Recenzja książki "Arche monolog, który wciąż jeszcze trwa"

Autor: Ahrylein
8 marca 2006

Kim jestem? Co tu właściwie robię? Czym jest to coś na zewnątrz mnie, zwane rzeczywistością? Takie pytania zadaje bohaterka książki, chuda Tereska o chłonności intelektu nieproporcjonalnej do jej, archetypowej już, jeśli idzie o kobiety w literaturze, dziewczęco-neurotycznej osobowości. Aby dowiedzieć się prawdy, spotka grupkę narko-weteranów, rozpocznie pod ich opieką ryzykowną intoksykację, po czym przerwie ją już po pierwszej sesji. Okaże się, że dotarła w rejony, w które dotrzeć się udało tylko najtwardszym spośród wąskiego grona wtajemniczonych w działanie zakraplanego wprost do oka arche - tajemniczej chemicznej substancji niewiarygodnie poszerzającej percepcję. Ponieważ całkowity powrót tu jest już dla niej niemożliwy, musi kontynuować swój odjazd, wspomagając się teraz jedynie siłą swej wyobraźni i doświadczeniem, które dopiero co zdobyła...

Poszukiwanie przejścia pomiędzy odrębnymi wymiarami, pomiędzy "ja" a "wszechświat", to motyw przewodni opowieści o niekończącym się monologu. Jej twórca snuje w żartobliwej konwencji historię wyzwalania swojego i bohaterów umysłu z ograniczeń zwykłego postrzegania, aby doznać, najogólniej pojętego, oświecenia. Pomocne okażą się i buddyjskie nauki, i chrześcijańskie odnośniki oraz cały wachlarz filozoficznych i naukowych koncepcji dotyczących Absolutu i natury rzeczywistości - w myśl zasady (abstrahując od jej słuszności), że wszystkiego trzeba skosztować i ze wszystkiego zaczerpnąć, jeśli chce się osiągnąć cel ostateczny. Mamy tu też epizod dotyczący narkotykowych tripów, ale najważniejszym sprawdzianem "widzenia" okaże się i tak umiejętność wchodzenia tam "na czysto".

Deresz to młody autor. Z informacji umieszczonej przez wydawcę na okładce książki można się dowiedzieć, że pierwszą powieść wydał mając lat 17 - w 2001 roku; poza nią i Arche ma na koncie zbiór opowiadań i znany jest jako współtwórca jednego z literackich przedsięwzięć na krajową skalę. Tę jego opowiastkę cechuje słowotok, nadużywanie niejasnych pojęć i przesadne intelektualizowanie. Ogólnie - może drażnić to, że pierwszej części książki (a jest tych części trzy) nie da się czytać łatwo bez słownika wyrazów obcych pod ręką. A nawet jeśli się zeń skorzysta, nie przyniesie to większego zrozumienia. Widać, że autor jest obeznany nie tylko z beletrystyką, literaturą popularnonaukową, dobrze pamięta szkolne lekcje chemii, dział zoologii zwany entomologią (nauka o owadach), zapoznał się przelotnie z problemem geometrii, zahacza też o religioznawcze wątki, ale najbardziej upodobał sobie semantykę, czyli naukę o znaczeniach wyrazów i zależnościach między nimi (bliżej zainteresowanym polecam klasyków tematu takich jak Leach czy Uspienski) oraz słowotwórcze zabawy. Szkoda jednak, że to wszystko sprawia wrażenie cyrkowej żonglerki prezentowanej przed podchmieloną publicznością - autor rzuca hasłami, piętrzy niepotrzebnie definicyjny chaos i zwyczajnie męczy czytelnika.

Jednak plusem w tej sytuacji jest fakt, że Deresz jest obywatelem Ukrainy, co dla kręgu polskich odbiorców może być istotne ze względu na pokrewieństwo kulturowego i językowego kontekstu - ujawnia się tu słowiańskość powieści. Pojawiają się w niej liczne amerykanizmy (bo to pozycja raczej młodzieżowa), i choć u nas nikt ich nie wymyślił, trzeba przyznać, że naprawdę przekonują i śmieszą; podobnie rzecz ma się z wulgaryzmami. Ale pisarz nie poprzestaje na słowach, bawi się również bohaterami, intrygą i swoim statusem autora i nie ukrywa, że najważniejszą kwestią nie jest fabularna przejrzystość, a przestawienie się na specyficzny poziom myślenia przezeń zaproponowany, na wyjście z konwencji rozumowania (przy pomocy intelektu) na rzecz pojmowania (w procesie intuicyjnym). Aby tego przynajmniej skosztować, bezwzględnie trzeba porzucić zwyczajowe przeżywanie tego, co nam się przytrafia, chociażby na moment, na poobiednią sesję z najnowszą powieścią.

W tej zaś pozycji znaleźć można sporo popkulturowych chwytów, jak podrzucanie pomysłów na reklamy (copywriterzy do klawiatur!) czy propozycje stworzenia awangardowych form teatralnych. Książka zresztą ma niejednolitą strukturę - niby są i monologi, i dialogi, po czym nagle wrzuceni zostajemy w konwencję sztuki teatralnej (podział na role), żeby za chwilę posłuchać osobistych zwierzeń Deresza (i zarazem jednego z bohaterów), dotąd operującego zwykłą trzecioosobową narracją. W końcu przywilej pisarza, jakim jest kreowanie świata przedstawionego i występujących w nim osób, próbuje wydrzeć mu jedna z wymyślonych postaci - a przyczyną tego jest fakt, że autor wierzy w twórczą moc słowa pisanego. Magia przelewa się tu strumieniami, sfery świata zwane Wnętrzem i Zewnętrzem ścierają się nawzajem i wyrównują swoje potencjały ("Słowa to świat, a świat to słowo") - i dlatego Twórca postanawia wymyślić i zapisać swoją przyszłość tak, aby się ziściła...

Deresz gorąco przekonuje nas, że ta opowieść nie została napisana raz na zawsze, jej przeznaczeniem jest dzianie się tu i teraz; jest ona procesem. I to jest ciekawe rozwiązanie. Jednak w mojej pamięci szczególnie mocno utkwiło zdanie obrazujące postawę jednego z bohaterów: "Buba z szacunkiem patrzy na maestra, ale zanim się napije, i tak przeciera szyjkę rękawem". I ja, póki co, skorzystam z tej sugestii.

Arche monolog, który wciąż jeszcze trwa

Autor: Lubko Deresz
Tłumaczenie: Katarzyna Kotyńska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 11/2005
Seria wydawnicza: Literatura Nowej Generacji
Liczba stron: 256
Format: 145x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-7469-173-5
Wydanie: I
Cena z okładki: 22,00 zł


blog comments powered by Disqus