Fragment książki "Zaćmienie"


I

DIEPPE

... ciemniała powoli...

1

Przyjechałem do Dieppe dwudziestego lipca. Nazajutrz po południu wybrałem się na moją ulubioną plażę. Było chłodno, od morza wiał zimny wiatr, nie najlepsza pogoda na spacer. Wyszedłem jednak, bo chciałem popatrzeć na słońce. Tamtego dnia było zaćmienie.
Plaża, ku której się kierowałem, jest mała, dzika, zawsze pusta, bo dostęp do niej jest trudny; leży jakieś dwa kilometry od najbliższej osady, a żeby dostać się do niej, trzeba zejść po skałach pokrytych czarnym małżem. Nie bardzo można się tam kąpać, chyba że ktoś lubi pływać wśród wodorostów, a jakby tego było mało, dwa razy dziennie plaża znika, zalewana przez wodę. Tam nie warto przyjeżdżać, jeśli nie zna się godzin odpływu. Ja je znałem.
Schodziłem uważnie po śliskich kamieniach. Plaża, jak powiedziałem, jest maleńka i dokładnie ukryta przed światem, dlatego zawsze byłem tam sam i wtedy również byłem pewien, że nikogo nie zastanę.
Jakież było moje zdumienie, gdy zeskoczywszy z ostatniego głazu, uniosłem głowę i ujrzałem siedzącą naprzeciw mnie, w morzu, postać.
Patrzyłem zaintrygowany.
Na skale wychodzącej dobre dziesięć metrów w morze kulił się czarny człowiek z głową opartą na kolanach. Na głowie miał czarną czapeczkę, włosów nie było widać. Nie umiałem rozpoznać: chłopak czy dziewczyna.
Było dość mroczno, bo słoneczne światło było już przytłumione; cicho, jeśli nie liczyć łomotu fal i wiatru. Od czasu do czasu zakwiliła mewa.
Usiadłem na najbardziej odległym głazie, zirytowany, że ktoś odkrył moją plażę.
Siedzieliśmy tak przez dłuższy czas. Człowiek nie był świadomy mej obecności, nie odwrócił się ani razu. Ja zaś popatrywałem to na niego, to na morze, to na słońce, które traciło blask. Na nosie miałem okulary i raz po raz spoglądałem w niebo. Widok był niezwykły: słońce przesłaniała w połowie czarna kula. Byłem zafascynowany.
W pewnej chwili zorientowałem się, że woda zaczyna się podnosić. Rozpoczął się przypływ. Pan wie, monsieur, jaki jest ocean. Przypływy i odpływy są tu tak gwałtowne, że jeśli lubi się rozmyślać godzinami na skałach wysuniętych w morze, należy zachować ostrożność. Odsłonięte całkowicie, gdy jest odpływ, w czasie przypływu giną nawet na metr pod wodą! Ta zaś, na której siedział nieznajomy, była zalana już do połowy, a wiedziałem, że ocean może dużo więcej: w czasie przypływu wystaje ledwo jej czubek.
Człowiek powinien więc się zbierać, jeśli chce wrócić na ląd suchą nogą, on jednak zdawał się nie zauważać, że woda jest coraz bliżej. Podszedłem do brzegu i przekrzykując fale, zawołałem:
Allô! Radzę zejść z kamienia, zaczął się przypływ!
Człowiek drgnął gwałtownie i się odwrócił. Twarz zakrywały mu duże ciemne okulary. Rozejrzał się nerwowo, spojrzał na morze. Fale atakowały coraz silniej. Pod nim była teraz pienista topiel. Obserwowałem, jak wstaje i chwiejąc się, zaczyna schodzić. Zdawało mi się, że cały się trzęsie. Jego ruchy były niepewne, ślizgał się i potykał na mokrych głazach.
Skacząc z jednego na drugi, zbliżyłem się do niego, podałem rękę. Uchwycił się jej, a chwilę potem poślizgnął i o mały włos nie wpadł do wody, która, czarna od małży, falowała obślizgłymi wodorostami.
Jednak dziewczyna. Jej mokra, lodowata ręka trzęsła się panicznie w mojej, ściskając ją kurczowo.
– Spokojnie – powiedziałem. – Trzymaj się.
Zeskoczyliśmy na niknącą z minuty na minutę plażę i zaczęliśmy mozolną wspinaczkę po głazach. Dziewczyna szła przede mną, niesłychanie zdenerwowana, raz po raz ślizgając się i potykając. Gdy wreszcie  znaleźliśmy się na górze, zerknąłem w dół: z plaży nie zostało nic. Uciekliśmy w samą porę.
Odwróciłem się do dziewczyny, która odeszła kilka kroków.
– Już dobrze? – zapytałem. – Przestraszyłaś się? Tu trzeba być ostrożnym, inaczej można się wykąpać –  zażartowałem. – Zresztą i tak nas trochę zmoczyło.
Dziewczyna skinęła głową.
– Ttak… dziękuję – szepnęła.
– Odetchnij chwilę. Może zostanę z tobą przez ten czas? Jest ci zimno? Zaparkowałem tu niedaleko. Mam w samochodzie termos z gorącą herbatą. Może się napijesz? Wyglądasz na zziębniętą.
– Nnie. Dziękuję.
Przyjrzałem się jej uważnie. Była cała na czarno. Czarne buty, spodnie i gruby golf. Na głowie czarna czapeczka z daszkiem i duże ciemne okulary. Widziałem tylko kawałek nosa, wąskie, drżące usta i trójkątną brodę. Była bardzo blada. Usta miała sine  z zimna. I wciąż się trzęsła. Zdjąłem ciepłą kurtkę i okryłem ją.
– Dziękuję.
– Może podwiozę cię do domu? Jest zimno, zaczyna padać, a ty już jesteś przemoczona…
– Nie trzeba. Dziękuję.
Zdaje się, że nie umie powiedzieć nic prócz „tak, dziękuję” i „nie, dziękuję”, pomyślałem. Tak czy owak, nie chciałem zostawić jej samej na tym odludziu.
– Proszę iść za mną – powiedziałem kategorycznie. – Nie bój się ani, do licha, nie unoś honorem, to przecież żaden problem.
– Nie boję się.
– No to chodźmy.
Obejrzała się na morze. Stała chwilę, niezdecydowana. Wzdrygnęła się, pewnie z zimna. Wreszcie niechętnie ruszyła za mną.
– Więc? Dokąd jedziemy?
– …
– Gdzie mieszkasz?
– L’hôtel le Grand Bleu.
– Świetnie, ja mieszkam dwie ulice dalej.
Wsiedliśmy do samochodu. Zaproponowałem ponownie herbatę. Odmówiła. Pomyślałem, że może, wbrew temu, co mówi, czuje się niepewnie, wsiadając do samochodu z obcym facetem.
– Przepraszam, że przedstawiam się dopiero teraz. Marius Geert.
Skinęła obojętnie głową.
Ruszyłem, zerkając z ciekawością na ekscentryczną towarzyszkę podróży.
– A mogę wiedzieć, jak ty się nazywasz? – zapytałem życzliwie.
– Lydia Mortaire – odparła po chwili tak długiej, że myślałem, że nie odpowie.
– Bardzo mi miło.
Zapadła cisza.
– Wiesz, że dziś było zaćmienie słońca? – spróbowałem po dłuższej chwili.
– Nie.
No co za sopel.
– Hm. Tak. Właśnie. Więc… – Speszyłem się. – Zawsze wybierasz się na spacer w tak niesprzyjającą pogodę?
– Zdarza się.
Miała niski, matowy głos.
– Słońce nie było tak jasne i grzało dużo mniej. Taak... Jesteś tu na długo?
– Nie.
– Na wakacjach?
– Nie.
– W odwiedziny?
– Nie.
– Może delegacja?
– Nie.
– Przepraszam, że wypytuję. – Skonfundowałem się. – Ja będę tu dwa tygodnie. No, może niekoniecznie tu. Może wyjadę za dwa, trzy dni. Lubię wędrowne wakacje. Myślałem o Plouha.
Odpowiedziała mi cisza. Chyba mnie nawet nie słuchała. Było w niej coś dziwnego, w tej dziewczynie. Przygnębienie? Jakiś… chłód?
– A ty tu zostajesz?
– Nie.
Dałem za wygraną.
Jękliwie zawodząc, minęła nas karetka pogotowia.
Lydia Mortaire patrzyła w okno.
Zatrzymałem samochód przed hotelem le Grand Bleu.
– Jestem dozgonnie wdzięczna za pomoc i podwiezienie – wysiliła się na dłuższe zdanie.
– To była prawdziwa przyjemność – odparłem uprzejmie.
Tak się rozstaliśmy. Cicho szczęknęły za nią drzwi.

Zaćmienie

Autor: Marta Magaczewska
Wydawnictwo: JanKa
Wydanie polskie: 5/2010
Liczba stron: 176
Format: 146 x 205 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 978-83-62247-02-8
Cena z okładki: 20,00 zł


blog comments powered by Disqus