Recenzja "Star Wars Noce Coruscant: Ścieżki Mocy"

Autor: Marek Drozd
Korekta: Bool
24 marca 2010

Wyobraźmy sobie ogromne miasto... tak wielkie, że wydaje się nie mieć początku ani końca. Powiedzeć, że widok zapiera dech w piersiach, będzie olbrzymim niedopowiedzeniem. Przenieśmy się następnie na najniższe poziomy, do trzewi tego giganta, gdzie pośród trujących wyziewów egzystują najrozmaitsze rasy całej galaktyki. To miasto-planeta to Coruscant, gdzie wśród niezliczonych alejek i zaułków żyją tryliony istnień, a każde z nich roztacza w Mocy unikalną aurę. Niewielu doświadcza jej działania, a jeszcze mniej rozumie tę nieuchwytną energię. Jednak dla wybranych odróżnienie konkretnej jednostki od mas nie nastręcza wielkiego problemu... jeśli wie się, kogo szukać. Jeżeli chcecie udać się na wycieczkę po ulicach najpotężniejszego z imperialnych miast, zapraszam do lektury niniejszej recenzji.

Jaxa Pavana, rycerza Jedi i prawdopodobnie jednego z nielicznych ocalałych przedstawicieli zakonu, w wynajmowanym  przez niego mieszkaniu odwiedza pewien nieznajomy. Młody Jedi nie poznaje przybysza, który już na samym początku pyta o androida z serii I-five – kompana nieżyjącego już Lorna Pavana, ojca Jaxa. O celu wizyty bezimiennego Sakyianina dowiadujemy się chwilę później, gdy I-pięć rozpoznaje gościa. Ów nazywa się Tuden Sal i wiele lat wcześniej współpracował z Pavanem seniorem, który zlecił mu niezwykle ważne zadanie. Android nie wspomina tej znajomości dobrze, o czym świadczy niezbyt ciepłe powitanie – lasery na końcach palców wymierzone w Sala. Taka reakcja jest jak najbardziej uzasadniona, bowiem Sakyianin nie tylko nie wykonał poleceń, ale pod wpływem chwili i niesprzyjających okoliczności pozbył się I-Five, sprzedając go jak zwyczajne urządzenie. A wspomniany android to nie bezosobowa plątanina przewodów w blaszanej obudowie, ale obdarzona samoświadomością istota, chociaż zamknięta w metalowej skorupie wyglądem do złudzenia przypominającej  jednostkę protokolarną. Tuden Sal wraca na Coruscant – obecnie zwane Imperial City – aby odszukać I-Pięć i spłacić dług, w czym ma pomóc mu android. W jaki sposób obcy chce tego dokonać i co czeka bohaterów ostatniej części trylogii? Tego nie zdradzę, dodam tylko, że fabuła charakteryzuje się niespodziewanymi zwrotami akcji, do czego zresztą Michael Reaves zdążył już nas przyzwyczaić.

Od jakiegoś już czasu każda kolejna powieść z serii Star Wars wydawana w Polsce poddaje ciężkiej próbie cierpliwość i lojalność czytelników, a to za sprawą opisywanego już przeze mnie wstępu, przy okazji recenzowania powieści „Luke Skywalker i cienie Mindora”. Podanie na tacy gotowego streszczenia, swego rodzaju papki sporządzonej z wybranych elementów historii Gwiezdnych wojen, prawdopodobnie nie wpływa pozytywnie na odbiór u większości fanów, a już z całą pewnością utrudnia wytworzenie własnego wyobrażenia uniwersum znacząco wszystko upraszczając.
Jak każdą nową książkę sygnowaną znakiem Star Wars, tak i „Noce Coruscant: Ścieżki Mocy”, wydane przez Amber, rozpoczyna wstęp autorstwa Andrzeja Syrzyckiego, będący trzydziestostronicową kompilacją całej historii Gwiezdnych wojen. W niej otrzymujemy skondensowaną, nieciekawą i zupełnie pozbawioną charakteru porcję najważniejszych faktów z dziejów uniwersum. Jest to, największy niewypał, jaki mógł zdarzyć się wydawnictwu, które od lat zajmuje się wprowadzaniem na polski rynek powieści z serii Star Wars.

W wypadku „Ścieżek Mocy” nie jest to jednak jedyna wpadka. Odwróćmy książkę tak, aby widzieć tył okładki, a w miejscu, w którym znajduje się wprowadzenie w fabułę, ujrzymy identyczny tekst, jaki znajdziemy również w poprzedniej części Nocy Coruscant, zatytułowanej  „Aleja Cieni”. Poważny błąd, mogący świadczyć chyba tylko o braku staranności w przygotowaniu. Spróbujmy mimo tego zapomnieć na chwilę o wszelkich wydawniczych niedociągnięciach, ponieważ recenzowany tytuł jest na tyle dobry, że takie niedoróbki nie powinny znacząco wpłynąć na końcową ocenę.

Po przebrnięciu przez pierwsze trzydzieści stron można zacząć zagłębiać się we właściwą treść książki. Trzeba przyznać, że napięcie jest stopniowane – od małego bałaganu, poprzez średni aż do zaskakującego finału – co jest charakterystyczne dla Reavesa. Nie jest to jednak powieść, przy której strony pożera się w tempie ekspresowym; można zrobić sobie przerwę i wrócić do czytania bez obaw, że umknie nam jakiś szczegół. Oczywiście znajdziemy w „Ścieżkach Mocy” fragmenty, w których nie będziemy mogli oderwać się od lektury, żałując, że w odpowiednim momencie naszego życia nie zdecydowaliśmy się na kurs szybkiego czytania, ale są one przeplatane nieciekawymi przerywnikami, nie wnoszącymi niczego istotnego. Ta pozycja przypaść może do gustu nie ze względu na akcję, lecz dzięki dwóm innym rzeczom: niepowtarzalnemu klimatowi Gwiezdnych wojen, który czuje się na każdej stronie – w opisach miejsc, postaci, panujących zwyczajów – oraz naprawdę drobnym szczegółom, dzięki poznawaniu których uniwersum Star Wars jest tak wyjątkowe.

Jednym z tych drobiazgów jest sposób doświadczania Mocy przez bohaterów. Każdy rycerz Jedi czy jakakolwiek osoba wrażliwa na działanie Mocy odczuwa ją w inny sposób: Mace Windu potrafi określić punkty przełomu – najsłabsze miejsca, których nikt inny nie widzi; dla mistrza Yody Moc to rzeka, która opływa władającego nią akolitę, dając mu siłę do przezwyciężania przeciwności pozornie nie do pokonania. Wreszcie, dla Kajina Savarosa, chłopaka, który jest jedną z głównych postaci „Ścieżek Mocy”, ta mistyczna siła to palący od środka ogień, który chce się wydostać na zewnątrz, zadając przy tym cierpienie.

Gwiezdne wojny to przede wszystkim olbrzymia ilość bohaterów, tysiąclecia stworzonej historii, która wciąż – i prawdopodobnie przez długi czas w przyszłości – posiadać będzie spore luki, białe plamy. Dzięki książkom takim jak „Ścieżki Mocy” ubytki te zostają wypełniane treścią. Uniwersum Star Wars przypomina tym samym układankę, do której elementy są wciąż kształtowane i nie mają z góry określonej formy, pomimo wiadomego efektu finalnego. Zagłębiając się w powieść Michaela Reavesa, poznajemy historię istot, których działania w przeszłości mogły mieć później na tyle poważne implikacje, że zapobiegłyby Nocy Płomieni, czyli eksterminacji zakonu Jedi i dojścia do władzy Palpatine’a.

Przyznam, że „Ścieżki Mocy” kilka razy silnie zaskoczyły mnie oraz rozbawiły, i to nie tylko z powodu niespodziewanego zwrotu akcji, ale z ostatecznie otrzymanego efektu: te „półpłynne” elementy układanki zaczęły uzupełniać całkowity obraz, uświadamiając mi, że dopiero teraz znam historię Gwiezdnych wojen. Doświadczenie równie przyjemne, co niezwykłe.

Książka ta jest przykładem, jak w zwyczajny sposób pisać o fantastycznej historii i uzupełniać ją o nieznane do tej pory wydarzenia, równie ważne, co te zobrazowane w obu filmowych trylogiach. Pomimo niespecjalnie oryginalnej fabuły, której schemat bardziej uważny miłośnik Star Wars dostrzeże również w innych powieściach serii, pozycja godna jest polecenia z kilku powodów, z których najważniejsze to: niepowtarzalny klimat oraz szczegóły pozwalające cieszyć się znajomością sekretów uniwersum. Ci, którzy uważają, że gwiezdna saga Lucasa nie ma przed nimi żadnych tajemnic, powinni dokonać rewizji swoich poglądów, czytając niniejszym recenzowany tytuł. Wszystkich pozostałych miłośników SW zachęcam do lektury „Ścieżek Mocy”, żeby przekonali się, czego jeszcze nie wiedzą o galaktycznym mieście zwanym do niedawna Coruscant, a obecnie noszącym nazwę Imperial City. Tytuł może nie obowiązkowy, ale na pewno warty uwagi.

Star Wars: Noce Coruscant #3 - Ścieżki Mocy

Autor: Michael Reaves
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 11/2009
Liczba stron: 288
Format: 123x190 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324135172
Wydanie: I
Cena z okładki: 32,80 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus