyn na całym świecie. Oprócz tego jest absolwentem dwóch prestiżowych uczelni (Cambridge i MIT), a w Wietnamie budował szpitale dla ofiar wojny, za co wyrzucono go z wojska. Co więcej, Vance nie gra według reguł, czym doprowadza do szału zawistnych współpracowników, bo szef firmy, w której pracuje, kocha go i traktuje jak syna. Jak się dowiadujemy, nasz bohater z każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji potrafi znaleźć niekonwencjonalne wyjście, które nikomu innemu nie przyszłoby do głowy (co najśmieszniejsze, autor nigdy nie wdaje się tu w szczegóły, najwyraźniej nie ma takiej wyobraźni). Kiedy do tego równania dodamy jeszcze złamane serce, to Vance Eriksson jawi się jako postać iście karykaturalna, zbiór klisz i najbardziej wyświechtanych cech, którymi autorzy thrillerów i powieści sensacyjnych obdarzają swoich wyidealizowanych bohaterów.

Fabuła nie jest wiele lepsza. Zaginione strony z rękopisu Leonarda da Vinci kryją w sobie najpotężniejszą broń świata. O nią toczą śmiertelną rozgrywkę tajemnicze, wszechwładne organizacje, które nie cofną się przed niczym. Do tego jeszcze zamach na papieża, KGB, CIA i szczypta antyreligijnych frazesów. Głupich pomysłów tu za dużo, żeby sensownie je rozwinąć i sprawić, żeby były one interesujące. Żeby wskazać największe kurioza w tej książce musiałbym zdradzić całą fabułę, a nie chcę psuć przyjemności (?) potencjalnym czytelnikom. Wskażę jednak na pewną zasadniczą różnicę, która przemawia na korzyść Dana Browna. On, pisząc o sekretnych organizacjach, nie wymyśla ich całkiem, tylko rozbudowuje mit już istniejących: templariuszy i Zakon Syjonu. To o wiele lepiej działa na wyobraźnię czytelnika. Poza tym autor Kodu Leonarda da Vinci o wiele więcej miejsca poświęcił na wątki religijne. Wgłębiał się w może i dosyć banalne teorie, ale przemawiające mocno do wyobraźni współczesnych. Perdue tylko ślizga się po powierzchni różnych tematów, poświęca im po parę zdań, rzucając garść nieprzekonujących banałów. Woli zapełniać strony strzelaninami, scenami miłosnymi czy rozterkami sercowymi pary głównych postaci, które bardziej pasowałyby do Harlequina.

Lewis Perdue jest przekonany, że jego książka została splagiatowana przez Browna. Ten zaprzecza, sąd w 2005 roku przyznał mu rację, na co Perdue oczywiście zareagował odwołaniem się od wyroku. Na pewno jego sprawie nie pomoże fakt, że nawet dwóch spośród trójki autorów książki, która była inspiracją dla Browna (Święty Graal, Święta Krew), przegrała swój proces. Prawdę mówiąc trudno stwierdzić, czy między obiema książkami o Leonardzie da Vinci więcej jest podobieństw czy różnic. Pewnie rzeczy je łączą, ale i dzielą. Jedno jest pewnie, obaj nie są wielkimi pisarzami. Brown bije jednak Perdue na głowę warsztatem (pisze lekko, wciągająco, woli inteligentne zagadki zamiast bezsensownej przemocy), jego książki to świetna literatura rozrywkowa, o czym świadczą ich nakłady. Nieważne, jak wiele czerpał od innych autorów, skoro potrafił z tego sporządzić mieszankę, która poruszyła czułe strony w czytelnikach, dzięki czemu o Kodzie... mówił cały świat.

W Spadku... zawodzi wszystko, od fabuły i bohaterach począwszy, poprzez napięcie (a raczej jego brak) aż na języku kończąc. O to ostatnie można by winić tłumacza, ale szczerze wątpię, żeby to była wyłącznie wina spolszczenia. Jest to po prostu książka bardzo, bardzo słaba. Szum reklamowy i entuzjastyczne blurby na tylnej okładce są tylko dowodem na to, jaki kit potrafią wciskać wydawcy. To nie pierwsza i nie ostatnia powieść, wspinająca się po sławę po plecach Dana Browna. Wyróżnia ją to, że została napisana 20 lat wcześniej. Można ją ostatecznie przeczytać, ale głównie po to, żeby się przekonać, że domniemany oryginał pod każdym względem jest gorszy od swojej kopii.



Spadek Leonarda da Vinci

Autor: Lewis Perdue
Wydawnictwo: Philip Wilson
Wydanie polskie: 9/2006
Liczba stron: 398
Format: 135x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-7236-205-X
Cena z okładki: 9,99 zł


blog comments powered by Disqus