Fragment książki "Ragnarok 1940"

Autor: Marcin Mortka

W ułamek sekundy później pociąg zaczął gwałtownie hamować. Nawet przeraźliwy zgrzyt hamulców nie był w stanie zagłuszyć wrzawy, która wybuchła w wagonie. Donahue stracił równowagę i z okrzykiem przerażenia przygniótł siedzącą obok niego damę. Kilka osób spadło na podłogę lub runęło na sąsiadów siedzących naprzeciwko, wokół waliły się z półek walizki i kufry, ktoś z przerażeniem oglądał swe zakrwawione dłonie. Wrzaski paniki oraz bólu przeplatały się z przekleństwami, a także coraz głoś­niejszymi wołaniami o pomoc.

Naraz pociąg stanął i Jeremy mógł wreszcie uwolnić się od krzyczącej piskliwie starszej pani, na którą rzuciła go siła ciężkości. Zgrzyt hamulców ucichł, a przerażeni, oszołomieni ludzie jęli wstawać na nogi i rozglądać się niepewnie wokół siebie.

-  Na wszystkie świętości, dlaczego my stoimy?! - wy­krzyknął jakiś starzec, próbując zrzucić przygniatającą go walizkę.

- Na litość boską, czyżby to koniec świata?- wołała któraś z podróżnych, niemłoda kobieta w sukni przybru­dzonej od upadku, tocząc wokół półprzytomnym spoj­rzeniem.

Wtedy szyba rozprysła się całkowicie, a dama z okrzy­kiem bólu upadła na podłogę i znieruchomiała. Na ma­teriale jej sukni szybko rosła plama krwi.

- O Boże...- wyszeptał Baldwin. - Lekarz! - wy­krzyknął, zrywając się na równe nogi.- Czy jest tu ja­kiś lekarz?

Rzut oka przez roztrzaskane okno uświadomił mu, że za chwilę lekarz nie przyda się ani rannej kobiecie, ani nikomu z podróżnych. Najpierw dostrzegł długie cienie spływające w dół zboczy wydm, a potem wciąż drobne sylwetki jeźdźców na wielbłądach wyraźnie odcinające się od ciemniejącego szybko nieba. Przez okrzyki zamie­szania przebiły się ich tryumfalne okrzyki i niemrawa jeszcze palba karabinowa.

- Zasadzka! - Ktoś w zdemolowanym wagonie do­strzegł to samo, co on. - Mahdyści!

Następne wydarzenia potoczyły się z prędkością la­winy. Któryś z derwiszy wystrzelił czerwoną racę i runął w dół zbocza, a za nim cała banda rozmazana w promie­niach zachodzącego słońca. Jeden z żołnierzy stanowią­ cych eskortę pociągu przypadł do okna, lecz potrącił go purpurowy na twarzy pułkownik Donahue z wysiłkiem wlekący swój kufer w stronę drzwi.

- Derwisze! - ryczał. - Uciekajcie!

Jego krzyki zaalarmowały resztę pasażerów, którzy natychmiast rzucili się ku wyjściu. Niektórzy nie chcieli zostawić bagaży, przez co przy wyjściu powstał tym większy ścisk. Nikt nie zwracał uwagi na kobiety, dzieci czy starców, ludzie z poczerwieniałymi z wysiłku twa­rzami parli naprzód, torując drogę łokciami i kolanami. Ktoś roztrzaskał kolejne okno i wyskoczył na zewnątrz, rozcinając sobie przy tym nogę o tkwiący w ramie ka­wałek szyby. Jeremy tknięty złym przeczuciem spojrzał przez okno po przeciwnej stronie wagonu.

- Czyś pan rozum postradał, Donahue?! - wrzasnął, próbując przekrzyczeć przerażony tłum walczący o dro­gę na zewnątrz. - Przecież oni wystrzelili racę! To na pewno znak dla innych! Po drugiej stronie czeka kolej­na horda!

- Daj mu pan spokój, Baldwin - rzucił młody pilot, który wsunął książkę w kieszeń spodni i przyklęknął przy oknie z pistoletem Webley w garści. Był blady jak ściana, jego głos lekko drżał, ale wydawał się panować nad sobą. - Jak chce pieszo uciekać przed jeźdźcami pu­styni, droga wolna.

Galopujący mahdyści byli coraz bliżej, niektórzy pró­bowali już strzelać z rozkołysanych grzbietów wielbłą­dów. Żołnierze eskorty, zdenerwowani, z błyszczący­mi oczyma, odpowiedzieli ogniem - kilku mahdystów spadło z siodeł, łopocząc dziko szatami. Zbity tłum przy drzwiach nagle zafalował, przerażeni pasażerowie odskoczyli do tyłu, tratując siebie nawzajem. Któryś z nich padł na kolana i zaczął głośno śpiewać psalm trzęsącym się głosem.

Dziennikarz raz jeszcze spojrzał za siebie i zrozumiał, że się nie pomylił. W kierunku Donahue, który zdołał już odbiec kilka­dziesiąt metrów od wagonu, galopował jeździec na wiel­błądzie. Stary żołnierz upuścił kufer i jął gmerać przy kaburze pistoletu, nie przestając ciskać obelg, jednak­że derwisz był szybszy. Szeroki sudański miecz odbił rdzawe promienie słońca i rozłupał czaszkę pułkowni­ka, a gdy poderwał się ponownie w górę, siejąc gradem krwawych kropel, Donahue opadł miękko na piasek.

Mahdysta wrzasnął tryumfalnie, a okrzyk powtórzyło kilkunastu jeźdźców pędzących w ślad za nim. Ich ciem­ne, postrzępione szaty falowały niczym skrzydła pustyn­nych sępów.

- Po drugiej stronie! - wrzasnął Jeremy. Jeden z żoł­nierzy zdezorientowany uniósł głowę, lecz w tej samej chwili padł trafony przypadkową kulą. Jego krew chlusnęła prosto na twarz czołgającej się starszej damy, któ­ra rozpaczliwie próbując ją zetrzeć, zaczęła histerycz­nie krzyczeć. Pilot wychylił się zza okno i opróżnił cały magazynek pistoletu w najbliższych derwiszy. Blask wy­strzału opromienił jego twarz - bladą, spotniałą, z moc­no zaciśniętymi ustami.

Nie odstraszyło to jednak nacierających, którzy nie­mal jednocześnie przypadli do obu ścian pociągu. Za­trzymywali ryczące chrapliwie wielbłądy tuż przy wy­bitych szybach i strzelali bez litości do szukających schronienia pasażerów, a inni zeskakiwali już z grzbie­tów wierzchowców, by wedrzeć się do wnętrza wagonów z nożami i mieczami. Dzikie wrzaski po arabsku oraz wystrzały z karabinów całkiem zagłuszyły okrzyki prze­rażenia czy wołania o pomoc.
Jeremy pochwycił porzucony karabin, wycelował nie­wprawnie i nacisnął spust. Napastnik w zakrwawionym burnusie, który właśnie przetrząsał otwartą walizkę, za­toczył się i złapał za ramię zaskoczony nagłym bólem. Dostrzegłszy dziennikarza, wyszarpnął zza pasa nóż, szczerząc dziko zęby. Baldwin przez sekundę, dwie zma­gał się z opornym zamkiem, próbując przeładować, lecz w końcu w ostatniej chwili upuścił broń i odtoczył się w bok. W tym momencie tuż za plecami usłyszał głośny huk. Derwisz charknął, rzygnął krwią i padł jak długi.
Korespondent nie pozwolił sobie ani na chwilę ulgi. Chciał się poderwać i znów chwycić za porzucony przed momentem karabin, lecz niespodziewanie drogę zagro­dził mu uratowany w Asuanie Egipcjanin. Nieznajomy przykucnął przy nim, podrzucił do ramienia starą, przy­kurzoną strzelbę, ani chybi wyszarpniętą któremuś z na­pastników, i znów wypalił.
Kolejny mahdysta spadł z wielbłąda, lecz inni ani my­śleli ustąpić. Kule z ich broni rwały tapicerkę siedzeń, masakrowały boazerię i szarpały ludzkie ciała, w więk­szości nieruchome. Niewidomy major zacisnął dłonie na szyi któregoś z napastników, broniąc mu dostępu do swej towarzyszki, śmiertelnie bladej, lecz nadal wpraw­nie przeładowującej pistolet, gdy inny doskoczył doń od boku i ciął szerokim kindżałem. Kule kobiety oraz pilota RAF-u przeszyły go o ułamek sekundy za późno - ofcer walił się już na podłogę, brocząc obfcie krwią z rozdar­tego ramienia.

- Oliver! - krzyknęła histerycznie kobieta i skoczyła, by osłonić go własnym ciałem.

Do wagonu wdarło się kilku kolejnych derwiszy, do­bijając rannych i przetrząsając bagaże w poszukiwaniu kosztowności. Dwóch zginęło powalonych celnymi strza­łami Egipcjanina oraz młodego pilota. Wstrząśnięty dan­tejskimi scenami Jeremy również uniósł broń, lecz ręce mu drżały, tak że nim zdołał zgrać szczerbinkę z roz­kołysaną muszką, bandyci zdążyli porwać kilka toreb i zniknąć. I wtedy gęstniejący z wolna mrok rozpędził rozbłysk strzelającego serią pistoletu maszynowego. Seria była cicha, przytłumiona, a wystrzały bardziej przypominały dudnienie aniżeli trzaski, lecz płomień wylotowy był jasny i wręcz oślepiający. Rozświetlani co ułamek sekundy derwisze wydawali się uczestniczyć w szaleńczym tańcu ognia, kolejnym, który miał uwol­nić ich od ułomności ludzkich ciał, a dusze przybliżyć do Allacha. Czas nagle wydawał się płynąć niezwykle wolno i minęły trzy, może nawet ztery rozbłyski, nim Baldwin odwrócił głowę, by dostrzec strzelającego.

Jalla, jalla - wrzeszczał derwisz w czarnym tur­banie, który usiłował opanować swego wielbłąda kilka­naście metrów za linią walczących.

Broń trzymał wzniesioną ku ciemniejącemu gwał­townie niebu i co rusz puszczał serię ku coraz śmielszym gwiazdom. Rozbłyski płomienia wylotowego odbijały się na stali lufy. Oniemiały Jeremy nie mógł spuścić z niej oczu.

"Pistolet maszynowy - pomyślał. - Taki jak wte­dy..."
Niespodziewanie odgłosy wystrzałów ucichły, a nadal wrzeszczący mahdyści poczęli wdrapywać się na grzbie­ty wielbłądów, w większości objuczeni łupami. Wkrót­ce ciemności spowijające wydmy pochłonęły ostatnich jeźdźców, a w zdemolowanych wagonach pociągu nastała grobowa cisza przerywana z rzadka jękami rannych lub szlochem nielicznych ocalałych.

Ragnarok #1 - Ragnarok 1940, t.1

Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 7/2007
Seria wydawnicza: Tryby fantazji
Liczba stron: 408
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-60505-60-1
Wydanie: I
Cena z okładki: 9,99 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus