Recenzja "Luke Skywalker i cienie Mindora"

Autor: Marek Drozd
Korekta: Bool
24 lutego 2010

Czy Luke Skywalker jest bohaterem, którego można, bez cienia wątpliwości, nazwać ideałem rycerza Jedi? Większość z nas, fanów Gwiezdnych wojen, pewnie zgodziłaby się z podobną tezą. Dzięki młodemu rycerzowi obalony został Imperator Palpatine, zginął Darth Vader, potężny sługa Ciemnej Strony, a w granice Galaktyki, po latach terroru, zagościć może pokój. Wydawać by się mogło, że Luke i jego niezachwiana postawa są przykładem dla przyszłych pokoleń Jedi. Jednak powieść, której autorem jest Matthew Stover, wprowadza zamieszanie w sposobie postrzegania postaci młodego Skywalkera oraz, po części, całego uniwersum Star Wars. Co tak niezwykłego jest w tej książce, dowiecie się czytając niniejszą recenzję.

Lorz Geptun, oficer śledczy, którego czytelnicy pamiętać mogą z powieści Punkt przełomu, udaje się na spotkanie z generałem Luke'iem Skywalkerem, który zaprosił go do siebie na rozmowę. Nie zna jednak powodu, dla którego stawić się ma przed młodym Jedi. Z krótkiej wymiany zdań, a właściwie monologu generała, przerywanego nieśmiałymi uwagami tudzież monosylabami zaskoczonego inspektora, dowiadujemy się, co było przyczyną wezwania. Otóż Luke chce, aby Geptun przeprowadził dochodzenie mające wykazać zaniedbanie obowiązków, dezercję, a także popełnienie zbrodni wojennych. Winnym wymienionych czynów ma być nie kto inny, ale… sam Skywalker!

To, wydawałoby się, kuriozalne oskarżenie nie jest, zdaniem młodego Jedi, bezpodstawne. Chodzi bowiem o operację przeciwko niedobitkom Imperium, pod dowództwem niesławnego Lorda Shadowspawna, która, jak się niebawem okazuje, ma miejsce sześć miesięcy po zniszczeniu drugiej Gwiazdy Śmierci, na niewielkiej planecie Mindor w Wewnętrznych Rubieżach. W akcji tej, której dowódcą był sam Luke, wielu żołnierzy Nowej Republiki zginęło, a generał Skywalker, lądując na Mindorze tym, co zostało z krążownika „Sprawiedliwość”, wpadł w pułapkę Mrocznego Lorda.

Luke Skywalker i cienie Mindora nie jest pierwszą książką traktującą o wydarzeniach następujących po upadku Imperium, z jaką przyszło mi się zmierzyć. Każdy miłośnik uniwersum Star Wars z pewnością miał okazję przeczytać przynajmniej kilka książek z tej serii, oglądał filmy lub serial Wojny Klonów przynajmniej parę razy, być może trzymał w dłoniach również komiksy, krótko mówiąc – pochłaniał najmniejszy nawet szczegół niesamowitego wszechświata każdą cząstką umysłu i nie potrzebował do tego żadnych streszczeń czy opracowań.
Historie opisane na kartach wielu książek tworzą unikalny i niepowtarzalny klimat, i przenoszą nas w świat Gwiezdnych wojen. Pozwalają stać się częścią gwiezdnej sagi. Dlatego tak ważne jest, aby każdy czytelnik samodzielnie zagłębiał się w fabułę i na swój sposób przeżywał opisane wydarzenia. Dlaczego tak zależy mi na podkreśleniu wagi tego efektu? Ponieważ wydawnictwo Amber, wprowadzając recenzowaną przeze mnie książkę na polski rynek, dopuściło się niewybaczalnej, moim zdaniem, „zbrodni” i dołączyło do powieści streszczenie całej historii, wręcz eonów, Star Wars na dwudziestu dwóch stronach, będących niejako wstępem, niszcząc tym samym niepowtarzalny klimat sagi. To tak, jakby całą załogę imperialnego niszczyciela gwiezdnego próbować upchnąć do maszyny kroczącej AT-AT. Czyż można bardziej zniechęcić czytelnika do ulubionego tematu i sprowadzić dziesiątki lat pracy twórców do kilkunastu kartek maszynopisu w formacie 125x190mm? Moje zaskoczenie, po przeczytaniu kilku pierwszych stron, porównać można do tego, co czułby Han Solo, budząc się któregoś dnia na Coruscant i widząc Chewiego za sterami Sokoła Millenium mierzącego do niego z pokładowych działek laserowych. Tłumaczeniem na język polski zajął się w przypadku Luke’a Skywalkera i cieni Mindora Andrzej Syrzycki i, jak możemy wywnioskować z podpisu pod tym nieszczęsnym wstępem, to on jest autorem owych dwudziestu stron. Swoją drogą, podziwiam tłumacza za odwagę, którą wykazał się, sygnując swoimi inicjałami coś takiego…Niezwykle rzadko zdarza się, aby tytuł zniechęcił do siebie na samym początku, gdy jeszcze nawet nie zagłębimy się w opisywane wydarzenia, a już dopada nas rozczarowanie. Pozbądźmy się jednak uprzedzeń i spróbujmy zapomnieć o nieprzyjemnym starcie…

Właściwa zawartość książki, blisko 360 stron, to dość sprawnie opowiedziana historia, i to nie byle jaka. Być może sama fabuła nie zachwyca oryginalnością, jednakże momentami potrafi zaskoczyć. Jedno jest pewne – nikt nigdy wcześniej nie wprowadzał do książek spod znaku Star Wars tak wielkiej dawki mistycyzmu. Stover, starając się w jak najlepszy sposób opisać uczucia Luke’a targanego wątpliwościami oraz to, czego doświadcza młody Jedi, posłużył się niezwykle rozbudowanymi porównaniami. Chwilami, czytając je, można odnieść wrażenie, iż sam autor pogubił się w tym, co stworzył. Rozdmuchane do granic możliwości epitety, niczym bańki mydlane, „pękały” wraz z końcem zdań i pozostawiały jedynie uczucie niedosytu; mówiąc krótko – przerost formy nad treścią.

Oprócz budowania napięcia, które nie ma swego finału w postaci zręcznie dokonanego opisu, mamy samą fabułę – dość nietypową i inną od tego, czego można by się spodziewać. Jedno z najbardziej znanych sformułowań w historii, czyli „Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce…”, jest esencją Gwiezdnych wojen. Pomimo że uniwersum Star Wars to fikcja, wymienione wyżej zdanie idealnie, moim zdaniem, oddaje jego charakter, ponieważ każda z opowiedzianych w książkach historii charakteryzuje się pewną dozą realizmu. To wszystko rzeczywiście mogło wydarzyć się gdzieś daleko, w odległej galaktyce. Inaczej rzecz ma się w przypadku powieści Luke Skywalker i cienie Mindora. Zaskoczenie tym tytułem wynika z wręcz niewiarygodnej momentami fabuły, która sprawia wrażenie pisanej dla efektu. Jeśli taki był zamiar autora, to cel został osiągnięty. Trudno doszukiwać się tu drugiego dna czy ukrytego sensu, poza oczywistą walką Dobra ze Złem. Dla mnie i myślę, że dla wielu innych czytelników Gwiezdne wojny zawsze były i są światem jednakowo rzeczywistym, co fantastycznym; być może z lekkim odchyleniem w stronę fantastyki, jednak pozostawiającym niezbywalne odczucie odrobiny realności.

Pytanie, jakie się w tym momencie pojawia, brzmi: czy stosowana do tej pory konwencja się przejadła? Oczywiście, znajdziemy w powieści wiele elementów charakterystycznych dla Star Wars, jednak ta „inność” wprowadza swego rodzaju zakłócenie i nie zmienią tego nawet zabawne dialogi czy wartka akcja.

Luke Skywalker i cienie Mindora z pewnością jest tytułem, po który warto sięgnąć, chociażby po to, żeby przekonać się jak zaskakujące może być zakończenie. Drugim, równie istotnym powodem, dla którego należałoby się z książką zapoznać, są wspomniane wyżej opisy interakcji Luke’a z Mocą i sama fabuła, tak niesamowita momentami. Dla mnie przysłowiową kropką nad „i” była opinia wyrażona przez jednego z bohaterów na temat młodego Skywalkera, która pozwoliła mi zaliczyć tę powieść do bardziej wartościowych pod względem treści, jeśli chodzi o uniwersum Gwiezdnych wojen.

W książce tej wiele rzeczy okazuje się być zupełnie czymś innym, niż się na pierwszy rzut oka wydaje – niczym jeden z holodramatów produkowanych na użytek mas, których bohaterem jest Luke, a których to zdecydowanie on nie pochwala; jak sam zainteresowany twierdzi: „Żadna z historii, jakie ludzie opowiadają o mnie, nie zmieni tego, kim naprawdę jestem”. Nawet tytułowe cienie Mindora to nie tylko zjawisko spowodowane pasem asteroid wokół planety. Czy taka wariacja na temat Gwiezdnych wojen spodoba się czytelnikom? Oceńcie sami… i zacznijcie czytać, pomijając pierwsze trzydzieści stron. W innym wypadku nie ominie was porządne rozczarowanie, którego doświadczył autor niniejszej recenzji.

Luke Skywalker i cienie Mindora

Autor: Matthew Stover
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 12/2009
Liczba stron: 320
Format: 123x190 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324135356
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,80 zł


blog comments powered by Disqus