Z gracją czołgu - recenzja książki "Włóczędzy czasoprzestrzeni"


Przyznać się muszę, iż dałem się porwać tej książce. Choć koncept wcale nie najnowszy. Ot istnieje kilka światów równoległych i przejścia między nimi. Jest też grupa ludzi, którzy wykorzystują owe przejścia do rozmaitych celów. A to życie ratując sobie i swoim bliskim, to znów gromadzą bogactwa, przemycając to i owo w czasie i przestrzeni. Wszystko to okraszone stałym elementem „wolszczyzny” – to znaczy gołymi panienkami i niechęcią do czerwonego luda. A jednak dałem się uwieść. Dlaczego? Sam nie wiem. Może sprawił to opis starej kanapy na strychu, zakurzonego miejsca gdzie literatura smakowała jak nigdzie? I ja miałem kiedyś okazję czytać książki na takiej kanapie, przymknąłem więc oko na rozmaite niekonsekwencje i pierdoły. Bądź pozdrowiona stara kanapo!

Włóczędzy czasoprzestrzeni to podróż przez wiele krain i czasów. Prowadzi nas tamtędy wielu narratorów. I niczym w Rękopisie znalezionym w Saragossie coraz to otwierają się przed nami kolejne wątki, które miast klarować nam obraz, dodatkowo go wikłają. Niekiedy gubiłem się, nie wiedząc, kto akurat jest narratorem i z czyjej perspektywy patrzę na dziejące się wydarzenia. Miało to jednak swój urok. Lato jest bowiem taką porą roku, że człowiek czerpie przyjemność nawet z dość prymitywnych rozrywek. Pan Wolski umieścił zaś na łamach swej książki bardzo ciekawe postaci: gadającego kota, latającą kuleczkę, kilkunastoletnią nimfomankę, krasnoludka erotomana i pana Pęczaka. Co to najpierw donosił czerwonym, by skończyć jako słuchacz Radia Maryja. Jednym słowem działo się nieźle. Takie połączenie Sapkowskiego z Godziną pąsowej róży. Nawet zacząłem się przejmować. Oto bowiem rozwijała się niezwykle ciekawa intryga dworska, zły tyran i przeciwko niemu grupa szlachetnych rebeliantów. Tymczasem wśród powstańców czai się zdrajca, który zamierza wszystkich wytruć! Zdrada jednak zostaje udaremniona. Podczas uczty otruty zostaje tylko świniak(!). Zdrajca zabity. Wojska rebeliantów stają przeciwko armii tyrana. Jest ich mniej. Skazani są na zagładę. Już hufce tyrana w galopie zmiatają pierwsze szeregi szlachetnych. I wtedy na pole bitwy wjeżdża… czołg. A dokładniej – wóz opancerzony. W ilości sztuk trzech. Seria z karabinów maszynowych i po sprawie. Bitwa wygrana. Jeszcze tylko wykład na zamku, co by to było gdyby Polak zasiadł w XVII wieku na tronie moskiewskim i jak by to było super. Już po balu. Przynajmniej dla mnie. Bowiem wizja Polski po samą Kamczatkę, nie wprowadziła mnie w uniesienie. Koncept z przerzucaniem broni w zamierzchłe czasy, też jakoś przypominał marzenia każdego przedszkolaka. Ów czołg ujawnił rzecz jeszcze jedną. Że zawsze, gdy bohaterowie znajdowali się w opałach, to nagle ni z tego, ni z owego wyskakiwał jakiś pomocny rekwizyt. A to gwizdek na małpoludy, a to latająca kuleczka moc nową objawiła. Czy graliście kiedyś na komputerze i mogliście swoim bohaterom wpisać kody dające im nieśmiertelność? Tak, aby mogli zrobić wszystko z zupełną bezkarnością? No to wiecie, o jakim wrażeniu mówimy. Cudny James Bond wyprowadza wszystkich w błąd. Przyznać trzeba, że pan Wolski się starał. Na kartach książki pojawił się nawet polski prezydent popijający drinki w Juracie. Ale już jakoś specjalnie nie potrafił rozbawić. Nas? Niezniszczalnych? Nie ruszy nic.

Mimo wszystko polecam tą książkę. Czyta się ją szybko i pozostawia po sobie znakomite wrażenie pustki. Jakby ktoś na moment włączył przycisk reset.

Włóczędzy czasoprzestrzeni

Autor: Marcin Wolski
Wydawnictwo: SuperNOWA
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 5/2005
Liczba stron: 376
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-7054-169-0
Wydanie: I
Cena z okładki: 25,50 zł



blog comments powered by Disqus