"Akademia"


Zaczęło się to wszystko na trzecim roku studiów Akademii Beaux-Arts w pewnym hanzeatyckim mieście. Właśnie na ten rok przypadały zajęcia z rysunku, prowadzone przez niejakiego profesora Affbauma. Muszę przyznać, iż podziwiałem tego sędziwego pana w gruncie rzeczy już za samo to, iż nie zmienił swego wyraźnie semicko nacechowanego nazwiska, które w kraju prymitywnego antysemityzmu przenoszonego drogą płciową na kolejne pokolenia było (w moich oczach przynajmniej) wyrazem odwagi i silnego poczucia zakorzenienia w tradycji. A zdarzały się przecież u nas na roku gagatki, które na postawione pytanie: „za co ty tak właściwie nienawidzisz Żydów” odpowiadały beztrosko: „A bo oni się tak kiwają głupio” (że niby podczas modlitwy się kiwają). Naiwnym byłem, myśląc, że fakultety z filozofii, kulturoznawstwa czy nawet historii sztuki, jakimi karmiła nas Uczelnia, rozszerzą horyzonty myślowe moich kolegów „po pędzlu”. Mogły na nich padać nawet co pół godziny nazwiska wybitnych ludzi sztuki i nauki pochodzenia żydowskiego. Dla pewnych ludzi był to, tak czy owak, naród lichwiarzy, paserów i dorobkiewiczów robiących zawrotne kariery w globalnym biznesie, oczywiście wyłącznie za sprawą koterii rasowej lub przekrętów.
Ale zajęcia z profesorem Affbaumem nie miały być zwykłymi lekcjami rysunku. Przebrnąwszy bowiem w poprzednich latach przez martwe natury, byliśmy, przynajmniej potencjalnie, gotowi, by stawić czoła naturom ożywionym, a niejednokrotnie boskim w swej urodzie, mianowicie ciałom kobiecym.
W jednej chwili poczułem się niczym Mistrz Leonardo, który wpisując człowieka w koło i kwadrat (te jakże proste, acz wyrażające pełnię i doskonałość figury geometryczne), wykreślał idealne proporcje opisanego jak najprostszą funkcją piękna.
Bardzo szybko mój platoniczny zachwyt nowym przedmiotem miał zostać poddany próbie. Otóż – czego należało się spodziewać – profesor był pedagogiem niezwykle wymagającym i o żadnym Picassie na zaliczeniu mowy być nie mogło. Mieliśmy przecież uczyć się proporcji, pracować nad swoim warsztatem, a abstrakcyjne wizje, będące wytworem młodych umysłów, schować na razie do kieszeni, a precyzyjniej – do prywatnych teczek z pracami, i zakopać je głęboko w domu. Rygory uczelniane wymuszały też na nas wiele popołudniowych zajęć, które często odbywały się z osobistymi modelami (także modelkami). Ale fajnie – powiedzą ci, dla których możność oglądania nagiej kobiety rano, wieczorem i w południe jest uniesieniem do siódmego nieba. Ale po pierwsze – przesyt i wymuszone (zwłaszcza na zajęciach grupowych), instrumentalne traktowanie modelki, a po drugie – presja, by namalować ów akt „w granicach przyzwoitości” warsztatowej, utrudniały percepcję owych ziemskich doskonałości. Dodajmy jeszcze, iż ja miałem przecież wówczas dodatkowe dylematy, można by rzec, natury moralnej. Wyobraźcie sobie bowiem, co musi czuć skrajnie ortodoksyjny protestant w kontakcie z obnażoną kobietą! Przecież w moim kościele kobiety do modlitwy nakrywały głowy chustkami! Do kaplicy wchodziły ubrane z purytańską skromnością, w której kanonach nie mieściła się ani biżuteria, współczesne, młodzieżowe stroje, ani naturalnie wszelkie upiększacze typu: pomadki, cienie, lakiery etc., etc.

Marek był człowiekiem dużo bardziej zdecydowanym żyć tu i teraz, niż ja. Nie przeszkadzały mu w tym drobne niedostatki urody (choćby niski wzrost i chyba średnio ciekawa gęba), które potrafił zresztą doskonale pokonywać niezłą gadką. „Ten to ma bajer” – pękali z podziwu kumple z roku, gdy na kolejne warsztaty z aktu przyprowadzał coraz to piękniejsze laski.
Uroda jednej z nich, Doroty (jak się później dowiedziałem), zachwiała mój, dotąd względnie stabilny, protestancki grunt pod stopami. A przecież widziałem ją tylko raz jeden, gdy „boski” Marek wprowadzał ją do swojej świątyni ciała. Wymieniliśmy uśmiechy, kilka zdań w pośpiechu, które sam uciąłem, szybko się żegnając. Czym zawiniłem w Niebie, że piękność ponad miarę obezwładniała mnie falą potężnego speszenia? Że stawałem się przed nim jak dziecko w kolebce, bezbronne wobec osobliwości świata?

Ja malowałem Izę – dziewczę poznane w akademiku przy okazji jakiejś mało udanej imprezy, na której zresztą pojawiłem się tylko z grzeczności, a także po to, aby nieco wygłuszyć plotki o moim świętoszkowatym wyobcowaniu. Iza nie należała do nas. Próbując dwukrotnie (a bezskutecznie) dostać się na ASP, zaczęła ostatecznie zgłębiać prawa logiczne i pisma Platona (obowiązkowe na pierwszym roku matki nauk – filozofii). Niemniej koniecznie chciała poznać paru „artystów”. W tej sytuacji nakłonienie jej do pozowania nie stanowiło dla mnie większego problemu.
Ale cóż z tego, skoro malując Izę widziałem przed sobą Dorotę… Była dla mnie współczesną reinkarnacją Klimtowskiej Salome. To znów przyrównywałem jej rysy do niebotycznie pięknej Danae Godfreyowa – współczesnego artysty francuskiego, pochodzącego z Polski, którego prace kwalifikowano jako gotycyzujący neosymbolizm i orfizm. Jednego dnia, gdy malowałem Izę, stanęło mi przed oczyma XVI wieczne płótno mistrza Jana Gossearta. Kazałem jej więc odsłonić jedynie pierś i kolana. Innym razem znów chciałem by „zagrała” dziewczynę z obrazu Schielego. Tak, tego samego właśnie, którego wzbraniałem się poznać na kursie akademickim z historii malarstwa, sądząc, że krzywdzi kobietę, demonizując jej rysy niczym Przybyszewski. A mnie zawsze przecież bliższy był Tetmajer. Nigdy nie Witkacy. Hłasko? Dla dobra korony boskiego stworzenia – kobiety – lepiej, aby został jednak przy zawodzie kierowcy ciężarówki, a nie brał się za pióro… A jednak, mimo iż od dawna on i jemu podobni znajdowali się u mnie na indeksie artystów zakazanych, obrazoburców i pornografów, przekonał mnie teraz Schiele cierpieniem do szaleństwa, jakie pozostawia po sobie niemożność zbliżenia się do takiej kobiety. Z jego Danae, w kuckach, z opadającą na piersi głową, spadło na mnie, niczym objawienie, piękno subtelne i ponętne. Rozpięte pomiędzy męką niemożności wzięcia w posiadanie Doroty a estetycznym spełnieniem w obcowaniu z nią, choćby tylko na arenie mojej wyobraźni, tylko poprzez płótno Schielego. Schowałem ją dla siebie w hermetycznej klatce serca, niczym w odbitym o ściany uczuć krzyku Muncha. W mitycznym lochu, do którego mogłem przeniknąć jedynie złotym deszczem farb z mojej palety. Wprawdzie bywały dni oprzytomnienia. Wówczas widziałem w całej jaskrawości, że to we mnie jest owo cierpienie i zwątpienie, które było przyczyną zestawienia Doroty z pracami moderny. Uświadamiałem sobie wówczas, że ona beze mnie, poza mną, była raczej podobna kwiatom z ogrodu świętego Franciszka. A biegnąc w pośpiechu na autobus, mogła być też kobietą z obrazu Picassa, zniekształconą wielością świata w niej i obok niej. Choć z tym ostatnim spostrzeżeniem najtrudniej było mi się pogodzić. Że blask jej oczu, który dla mnie odbijał tylko blaski Luny, z równą intensywnością odbijać musi neony i wystawy, tramwaje czy szare, oplute elewacje kamienic!
Czyż nie był złośliwym demiurg tego świata, że każąc nam szukać skarbów niebiańskich, trwałych, jednocześnie nieustannie wodził nas na pokuszenie, dokonując stworzenia Doroty i jej podobnych? Bo czyż z ruchu jej pięknie wykrojonych warg nie powinno się czytać lunarnego przesłania: żyj teraźniejszością, ciesz się pięknem chwili – na podobieństwo choćby tych kwiatów na łące?
Takie to niemoce spadały na mnie, a ręka coraz mocniej, natarczywiej załamywała kreski: to na piersiach, to na twarzy Izy. I nie sposób było wyzwolić się z tego snu, który w szalonym natręctwie wiódł mnie ku dekonstrukcji, postmodernie i… antypodmiotowości. Bo im bardziej pastwiłem się nad ciałem Izy, tym bardziej rzeczą mi była, modeliną ledwie – nie człowiekiem.


Fragment przygotowywanej do druku powieści "Kolej na los"



blog comments powered by Disqus