"Rzeczy i cuda"


I
Leszek był pewien, że Anna mieszka w bloku.
Tymczasem, zajechał przed dom, jeden z tych, które wznoszono w latach siedemdziesiątych z byle czego. Każde okno inne. Wypalił papierosa. Zabrał pudło po butach z tylnego siedzenia. Oślepiło go słońce.
Zadzwonił. Ktoś – prawie na pewno Anna – podszedł do drzwi, ale nie otworzył.
-Nazywam się Mierkuć! Syn Bolka Mierkucia!
Dalej cisza. Tylko w judaszu ciemno. Pożałował, że tu przyszedł. Nie jego sprawa.
-Niech się pani nie boi, pani Anno. Nic nie mam do pani – zawahał się, dodał – przecież nikt nie będzie się tu mścił.
Przekręciła zamek. Jej twarz ukazała się w szparze.
-Nie boję się niczego, panie Mierkuć.
Widział ją tylko na zdjęciach sprzed dwudziestu laty, ale nie zmieniła się tak bardzo. Twarz trochę zjechała, oczy osiadły głębiej w twarzy. Usta w siatce zmarszczek. Ale wyglądała młodziej niż na siedemdziesiątkę. Usiedli w jasnej kuchni. Paczkę postawił na podłodze, między stopami. A Anna, jak na staruszkę przystało, zakręciła się przy czajniku. Zaraz na stół wjechały filiżanki, ciastka.
-Wiedziałam, że pan przyjedzie. No, niech pan je i mówi. Chciałabym już to mieć za sobą.
-Byłem prawie pewien, że przyjedzie pani na pogrzeb.
Roześmiała się. Zęby już sztuczne, ale tylko z góry. Na dole – czarne pieńki.
-Pogrzeby nie są dla kochanek, panie Leszku.
-Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy o pani.
-Żony zawsze wiedzą.
I cisza. Leszek rozglądał się po drobiazgach, rozwieszonych w kuchni: ludowy zegar z kukułką. Kalendarz kominiarza. Zeschnięty wrzos. Drewniane ptaszki dzióbiące w futrynie.
-Nie rozmawiałem z mamą na pani temat. Nie jestem idiotą i mam nadzieję, że pani nie obrazi się za szczerość – przełknął ślinę, już łatwiej – jakieś trzy lata temu przejąłem interesy ojca i jasne, połapałem się, że z pieniędzmi coś jest nie tak. Ubywało, przelewy, których nie umiałem wyjaśnić. Tylko, widzi pani, ja nie rozkręcałem interesów taty, próbowałem zamknąć.
-Pomógł mi z domem. Sama nie dałabym rady.
Wstała. Pogrzebała w szafce.
-Dopiero, kiedy ojciec zmarł, dowiedzieliśmy się o pani.
Odwróciła siwą głowę. Śmiała się:
-A to niespodzianka!
Dwa kieliszki, koniak w kieliszkach. Do kuchni przypętał się kot na przekarmionych łapach, z zadartym ogonem. Przysiadł na środku i gapił się prosto na Leszka.
Staruszki często piją, Leszek wiedział po mamie. Ale ta chyba nie. Ledwo usta zmoczyła.
-Znaleźliśmy to – rzekł i pudło wjechało na stół. Pchnął je ku Annie. Położyła dłonie na tekturze. Wszystko spadło z Anny: udawanie, złość, teraz była naprawdę stara. Naprawdę się trzęsła.
-Mogę? – zapytała. Jak dziecko.
-To już należy do pani – wstał. Chwyciła go za nadgarstek.
-Nie.
Więc usiadł i patrzył na szkliste oczy i drżące dłonie; te wyjmowały zdjęcia, listy, kartki, jakieś notatki i papierowe serca. Obracała każde w dłoni, przybliżała, nie wiadomo, do oczu czy ust. Odsunęła pudełko.
-Leszek – powiedziała. I wypiła do dna. Nie wiedziała co zrobić z dłońmi: do pudełka, do butelki, do Leszka. Mówiła, patrząc na zlew – pamiętam, jak się urodziłeś, Bolek przyjechał do mnie. Zaraz. I mówił tylko o tobie. Wydawało się, że dziesięć lat odmłodniał. To znów… Miałeś trzy, może cztery lata, Bolko łowił ryby na muchę, w środku rzeki, a ty w tę rzekę wlazłeś i cię poniosło, on to zobaczył, popędził i też się pośliznął, Boże jedyny, szukaliście się w nurcie, cud, no nie, cud, że tu jesteś. A potem, chyba Kutnie. Chodziłeś do powszechniaka, ale tak pod koniec, i wróciłeś do domu z obitą gębą. Powiedziałeś coś takiego, że tamten był silniejszy, ale musiałeś, bo honor i tak dalej. Bolek wysłał cię do pokoju, a jak był u mnie, może tydzień później, tylko o tym mówił. Że dzielny chłopak z ciebie.
Kot wskoczył na kolana Anny. Nie mógł znaleźć sobie miejsca, kręcił się, ugniatał łapami. W końcu złożył pysk na stole i się rozmruczał.
-Nie pamiętam – rzekł Leszek. Odsunął kieliszek – jestem samochodem.
-Taka ilość nie szkodzi. Ty tutaj! – znów chwyciła pudełko – zawsze chciałam cię poznać. Chciałam. Były dni, że myślałam tylko o tym. No dobrze – przesłała uśmiech – chciałam zobaczyć was razem, ciebie i Bolka. Gdzieś mam tu jakieś zdjęcia, no…
Już chciała się poderwać. Obrażony kot pacnął czterema łapami o kafelki.
-Niech pani zostanie.
Ale już stała.
-Ja się zgodziłam, wiesz, być tą drugą. A wiedziałam, on was nie zostawi. Będzie jeździł. Kłamał, kręcił, nie zostawi. Gdybym mogła przewidzieć, ze to tyle potrwa to nie wiem. Pewno bym poszła w cholerę. Mało facetów? – machnęła ręką – czemu ja ci to mówię – oparła się o ścianę – powiedziałam „ci”, dla mnie zawsze byłeś Lesiem.
Nie chciał, żeby przed nim się rozklejała.
-Widzi pani – wstał – pani jest dla mnie Anną i cześć. Wolałbym nie wiedzieć nawet, jak pani się nazywa, chcę…
-Och, pamiętam, coś tam przy drzwiach wyjęczał. Nie będziesz się mścić. A moja zemsta! Tak! Moja! I nie rób wielkich oczu. No, proszę, wielki szlachetny się znalazł. Wczoraj gówniarz jeszcze – mówiła tak słabo, ledwo ją słyszał – teraz mnie poucza. Co z moim czekaniem? Tydzień po tygodniu, zastanawiając się, będzie, nie będzie. Potem chwytanie chwili, a i tak, zostawałam z, nie wiem, masz ty pojęcie, to tak, jakby rozsypały ci się dłonie. I potem, bez tych dłoni. Ubrać się, zasnąć. Lesiu, jak miałam spać?
Podszedł do niej. Nie na tyle, by ją objąć. Przypomniał sobie, jak tulił matkę na pogrzebie.
-Pani Aniu, dobrze, to było niezręczne. Pani mówi o uczuciach i ja mam swoje. Co, łatwo mi się tu jechało? – rozłożył ręce – myślę, że każdy coś wybiera i musi z tym żyć. Teraz jest trudno.
Wskoczyła mu w słowo, omal nie wskoczyła na niego.
-Jakie mam potem?
Trach, to zegar z kukułką runął na podłogę, nie trącony przez nikogo roztrzaskał się na podłodze. Na sprężynce bujał się ptaszek. Anna cofnęła się, trąciła nogą. Nieważny, stary grat. Usiadła i nalała sobie. Przyciągnęła pudełko, jakby bała się, że Leszek je weźmie.
-Zmieniłam zdanie. Idź już.
Leszek wycofał się, odprowadzony jedynie przez kota. W przedpokoju wisiały zdjęcia, ale nie znalazł na nich ojca. Zerknął za siebie. Anna siedziała nad pudłem. Pod ścianą – rozbity zegar. Przysiągłby, że gwóźdź wciąż tkwi w ścianie. Nie mogę, pomyślał. Nie tak.
Zawrócił. Rzekł:
-Jest coś jeszcze.

II
-Ojciec trzymał pudełko w sekretarzyku. Wiedziałem, że tam jest. Ale nie, co znajdę. Wydobyłem je w dzień po pogrzebie, a tej samej nocy tato przyszedł do mnie. Stopy miał w ogniu. Osmoloną twarz. Zniknął, choć chciał coś powiedzieć.
-Też mi się śnił – odparła Anna.
-Więcej już nie przyszedł. Dwa dni po tym, jak wydobyłem pudełko, zdechł nasz pies. Miał dopiero pięć lat i był zdrowy, wielki byk. Znalazłem go w przedpokoju, jeszcze charczał i pluł czymś czarnym. Nikt u nas nie zrobiłby mu krzywdy. A potem, nie wiem, tydzień może, siostra…
-Asia.
-No, Asia. Mamy przed domem mocną, żelazną barierkę przy murowanych schodach.
-Wiem.
-Pękła, gdy tylko Asia, jak mówisz, się jej chwyciła. Złamana noga. Jak nic, sześć tygodni z głowy. A ja, zobacz – podwinął rękaw na lewym ramieniu. Ukazał tylko kawałek sińca, fioletową plamę o mdłych, żółtych brzegach – regał się na mnie zawalił. Runął, bez powodu. Jak zegar tutaj.
Z bliska widział wyraźnie. W ścianie tkwił nie gwóźdź, ale solidny wkręt.
-Twój ojciec go powiesił, wiesz?
Jeździł palcem po brzegu filiżanki.
-Myśleliśmy – przypadek. Albo duch. Dziwne, prawda? Wcześniej nie przyszłoby mi to do głowy. W każdym razie, przejąłem piętro po ojcu, jego rzeczy spakowałem i wywiozłem na działkę. O domku też wiesz? Może tam byłaś? – syknął – wśród gratów znalazło się, a jakże, i to pudło. Niech będzie. Jechałem, poszła mi opona. Próbowałem wejść. Szlag trafi zamek. A gdy poszedłem spać, wiatr wywalił okna na całej ścianie. Zamokła podłoga. Wszędzie było szkło. Asia się pokaleczyła.
-Asia była z tobą?
-Pojechaliśmy wszyscy.
-Wtedy zaczynałeś rozumieć, co?
Odgiął się na krześle. Już ciemniało, ściany kuchni zrobiły się szare, kot zawędrował pod lampę i tam się zwinął. Z głębi mieszkania dochodziło światło akwarium.
    -Najpierw chciałem wysłać ci tę paczkę. I spokój. Ale jakoś…  Nie mam żalu, myśl sobie co chcesz. I planowałem ci je dać. Po to tu przyjechałem. Pieprzony zegar, co?
Wstał.
-Mam pomysł. Jeśli chcesz, pojedziemy je wyrzucić. Albo spalić. Sam nie chcę.
Anna ożywiła się. Podniosła zegar i postawiła na półce obok zlewu. Kukułka zwisała smutno. Anna pozbierała rozsypane kółka, śrubki, drewnianą ozdobę, odważniki, zwinęła łańcuch. Ułożyła wszystko w metalowej misce. Odstawiła na okno.
-Ja jednak ją wezmę.
Chciała dotknąć jego dłoni. Pozwolił.
-Najbardziej na świecie, przez te wszystkie lata chciałam mieć was. Ciebie. Asię. I twojego tatę. Nigdy nie zrobiłam nic, aby odszedł. Mówiłam. Bądź przy nich. Nie umiałabym.
Zamilkła.
-Mów – poprosił Leszek.
-Nie umiałabym – zaczęła z wysiłkiem – budować na cudzym nieszczęściu. Ale teraz wezmę to pudełko. Pieprzę jego klątwy. Chodź. Napij się.
Na krawędzi płaczu, już trzeszczała w sobie. Naciągała się jeszcze, zamknęła oczy. Bezładnie, szybko, zabrała się za wywalanie rzeczy z pudełka, za rozkładanie ich na stole.
-Nie – odpowiedział Leszek. Anna podniosła głowę i tkwili tak przez moment, ona na krześle, on już przy drzwiach. Nie wiedział, co jeszcze powinien powiedzieć, więc zabrał się i poszedł, w korytarzu nie zapalił światła. Klamkę znalazł po omacku i cieszył się, że jest już na zewnątrz, nim ona zacznie szlochać. Włożył ręce w kieszenie, pochylił głowę. Wiatr się wściekł.

III
Rozwścieczony wiatr zwalił ciężką gałąź na maskę volvo Leszka. Stało się to na ostrym zakręcie, jakieś trzy kilometry od domu Anny. Leszek zahamował, drewno prasnęło w szybę. Docisnął pedał. Chwilę później, palił papierosa i wbijał wzrok w przemodelowany przód auta, sterczący nad poboczem. Koła jeszcze się kręciły.
Uprzątnął gałąź, przetarł szybę, sprawdził, czy zdoła wycofać się na drogę. Zaparkował na poboczu, zgasił światła i znów zapalił. Myślał o bliskich i potem o Annie. Cisnął niedopałek. Sprawdził, czy w schowku są rękawiczki samochodowe. Nałożył i podjechał pod jej dom. Prawie, bo zatrzymał się w cieniu, przecznicę dalej.
Nogi nie chciały go nieść. „Jakby rozsypały ci się dłonie” – przypomniał sobie słowa Anny. Otulił się płaszczem, zapalał jednego od drugiego.
„A moja zemsta!”
Dziwka. Boże. Pudełko, to tylko bezwartościowe graty.
„Co z moim czekaniem? Tydzień po tygodniu, zastanawiając się, będzie, nie będzie?”
Jej gniew, myślał, smutna, cierpliwa wściekłość wieloletniej kochanki. Czekanie. Niepewność. Napady wściekłości. Sięgnął do paczki. Pusta. Obszedł dom i znalazł okno, przez które wśliznął się do środka. Stał chwilę w ciszy i półmroku, rozświetlonym przez akwarium. Skalary, gupiki, a obok stara Anna zawinięta w pościel.
„Pogrzeby nie są dla kochanek, panie Leszku.”
Akurat.
Jej oddech był nerwowy, kręciła się. Wszędzie: przy akwarium, na półce z książkami, na podłodze, stały zdjęcia z pudełka. Puste papierki, bez żadnej magii.
Anna mówiła w jego głowie: „Najbardziej na świecie, przez te wszystkie lata chciałam mieć was. Ciebie. Asię. I twojego tatę.” Rozejrzał się. Podomka, bluzka, ładnie poskładane. I para pończoch, jakie noszą stare kobiety. Sprawdził, bardzo mocne.
„Nigdy nie zrobiłam nic, aby odszedł. Mówiłam. Bądź przy nich. Nie umiałabym budować na cudzym nieszczęściu.”
Usiadł na byle czym, chyba stołek. Czy tam kufer. Szarpał pończochę. Anna nie wie, nie robiła nic specjalnie, jaka z niej czarownica. Ledwo słuchała o tym pudełku. Już chciał iść. A potem: matka nad grobem, niech sobie jeszcze coś złamie, to po niej. Siostra samotna. Potknie się u siebie i z głowy. Ty, Lesiu, też nie należysz do najmłodszych. Podniósł się. Już szedł lekko.
Zrozumiał, że musi zrobić to tak, by na niego nie spojrzała. Inaczej  zwariuje. Nie wie co zrobi jeszcze, ale zwariuje na pewno. Jak się za to zabrać? Nigdy nie myślał, że mógłby. Ale wpełzł na łóżko. Anna spała na brzuchu. Wbił rękę z pończochą pod gardło, Anna spróbowała się poderwać. Dwa ruchy i już zaciskał pończochę. Dziwne, bo wszystko trwało tylko chwilę. Zsunął się z łóżka. Złapał oddech.
Sprawdził puls i oddech. Koniec, tylko kot syczał.
Leszek przesmyknął się przez okno. Nie patrzył za siebie. Wsiadł do samochodu.
Już po paru zakrętach zaczął się głowić, czy nie zostawił śladów. A jeśli tak, to co. Kto będzie jej szukał. W domu powie, że zabłądził, w domu powie, że jej szukał i nie znalazł. Może będą spali.
Zatrzymał się dopiero pięćdziesiąt kilometrów później i kupił papierosy. Zapalił w samochodzie. Miał wrażenie, że rozsypały mu się dłonie i pali już bez nich.



blog comments powered by Disqus