Fragment książki "Bahama yellow"


Tamto jednak było wcześniej i sięgało daleko głębiej, niżbyśmy się tego spodziewali.
Ten zaś wieczór zaczął się jak wszystkie inne.
Koffel wrócił, zataczając się. Zrzucił po ciemku ubranie, czując się jak chomik na chwiejnej karuzelce. Pomyślał mętnie, że jest idealnie wkomponowany w chaos gwiazd, które drżały odbite w szybie.
Odwrócił się, stracił równowagę, a gdy ją odzyskał, poszedł śladem księżyca, którego wąski strumień rozświetlał pokój trupim blaskiem.
Wtem w mroku ktoś zastąpił mu drogę.
Koffel krzyknął i przewrócił się, ale stało się to raczej dlatego, że zdawało mu się, że powinien zareagować zaskoczeniem, niż że naprawdę był zaskoczony. Jego zmysły były zbyt stępione, by mógł się spontanicznie zdumieć.
Teraz mamrotał pod nosem, gramoląc się niezgrabnie.
- Gdzie jesteś, kapitanie? – zapytał głos.
- A! Znaaam cię! – Koffel rozjaśnił się nieprzytomnym uśmiechem. – Mni tu ni ma.
- Więc gdzie jesteś?
- Niegdźe.
- Która to godzina, wiesz?
- Wyglondam na wruszke?
Koffel roześmiał się. Dobrze się rozumieli. Uderzyły w niego nagle, niczym fale, zapachy cytryny. Skąd? Słodkie mandarynki i kokosy.
- Nie wiedziałem, że księżyc ma smak tropików – szepnął zamroczony.
Podszedł chwiejnym krokiem do okna, podtrzymywany za łokieć. Podłoga zapadała się pod nim, grzązł w niej niczym w ruchomych piaskach. Głowa mu piszczała, szumiała jak antena telewizyjna drugiej kategorii. Myśl ta rozbawiła go.
- Odbierasz mnie, odbierasz? – pytał, przekrzywiając głowę i przystawiając do niej wskazujące palce obu dłoni.
Stanęli przy oknie. Teraz zwisał nad nimi pomarańczowożółty księżyc.
- Stęsknione dusze odlatują, klekocząc jak siwe żurawie. W mroku ukoi je północny wiatr, słodki, duszący jak piaski pustyni. Zgasłe dusze zwinięte w kule ognia mkną nocą ku kolebkom kosmosów, płyną ponad brzydotą, ponad miastami, ponad państwami, w których błazen na błaźnie, zbiry, kupczyki, mordercy i z całego zła twarze zrodzone, twarze zakrwawione, piękne twarze – rzekł cicho człowiek, patrząc na dyniowatą kulę pełgającą wśród gwiazd.
Któryś z neuronów Koffla zaskoczył i ów uświadomił sobie, że nie wie, skąd wzięła się w jego nosie zakrzepła krew.
- W mroku nocy, w pyłu kurzawie wiatr ukoi katusze – usłyszał.
- Myślałem, że Bóg –  wypluł z siebie, czując, że coś leci mu z nosa i tamuje oddech.
Ciemna twarz patrzyła na niego chwilę bez słowa, po czym rzekła:
- Wiatr północny, wiatr duszący piachem, pył zwietrzałych kości duszny, ogniste dusze zwinięte w kule, drżące błyskawice, samotne wilki w głuszy, pajęczyn zwisy lśniące brylantami, ludzi smagły żywot głuchy...
Big Bang, pomyślał Koffel w ostatnim przebłysku świadomości.

Bahama yellow

Autor: Marta Magaczewska
Wydawnictwo: JanKa
Miejsce wydania: Pruszków
Wydanie polskie: 9/2011
Liczba stron: 224
Format: 120x195 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788362247127
Wydanie: I
Cena z okładki: 27,30 zł


blog comments powered by Disqus