Martyna Raduchowska "Czarne światła. Łzy Mai" - recenzja powieści

Autor: Dagmara Trembicka-Brzozowska
Korekta: Anna Ruszczak
4 lipca 2016

Coś tam błyska

Rewolucja technologiczna odmieniła oblicze Ziemi w ciągu kilku lat. Dlatego już połowie XXI wieku mamy do czynienia z androidami, cyborgami, neurowszczepkami, wysoce zaawansowanymi dronami czy technologią medyczną jak z bajki. Oczywiście nie wszystko zawsze może pójść gładko; postęp technologiczny paradoksalnie powiększył różnice między bogatymi i biednymi, co doprowadziło do rewolucji, której krwawy początek oglądamy w pierwszym rozdziale Łez Mai Martyny Raduchowskiej.

Autorka znana z powieści i powiastek raczej w klimatach fantasy i lekkiej grozy, z kobietami w rolach głównych, nagle zaserwowała nam cyberpunkowe SF o detektywie z problemami. Taki niespodziewany zwrot o 180 stopni przyjemnie zaskakuje, ale też nie do końca musiał wyjść książce na dobre.

Główny bohater, policjant Jared Quinn, jako jedyny przeżywa masakrę w siedzibie firmy farmaceutycznej produkującej nowy środek wspomagający możliwości mózgu. W rebelii biorą udział nie tylko biedni mieszkańcy New Horizon, ale też... androidy. Trzy lata później Quinn wraca do służby, przepełniony niechęcią do wszystkiego, co mechaniczne, wyposażony wbrew swojej woli we wszczepki w mózgu, zmuszony chodzić na terapię. W pierwszej części książki zmaga się z akceptacją faktów, rozwodem z żoną, przystosowaniem do pędzącej rzeczywistości. W drugiej – trafia na sprawę. I to nie byle jaką, bo niemożliwą do rozwiązania przy pomocy nowoczesnych technologii. Tajemnicze brutalne morderstwa mogą mieć związek z Mayą, androidem, którego Jared nienawidzi najbardziej.

Pozostałe postaci w Czarnych światłach zostały zaledwie zarysowane. Widać, że Raduchowska skupiła się na swoim protagoniście, możliwe, że nawet za bardzo. W tle przewija nam się grupa innych postaci, ale w sumie niewiele o nich wiemy i większość szybko zapominamy. Możliwe, że to kwestia rozbiegówki - Łzy Mai to pierwszy tom, w którym autorka dopiero buduje intrygę, fundując nam przy okazji obszerny wstęp z opisem świata przedstawionego. Trzeba przyznać, że miała też kilka ciekawych pomysłów fabularnych, mieszając tradycje kryminału z powieścią psychologiczną i SF.

Mam jednak wrażenie, że Martyna Raduchowska nie do końca poradziła sobie z tą nową konwencją. Quinn czasami wymyka się z modelu, jaki stworzyła dla tej postaci, robiąc coś zupełnie bez sensu. Część pomysłów także jest co najmniej dyskusyjna, jak chociażby istnienie psioników, którzy mogą stawać się niewidzialni czy tworzyć tarcze wokół ciała tylko dlatego, że brali nielegalne środki stymulujące. Takich potknięć możemy znaleźć, cóż, trochę.

Łzy Mai to całkiem ciekawa powieść, ale wymagająca dopracowania. Na pewno znajdzie swoich fanów, podobnie jak przeciwników wytykających błędy. To typowa książka z Fabryki Słów – z wartką akcją, interesującymi, zwłaszcza dla młodszego czytelnika, realiami, czerpiąca garściami z powieści klasyków gatunku. Warto dać jej szansę, ale pamiętając, że nie każdemu przypadnie do gustu.

Czarne światła #1 - Łzy Mai

Autor: Martyna Raduchowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 5/2015
Seria wydawnicza: Fantastyczna fabryka
Liczba stron: 460
Format: 125x195mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788379640706
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,90 zł



blog comments powered by Disqus