Recenzja książki "Smoki krasnoludzkich podziemi"

Autor: Cezary Bartczak
6 stycznia 2011

Margaret Weis i Tracy Hickman zalepiają fabularne dziury i kolejny już raz wracają pamięcią i piórem do czasów, kiedy po Krynnie stąpali Bohaterowie Lancy. No i ujdzie im ten proceder na sucho, bo "Smoki Krasnoludzkich Podziemi" to dzieło skrojone pod wygłodniałych fanów, którzy spędzili kilka nieprzespanych nocy, zastanawiając się, co też przytrafiło się ich ulubieńcom w Thorbardinie. I nie ma nawet sensu tłumaczyć mało obeznanym ze światem Dragonlance czytelnikom, jakie znaczenie niosą te wszystkie dziwaczne nazwy - kto stawia dopiero pierwsze kroki na Ansalonie, niech skieruje je gdzie indziej, do pierwszych tomów słynnych "Kronik". "Smoki Krasnoludzkich Podziemi" są bowiem niczym dodatek do fabularnej gry, z której całe książkowe uniwersum Smoczej Lancy się wywodzi; to swoiste rozszerzenie świata przedstawionego nam już wcześniej w niezliczonych tomiszczach.

Akcja powieści podjęta zostaje zaraz po wydarzeniach znanych ze "Smoków Jesiennego Zmierzchu” –  lord Verminaard nie żyje; drużyna ucieka z Pax Tharkas razem z setkami niewolników, których udało się uratować. Zbiegowie znajdują schronienie w górskiej dolinie, lecz czas nagli - smoki nadal unoszą się w przestworzach, a dwóch bardziej rozgarniętych smokowców ma plan "wskrzeszenia" demonicznego Verminaarda – i bezwzględnie go realizują. Jedynym wyjściem wydaje się odnalezienie królestwa krasnoludów, Thorbardinu, i błaganie o azyl. Raistlin, Strum i Caramon ruszają więc do mitycznej twierdzy Czaszki, będącej grobowcem Fistandantilusa, by odszukać klucz do wrót podziemnego świata. Tanis i Flint kierują się w przeciwnym kierunku w celu odnalezienia dawno zapomnianej bramy do Thorbardinu.

Narracja toczy się wielotorowo – wątkiem głównym jest wyprawa członków drużyny w niedostępne górskie przesmyki; pobocznym - knowania smokowców i zbiorowa ucieczka licznej grupy uchodźców pod dowództwem Riverwinda. Warsztatowa sprawność zaprawionego w literackich bojach duetu Weis/Hickman pozwala jednak na swobodne śledzenie fabuły, jest aż zbyt prosto. Brak w książce należytego napięcia i fabularnych zakrętów, ale cóż - przecież i tak z góry wiadomo, jak się ta historia kończy, że młot Kharasa trafi wreszcie do rąk wyznawców Paladine i Smocze Lance zostaną wykute...

"Smoki Krasnoludzkich Podziemi" wydzielają ostry zapach gatunkowej ramoty, szczególnie w porównaniu z całkiem niezłym, nowym cyklem autorstwa tych samych autorów, „Dragonships”. Nie można jednakże zapomnieć, że to powieść tylko dla fanów i z myślą o nich pisana, i jako taka nadal posiada te same zalety, co jej starsi literaccy bracia zrodzeni w uniwersum Dragonlance. Prosta, momentami wręcz prostacka, niewymagająca proza, a przy tym zapewniająca godziwą rozrywkę.

Dragonlance: Zaginione kroniki #1 - Smoki krasnoludzkich podziemi

Autor: Tracy Hickman, Margaret Weis
Tłumaczenie: Dorota Żywno
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 11/2010
Tytuł oryginalny: Dragonlance : Dark Chronicles: Dragons of the Dwarven Depths
Rok wydania oryginału: 2006
Liczba stron: 512
Format: 115x185 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788375064490
Cena z okładki: 35 zł


blog comments powered by Disqus