Magimatrix z Poznania - recenzja książki "Królikarnia"

Autor: Tomasz Nowak
16 listopada 2007

Znając kilka guzkowych opowiadań opublikowanych wcześniej, z ogromnym zainteresowaniem przystąpiłem do lektury zbioru, mającego niewątpliwie podsumować pewien dorobek, odcinek twórczości. Pierwszy i…? Wielce obiecujący! Na sześćset stron zanurzyłem się w fantastycznym świecie świetnej zabawy. Tym dla mnie lepszej, że sam jestem Poznańczykiem z dziada pradziada.

Od mocnego uderzenia
Wszystko zaczyna się w Poznaniu, stanowiącym stolicę „nowego wspaniałego ezoterycznego świata”, nieco oderwanym od dalszego ciągu dłuuugaśnym, bo zajmującym aż jedną trzecią książki tekstem „A wy nie chcecie uciekać stąd?”. Już sam tytuł kojarzy się niewątpliwie z innymi: „I żywy stąd nie wyjdzie nikt”. Choć to cytat z zupełnie innej bajki, przywodzi na myśl skojarzenia obsesyjne i dołujące. I słusznie, bo spomiędzy wierszy obu wyziera szaleństwo. A to dopiero początek.

W tymże tekście, w zasadzie – minipowieści – pojawia się jedna z dwóch słabości książki Guzka. Na początku i na końcu pojawiają się odniesienia do starej przypowieści o Człowieku, który czynił cuda i o pewnym znanym Poecie, którego obcowanie z nadprzyrodzonym, uczyniło potem wieszczem. Choć zamysł autora wydaje oczywisty – pokazać istnienie dwóch stron życia – tej „normalnej” i drugiej pozornie „szalonej”, nie jest do końca przejrzysty.

Dalej („Skarby”) Guzek serwuje nam ładną, omalże bajkową opowieść. Ot, takie oczko do czytelników spragnionych dawki ciepłych ludzkich (sic!) uczuć. No i ten quasi happy end. w świecie przyszłości, w którym pojawiają się coraz to dziwniejsze postaci, a to co realne powoli zdaje się zacierać.

Królikarnia wita!
Spragnieni wiedzy o tym, czym jest tytułowa królikarnia wreszcie dowiadują się tego w tekście trzecim. Tu wreszcie „naga prawda” wyskakuje z kapelusza (prawie dosłownie!). I tutaj też powoli poznajemy moc, potęgę i znaczenie Rzeczpospolitej, którego nigdy za mało!

A potęga to nie byle jaka, bowiem obawiają się je nawet bogowie wracający z zaświatów! („Brudne brzegi”).

Starcie z nimi jest wszakże nieuniknione. Otwarcie naszej rzeczywistości na magię i związane z nią potężne gadżety musi ożywić również dawne wierzenia. Tym czujniejsi musza być potężni Święci – słudzy Zakonu – czuwający nad źródłem narodowej mocy – tym, co przepływa między światami. To kolejne niepokojące i mroczne postaci w długim korowodzie maszerującym przez guzkowy świat.

W „Brudnych brzegach” pojawia się druga wyraźna słabość – uwaga spojler! – jak ktoś tak potężny jak Bogini, może tak łatwo ulec Królikarni? A może nasze przeświadczenie o „dawnych potęgach” po prostu obrosło mitem?

Wiemy już zatem z kim i z czym się zmagamy, oraz z skąd pochodzi nasza potęga gospodarcza (i militarna). Wiemy też, że wszystko spowija magia. Kiedy więc nadchodzi kryzys, któż nie pomoże najlepiej, jak ten, co tajniki jej poznał dogłębnie? Problem w tym, że sprzedał swoją duszę diabłu i trzeba go przywołać z zaświatów i to wysokim kosztem. No, ale racje „narodowe” są przecież ważniejsze… („Tyle co nic”).

To ciekawe, tu Guzek po raz pierwszy pokazuje, że na monolicie dobrego, narodowego samopoczucia może pojawić się łatwo rysa. Jest nią człowiek i jego prawo do istnienia.

O tym, że do człowieka – każdego człowieka – można podchodzić „po ludzku” udowadnia w kolejnym tekście. („Reorientacje”)

Nawiązania
Opowieści Guzka to nie jedna, historia, to zbiór luźno powiązanych historii, dla których wspólne są tylko realia, magia i, oczywiście, Królikarnia. To jednak nie zarzut. Przeciwnie, chwała autorowi za to, że tak zmyślnie i umiejętnie „sączy” wiedzę o stworzonym przez siebie świecie, wprowadzając czytelnika w kolejne tajniki. A na dodatek robi to w iście amerykańskim stylu – cała książka roi się od cytatów, nawiązań i odniesień, które zdecydowanie ożywiają i umilają lekturę, a nawet wprowadzają nowe tropy.

Mnie na przykład nasunęło się oczywiste skojarzenie z „Matriksem”. Dlaczego, skoro tu magia, a tam wirtualna rzeczywistość? Otóż autor sam wielokrotnie nawiązuje do filmu – czasem wprost, a kiedy indziej w sposób zawoalowany – np. przez ubiór postaci. A wreszcie składa „otwarty hołd”, nazywając odkryte przecież w Polsce przejścia do światów alternatywnych „rabbitholami”, a nie zwykłymi „króliczymi norkami”! Oczywiście, to wprost nawiązanie do Lewisa Carolla i jego „Alicji w krainie czarów”, ale jakże „matriksowe”, nieprawdaż?

Ilość i natężenie odwołań w „Królikarni” spokojnie może stać się przedmiotem kolejnych konwentowych konkursów czy nawet dociekań naukowych na poziomie lingwistycznego magisterium. Rzecz jasna, są to nawiązania czytelne głównie dla ludzi w wieku zbliżonym do autora. Ale takie jest jego prawo. Tym bardziej, że ich nieodczytanie, wcale w lekturze nie przeszkadza.

Nie bardzo „długo i szczęśliwie”
Guzek przez całą książkę buduje w czytelniku przekonanie o wyższości Polski nad resztą świata. Idealnie trafia w Wielka Czarną Dziurę, która pochłonęła naszą narodową dumę, a która jest niezbędna do tego żeby istnieć w mulitkulturowym świecie. To imaginacja, która jednak pozwala wierzyć, że możemy być ważni. A może już jesteśmy, tylko tego nie doceniamy? Bo to że ważni być chcemy, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Nie chce tylko głupek.

W ostatnim tekście jednak autor rzuca nas na szersze niźli tylko „narodowe” wody („Koncesja”). Tutaj już chodzi o coś więcej. Przechodzimy po raz pierwszy na drugą stronę lustra i tu pewne zaskoczenie. Nie zdradzam ani przebiegu opowieści, ani puenty. Może tylko wspomnę, że Guzek fantazjując wcale nie zapomina, że „życie to nie je bajka”. I tak też kończy te historię – zawieszając czytelnika w próżni: „Puk, puk! To od Ciebie – tak od Ciebie tylko zależy, która teraz drogę wybierzesz”. Patetyczne, prawda? Ale patetyczne wybory są wpisane immanentnie w nasze życie, a co więcej, wręcz w jego prozę, tak jak zjedzenie zapiekanki czy wypicie wody mineralnej. I one dokonują się – albo świadomie, albo bezmyślnie, automatycznie. Guzek popycha swego odbiorcę w stronę przynajmniej pewnej świadomości tego faktu. Robi to z humorem, inteligentnie, a to bardzo cenne.

Po drodze napisałem o dwóch „słabościach”. Życząc takiego wyniku innym autorom, odsyłam wszystkich, którzy przez niniejszy tekst przebrnęli do lektury. I niech uczciwie powiedzą na koniec, że im się nie podobało!

Akapit dla Poznaniaków
Wiaruchna, jakem to przeczytoł kudly na łbie mi się podniosły i kielochy wyszczyrzyły, że tak fajowo wreszcie ktoś o Pyrach pisze! I co z tego, że Kongresówka czy inni bedą marudzić. Przeco, Poznań, nie jeno ezoteryczny – ukłony dla Grabaża – dla nas stolicom świata jest i idejał! Nom żadyn diaboł czy inny wampiur nie straszny nawyt, jeśli dusz kupę kupioł, naszych przeco ućknąć nie damy, a jeno wciry od Grodzi Przemysła i okolcznych wsiów i miastów go czeakjom! I tąkom lekcjom na drugom stronę do chaty wiźmie. My tu krzest pirwsi brali, winc teroz tyż pirwsi być musimy! I tak jak Guzek pisze, to trza ludziskom godoć, ale pierwej przeczytać trza, żeby dumy i animusz więcyj nabroć. A to je naprawde tak rychtowna ksiunżka, że śpika przy niej urżnąć się nie da. I każda Pyra znoć jom musi!

Królikarnia

Autor: Maciej Guzek
Wydawnictwo: Runa
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 9/2007
Liczba stron: 544
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-89595-35-5
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,50 zł



blog comments powered by Disqus