"Mali oprawcy"

Autor: Maciej Mormon

Dzisiaj znowu nie mógł zasnąć. Mogło by się wydawać, że spowodowały to hektolitry wlanej w organizm Coca-Coli, ale byłoby to wytłumaczenie dobre jedynie dla postronnego widza, który nie posiadając wszystkich niezbędnych informacji opierał się na tym, co mógł zobaczyć. Na tym co jest realne, bo nikomu, gdy można coś w racjonalny sposób wytłumaczyć, nie przychodzą do głowy wyjaśnienia nieracjonalne. Może poza pacjentami szpitali psychiatrycznych, którzy z radością biegają rzucając odchodami w duchy, których tam przecież nie ma. I osobom, które widzą świętych na kanapkach z serem. I... No dobrze, może "nikomu" nie było dobrym słowem, ale z pewnością przynajmniej kilku procentom populacji nic niezwykłego nie przyszłoby na myśl w pierwszej kolejności.

Wiesław jednak wiedział, że gdzieś tam, w ciemnych zakamarkach -w szafie, za firanką, pod łóżkiem albo za lampką kupioną w IKEI, a którą pożyczył od swojej sąsiadki lata temu i zapomniał oddać, mogą czyhać na niego mali mordercy i w każdym momencie zaatakować. Ta wiedza sprawiała, że drżał pełen trwogi, szczególnie że nie znał skutecznej obrony przed nimi i nie potrafił wskazać gdzie ukrywają się te potwory, które już w poprzednich pokoleniach jego rodziny spowodowały, w kolejności od najrzadziej do najczęściej występujących: wrzody na żołądku, siwe włosy i niekompletne kończyny. Obgryzając chude palce (bo paznokcie skończył konsumować już miesiące temu) łypał to na lewo, to na prawo w poszukiwaniu znanego kształtu albo jakiegoś ruchu. Ale w pokoju spowitym słabym blaskiem latarni i księżyca przebijającym się przez ciemne rolety nie zauważył nic nietypowego. Jedyne co słyszał to tego tępawego chomika, który już prawie dwusetną, a pewnie i nie ostatnią, noc z rzędu biega w skrzypiącym jak cholera kręciołku. "Może jestem bezpieczny." -pomyślał przedwcześnie. "Może przeżyję kolejną noc i jutro znów będę mógł pójść do pracy i całować dupę szefowi, któremu Hellraiser pozazdrościłby umiejętności straszenia facjatą." Ale z myślenia o koszmarnym szefie wyrwało go ledwie słyszalne "wkrótce...". Ze zrozumiałym strachem odwrócił głowę w kierunku, z którego doszedł go ten dźwięk i już prawie miał uderzać atakującego potwora, gdy zdał sobie sprawę, że to jego sąsiad zaczyna kolejną kłótnię z żoną. "Wkrótce zobaczysz, że wyjdę i nie wrócę...", usłyszał zza ściany. Och, jakże prorocze miały bardzo szybko okazać się te słowa.

Wsłuchując się w ciekawą kłótnię z zza ściany Wiesław zupełnie zapomniał o conocnym zagrożeniu. Co prawda miał na sobie pieluchę, ale z moczeniem nocnym nadal nie mógł się pogodzić. Zasnął. Śnił mu się jak jego stary pies, a teraz już pogrzebany w ogródku w pudełku po tosterze, pożera niemowlęta. Ot, sen jak sen. W pewnym momencie jednak zaczął śnić, że wchodzi do wody i... O, o obudził się. Niestety -awaria "kanalizacji". Wstał z łóżka i ospałym krokiem poszedł do łazienki rozprawić się z problemem. Gdy wrócił i zaczął przytulać się do swojej ciemnoniebieskiej kołdry z Kubusiem Puchatkiem (nie ma się z czego śmiać – to ikona popkultury, a nie tylko maskotka dla dzieci, do cholery!) coś zwróciło jego uwagę. Właściwie to "nic" zwróciło jego uwagę. Tym niczym był brak zwyczajnych dźwięków. Spojrzał w stronę akwarium chomika i nie pomylił się -Tuptusia tam nie było. "Sierściuch znów spieprzył," zaklął pod nosem, "niech no znajdę tego małego sku...". Ale co to? Na akwarium była... Tak, nie mylił się, krew. "O ku...rde," zdążył ledwie zacząć swój złożony zwykle z siedmiu do jedenastu słów maraton przeklinania, gdy strach sparaliżował wszystkie jego czynności (poza oddychaniem i kilkoma innymi, ale WSZYSTKIE POZOSTAŁE sparaliżował). Zobaczył ten kształt cienia, ten znajomy kształt cienia, który niby nie przypominał nic z tego świata, ale i tak sprawiał, że zwieracze puszczały. Oznaczało to tylko jedno -one tutaj są. Są i być może właśnie dzisiaj zaatakują. Niewiele myśląc pobiegł w stronę wyjścia, po drodze zrzucając na ziemię swojego ulubionego fikusa z szafki, ale przytomnie łapiąc sprej pieprzowy, który miał przygotowany na tę ewentualność i latarkę. Niestety ta druga szybko okazała się jedynie pojemnikiem na zużyte baterie, ale ciskając nią z całej siły przed siebie upewnił się, że stoi na wprost przeszklonej witryny, więc chociaż częściowo swoją funkcję spełniła. Chwilę później małym palcem u lewej stopy zlokalizował kanapę i już mógł dobiec do drzwi, a otwierając je poczuć uspokajający smród zasikanej przez psy, obdrapanej klatki schodowej w jego starej kamienicy.

Dobrze, że było tam pusto, bo nie wyglądał zbyt ciekawie. Na pierwszy rzut oka dorosły człowiek w pieluszce, z rękoma i koszulką poplamionymi chomiczą posoką, z czerwonym jak cholera małym palcem u jego własnej lewej stopy i z gazem pieprzowym dzierżonym w dłoni mógł nie wydawać się groźny. Na drugi i trzeci rzut oka też niebezpieczny się nie wydawał, na czwarty było to już nawet trochę śmieszne, a później to już szkoda gadać. Ale Wiesław wkurwiony jak sto pięćdziesiąt i przestraszony jak sto dwadzieścia stał oświetlony księżycową łuną i w przypływie nagłego, wręcz onieśmielającego debilizmu zapukał do sąsiada. Potem załomotał i gdy tylko po kolejnej chwili zza drzwi wynurzyła się siwiejąca głowa pełna trudnych do przytoczenia wulgaryzmów, Wiesław, niewiele myśląc (jakież to do niego niepodobne) złapał Czesława z całej siły za pasiastą górę od piżamy a la więzienie stanowe w Teksasie i wyciągnął go na korytarz. Sam zaś zajmując jego miejsce sprzed sekundy zamknął drzwi od środka. Na początku sąsiad tylko klął na sytuację, ale gdy zobaczył te małe potwory, to jego motywacja do powrotu do mieszkania zwiększyła się. Po dwóch uderzeniach pięścią dało się jednak usłyszeć już tylko pusty trzask czaszki o grube drewniane drzwi. Wiesław zdobył się na odwagę żeby przyłożyć głowę do drzwi i do jego uszu doszło wyraźne mlaskanie i szuranie. Dokładnie TO szuranie, przed którym ostrzegali go krewni, i którego obawiał się całe swoje życie. Ale wyglądało na to, że przetrwa kolejną noc, bo one nigdy nie jedzą dwa razy w tym samym miesiącu. Był bezpieeeee.... Ej! "Nie nauczyli cię, głupia babo, gościnności?" -wykrzyczał w twarz kobiecie, która okładała go brudnym drewnianym wałkiem do ciasta i wsadził jej palec w oko. Zdziwił się gdy opuszkiem natrafił na szklaną kulkę zamiast źrenicy i w tym samym momencie kolejne celne, wyraźnie wytrenowane, uderzenie wałkiem pogłębiło mu rozcięcie na łuku brwiowym. Szczęśliwie sąsiadka miała pewne problemy z przezwyciężeniem grawitacji po dość zakrapianym wieczorze i celnym sierpem pomógł jej zlokalizować podłogę.

Teraz pozostanie mu tylko wytłumaczyć się rano przed policją. Tylko czy ktoś mu uwierzy, że musiał walczyć o przetrwanie, a sąsiada zjadły zielone welurowe kapcie, które terroryzowały jego rodzinę od lat? Pewnie nie uwierzą, ale psychiatryk to nie jest złe miejsce. "Tam będę bezpieczny" -pomyślał. Ale czy na aby pewno miał rację?



blog comments powered by Disqus