Fragment #2 z książki "Psalmodia"


 

O wszystkim usłyszał kilka dni później od swoich kompanów od wina. Rycerzy z Calatrava.

Musta'rib ponoć zdradził, próbując na powrót dogadać się z Maurami. Nikt nie dochodził prawdy, wystarczyło podejrzenie rzucone przez któregoś z potężnych baronów i Alfonsowi wymierzono karę. Jego dom ograbiono i spalono, służbę i rodzinę wybito. Annę zgwałcono. Bandyci ją dopadli, tylko nie zdążyli zabić.

Potem dowiedział się, że możni tego świata nie łamią raz złożonej przysięgi. Sprawcą okazał się Matias wraz ze swymi synami.

Jak mógł do tego dopuścić, zostawić samą na pastwę oprawców. Czuł się winien, musiał szybko odnaleźć swą ukochaną, by zapewnić jej bezpieczeństwo, już na zawsze.

*  *  *

Błąkał się przez kilka dni, szukając Anny. Jak duch nawiedzał spalony dom, siedział przy zwalonej bramie, spacerował po wymarłym ogrodzie. Miał nadzieję, że jego Życie wróci, chociażby dlatego, żeby pożegnać się z miejscem, które - jak mu kiedyś wyznała - było dla niej niebem. Szukał jej w cieniu wymarłych drzew, które sterczały ponad poszczerbionym murem otaczających fontannę posągowych cherubinów; dziwnym trafem przetrwały pożar prawie nietknięte. Przeganiał nocnych złodziei. Jednego przydusił do ziemi kolanem i tłukł pięściami w twarz.

- To jej świątynia! - krzyczał.

Gdy oprzytomniał, zrozumiał, że zatłukł młodego chłopca na śmierć. Pociągnął go za nogi i zostawił bluźniercę gdzieś na drodze, nie bacząc na strach, jaki wzbudził wśród zabłąkanych przechodniów.

W końcu stracił rachubę czasu i zapomniał, jak smakuje wino, poił się bowiem jedynie wodą spływającą z prącia cherubina - posągowej fontanny, aż pewnego dnia poczuł dziwny zapach przywiany z ogrodu przez letni ciepły wietrzyk. Zaczęło świtać. Mocne poranne słońce wyjrzało zza korony drzew, dodając nieco otuchy, bo ręce zaczęły mu drżeć ze strachu przed tym, co może zobaczyć. Przekroczył próg domu, wszedł do ogrodu, minął fontannę, by wedrzeć się głębiej między wypalone kikuty owocowych drzewek, przejść wzdłuż resztek winorośli, karłowatych krzewów.

Nagle padł na kolana i jęknął.

- Przenajświętsza Panna.

Wysunął drżący palec przed siebie, jakby chciał wskazać komuś miejsce, na które patrzy, a przecież był sam.

Cud.

Olśnienie.

Pomiędzy drzewami unosiła się w powietrzu młoda kobieta, twarz skrywały jej długie włosy. Głowę miała przekrzywioną nieco na bok, chude ręce swobodnie zwisały wzdłuż tułowia, spod długiej koszuli wystawały delikatne stopy. Całe ciało skąpane było w żółtym, świętym blasku. Słońce oślepiało go, by nie bluźnił zbytnią ciekawością.

- Najświętsza Maria Panna - wymamrotał.

Klęczał ze zwieszoną głową i zaczął się modlić wytrwale.

Trwał tak przez czas jakiś.

W końcu, po tych wszystkich czułych wyznaniach i imionach, którymi ją obdarzył, odważył się i zerknął raz jeszcze. Przeląkł się, bo oślepiła go jasność, a potem jakby usłyszał głos świętej. Zmrużył oczy od słońca, ale nic nie dostrzegł, nic więcej, prócz jej łaski, która wydawała się spływać na niego. Drżał na całym ciele.

A potem podmuch wiatru zdarł z suchej ziemi liście. Wydawało mu się, że słyszy czyjeś kroki, rozejrzał się i nikogo nie zobaczył, zamiast tego jednak poczuł smród, jakby męczyła go niestrawność.

- Panie? - usłyszał niski głos. - Florencjuszu de Vivarze.

Nie odwrócił się, nadal schylał głowę w pokorze.

- Rycerz nie powinien zbyt długo klęczeć.

- Głupcze! Nie widzisz?! - warknął, przerywając modlitwę. - Najświętsza Panienka.

- Naga?

Florencjusz podniósł wzrok nieco wyżej.

Panienka wciąż kołysała się nad ziemią. Nie zniknęła. Unosiła się z przechyloną głową, tylko jakby nieco przygasła.

Tkwił tak sparaliżowany, czekając, aż coś się wreszcie wydarzy. I dopiero gdy słońce nieznacznie przesunęło się za zachód, święta straciła cały swój blask. Z przerażeniem przyglądał się powieszonej na przydrożnym drzewie prawie nagiej dziewczynie. Uginająca się pod jej ciężarem gałąź zwisała nad samą drogą.

- Masz swoją Najświętszą - parsknął intruz.

- Anna - szepnął.

Wisiała na drzewie. Powiesili ją, nie wierzył, że zrobiła to sama.

Jego Życie.

*  *  *

Zapadł się w sobie. Chciał umrzeć wraz z nią, tutaj, w ogrodzie. Odciął więc Annę z gałęzi, ułożył na ziemi, ukucnął przy ciele. Uwolnił jej szyję ze śmiertelnej pętli, z niedowierzaniem pogładził siny ślad.

Zrzucił płaszcz, ciężki pas z mieczem, wdrapał się na drzewo, sznur zaplątał wokół karku i szarpiąc go, sprawdził, czy drugi koniec dobrze się trzyma.

I skoczył.

Gałąź nie wytrzymała.

*  *  *

Siedział w progu domu swej ukochanej i nienawidził siebie. Że pozwolił jej umrzeć. Przecież to jego wina, że zginęła w tak ohydny sposób. Miał tylu wrogów, którzy chętnie odebraliby mu każdy skarb.

W dłoni trzymał puchar. W środku mieszał z winem trutkę kupioną na targu.

- Czego ode mnie chcesz? - spytał diabła.

- A czego ty chciałbyś ode mnie?

- Jestem przeklęty?

- Powiedziałbym raczej, że otrzymałeś dar. Jak wielki, to zależy od ciebie. Widzisz tamtą kurwę?

Florencjusz rozejrzał się po ulicy. Młoda kobieta trzymała za rękę chłopczyka, który ledwie za nią nadążał, przeskakując z nóżki na nóżkę.

- Kobieta.

- Kurwa. Spójrz dobrze.

Przyjrzał się jej i zrozumiał, co diabeł miał na myśli. Tak wiele nasienia przyjęła w swe łono, że nawet nie wiedziała, kto jest ojcem jej dziecka. Nie potrafił zrozumieć, skąd to wie, ale był tego pewny.

- To grzech w ten sposób kalać świątynię bożą, nawet jeżeli w zamian za to otrzymuje brzęczącą monetę, za którą wyżywi siebie i dziecko.

Zamyślił się, zbliżając zatruty napój do ust. Tak bardzo chciał upić łyk i umrzeć.

- Do czego zmierzasz?

- Jakie uczucie jest tak silne jak miłość? Powiedz, że sam zgadnę, choć jedno i drugie jest mi przecież obce. To nienawiść, nieprawdaż?

Jakże chciałbym się teraz śmiać albo zakpić z biednego rycerzyka. I masz swoją Annę, zobacz, gdzie cię zaprowadziła miłość. Do wypalonego ogrodu. Ale przecież jej już nie było, a ja mogłem sprawić, żeby mi zaufał choć trochę.

- Zemsta - szepnął, odstawiając puchar.

- Właśnie. Dostrzeżesz ludzkie grzechy, choć zwę je czasami pragnieniami. Dzięki temu pozwolę ci się zemścić.

- Na jak długo to wystarczy? - Zwiesił głowę. Ze wszystkim jest tak jak z Miastem o Tysiącu Bramach. Przemija.

Musiałem mu dać to, czego pragnie najbardziej.

- Mam ją.

- Kogo?

- Jej duszę.

Jego ojciec próbował mnie przechytrzyć, dając syna na naukę pisania i czytania, potem próbując zmusić chłopaka, by wstąpił do klasztoru. Ja jednak przeczuwałem, że płynie w nim gorąca krew starego de Vivara.

- Jak to możliwe?

Uwierzył mi na słowo. Wyczytałem to z tonu jego głosu. Ale też chciał po prostu wiedzieć, jak zdołam tego dokonać. Ależ proszę bardzo, śpieszę z wyjaśnieniem - chciałem szydzić, ale się powstrzymałem.

- Nie rozumiesz, to fin'amor, miłość dworna. Twój sprawdzian. Ukochana wystawiła cię na największą z prób.

- Anna jest martwa.

- Ciało to kloaka, liczy się dusza.

- Gdzie więc jest?

- Mówią o tym czyściec.

Jakiż grzech popełniła, że zasłużyła sobie na to? Czyż nie zdradzała musta'riba z nim? Ale przecież to nie grzech śmiertelny! Musiała popełnić jakiś czyn, zanim go poznała.

- Powiesiła się. A takich nie przyjmują ani u góry, ani na dole. Do czasu Sądu Ostatecznego.

- Do czasu Sądu Ostatecznego - powtórzył i zwiesił głowę. Złamał wszelkie zakazy, skazał swą ukochaną na wieczne potępienie.

- Namiętność... - chciał się wytłumaczyć, choćby przed diabłem, bo gdzieś w głębi serca mężczyzny pojawiła się nadzieja. - To z namiętności... - zaczął, a diabeł dokończył za niego:

- ...z początku miła, zapewne. Czujesz smak słodkich wiśni, a to, co z owoców zostanie - zgnije. Wszystkich tych, którzy ślepo oddadzą się pożądaniu, czeka kara piekła.

- Ależ, czy ciało - nawet kobiety - nie jest świątynią Boga?

- Tak, pod warunkiem, że nie wlewasz tam nasienia tylko dla uciechy.

Diabeł nie drwił z niego, układał tylko słowa w przekonującą melodię.

- Więc ją spotkam?

- Zapewne, ale czy jesteś gotów, by pokonać drogę do piekła za swą ukochaną?

Okazja nie czyni podłego, ujawnia go, wiem o tym. Biedak był gotów uwierzyć teraz w każde moje słowo. I o dziwo...

Florencjusz nie spytał o nic więcej. Jeżeli to był czar, nie chciał, by prysł. Chciał wierzyć, że diabeł, który go przeklął, jest w stanie zwrócić mu ukochaną.

Odrzucił puchar z zatrutym winem.

Czasami doświadczenie śmierci sprawia, że bardziej kochamy życie. Czasami...

- Nie spytasz, jaka jest twoja pierwsza próba.

- Ach, fin'amor, prawda.

Chyba wyrwałem go z chwilowego odrętwienia, ale i wyczułem w jego głosie nutkę zwątpienia. Musiałem mu przypomnieć, kim naprawdę jest: nie płaczliwym kochankiem, tylko rycerzem.

- Zemsta - przypomniałem.

Uśmiechnął się, naprawdę.

*  *  *

Wiele pokoleń z rodziną de Vivar. Wiele się od niej nauczyłem. Potrafiłem rozróżnić, kiedy matki i córki płakały ze szczęścia, a kiedy z żalu, widziałem, jak patrzył kochający życie starzec na swoich bliskich, gdy umierał. I te ich spojrzenia - od widma samotności przez współczucie do obojętności. Tyle reakcji.

Polubiłem seniora rodu de Vivar. A potem, gdy rodzili się jego synowie - każdego z nich z osobna. Ojciec chciał oddać mi najstarszego, ale wiedziałem, że najmłodszy jest mi przeznaczony. Jego ukochałem najbardziej, czułem, że właśnie na niego przyjdzie mi przejść. Ale stary mnie oszukał. Chciał odesłać syna do klasztoru, a gdy ten się buntował, sam zaczął przebywać coraz dłużej poza domem. Ten stary głupiec wiedział, co robić! Nigdy nie dotykał syna, bojąc się, że umrze w tej samej chwili. Znał moje ograniczenia. Przeczuwałem, że coś knuje. Przypominałem mu, że beze mnie jego latorośl uschnie. A on szeptał, że wolałby widzieć śmierć syna niż przekazać mu przekleństwo. Nie wierzył w to, co mu tłumaczyłem, że właśnie JA nadam sens życiu najmłodszemu z de Vivarów, choć tak do końca nie byłem pewien, czy się nie myliłem. Że on pokocha kogoś naprawdę, ale wtedy już będzie za późno...

W końcu jego ojciec mnie przechytrzył. Zaprzyjaźnił się z hrabią Berengarem, szaleńcem od poezji. Zadbał, by w chwili jego śmierci niespełniony poeta stał tuż przy nim. By go dotknął... Powiem wam przynajmniej prawdę, jak senior rodu de Vivar umarł. Zafajdane gówno! Rżnął dziwkę, a ta potraktowała go nożem. Zmarł kilka tygodni później od ropiejącej rany, mocno trzymając za rękę swojego tłustego kochanka - tak, tak - poświęcił nawet swój zad, by mu hrabia zaufał. Rozkochał go w sobie.

W ten sposób ojciec Florencjusza na parę lat przerwał moją zażyłość z kastylijską rodziną. A przecież on, jego dziad i pradziad... Oni wszyscy mieli dar. Ale nie pytajcie mnie, jak to wszystko jest możliwe.

*  *  *

Przodkowie Matiasa pochodzili z Saksonii. Miał dwóch synów i dwóch braci. Ponoć wszyscy napadli na dom musta'riba.

Pierwszego z braci, młodszego, Florencjusz zarżnął w zamtuzie. Dziwkę, której zapłacił za wystawienie jurnego młodzieńca, też musiał zabić. Zbyt głośno się darła. Nie mogła znieść radości, jaka malowała się na twarzy mordercy, gdy podcinał ofierze ścięgna, potem kroił mu członki, nacinał skórę, tak by nieszczęśnik zdychał w mękach.

Starszego spił w tawernie, zamknął w beczce i utopił.

Matiasa dopadł po mszy świętej, gdy wracał wraz ze swym orszakiem do domu. Wyglądał znacznie młodziej i dostojniej niż podczas pierwszego spotkania. Trzymał głowę wysoko, ściął brodę i wdział pstrokate szaty.

Florencjusz wyszedł na drogę i zaczął krzyczeć. A głos, którym przemawiał, nie należał do niego.

- Matiasie Saksończyku, twój grzech jest zbyt wielki, byś mógł stąpać po ziemi. By przywłaszczyć sobie majątek don Alfonsa, spaliłeś mu dom i zabiłeś rodzinę. A jego żonę kazałeś swoim ludziom gwałcić. Wydaję na ciebie wyrok śmierci.

Matias zawsze wędrował w asyście rycerzy i pachołków, co zresztą było powodem drwin mniej zamożnych i często zazdrosnych baronów, bo mówili, że Saksończyk mógłby ze swym orszakiem oblegać niewielkie miasto. W intruzie, który stanął mu na drodze, też nie wzbudził należnego szacunku, kiwnął więc ręką, a kilku mężczyzn z jego świty, zeszło z koni, by nauczyć szaleńca respektu, ale ten zaczął się drzeć nieswoim głosem.

- Pedro! - zwróciłem się do tego, który szedł jako pierwszy. - Czyż nie okradłeś własnej matki, wtedy gdy potrzebowała cię najbardziej? Despero! - Spojrzałem w oczy drugiego, nieco młodszego. - Trudnisz się lichwą. Rujnujesz dobrych chrześcijan.

Przystanęli, a dwóch pozostałych zaczęło się cofać.

- Dzień przeklęty, dzień święty. Od was zależy, po której stronie staniecie. Przeze mnie przemawia Bóg. Znam wasze słabości, znam wasze grzechy. Wyzwolę was od jarzma tyrana, który każe wam czynić zło. - Dobrze się bawiłem, uwierzcie mi. - Suka! - warknąłem w stronę żony Matiasa. Miała wielkie czarne oczy, w których odbijał się strach i mogłem wyczytać grzech. - Czyż nie zdradziłaś swego męża, który zresztą nie jest ciebie wart?

Saksończyk spojrzał na młodą żonę. Gdy owdowiał, sprowadził ją sobie prosto z Saksonii, wydawała mu się taka niewinna, z tym dziewczęcym licem, teraz wstydliwie zarumienionym.

- Lubisz dziewczynki, prawda? - Spojrzałem na niego oczyma de Vivara.

Ktoś ze świty Matiasa, nie pytając o pozwolenie, ruszył na zuchwalca.

- Napyskowałem. A ty musisz stawić im czoło - Rycerz usłyszał szept, a potem schylił się i sypnął przeciwnikowi piaskiem w oczy. Niegodne to rycerza, ale ułatwia zadanie śmierci. Mocnym uderzeniem miecza podciął mu nogi. Zaparł się całym ciężarem, by ostrze, którym przekłuł leżącego, przybiło go do samej ziemi.

Matias wrzasnął na pozostałych, by rzucili się na zagradzającego im drogę mężczyznę.

A Florencjusz szybko zaczął wymieniać imiona i grzechy tych, którym mógł spojrzeć w oczy.

Pycha.

Obżarstwo.

Pożądanie.

Lenistwo.

Większość przystanęła. Ktoś klęknął.

Tęga kobieta z orszaku zaczęła płakać.

Słońce za plecami rycerza dodało mu blasku.

Uwielbiam efekty.

Kilku zbrojnych ze świty Matiasa również przyklękło.

Masowa zbrodnia jest wtedy, gdy zaczynasz rządzić duszami. Ogłupieli, słysząc, że znane już są ich najskrytsze pragnienia i grzechy.

Wtedy jeden z nich obwołał najmłodszego z de Vivarów świętym. Kastylijczyk wykorzystał okazję. Wczuwając się w rolę, przeszedł między klęczącymi i namaścił ich czoła znakiem krzyża - ślad brudnych palców.

Matias splunął. Sklął swoich rycerzy, pachołkom zagroził stryczkiem. Nikt się nie ruszył. Zrezygnowany - wyciągnął z pochwy miecz i chciał spiąć strzemionami boki konia, ale ktoś ze służby uderzył swego pana toporem. Saksończyk zwiotczał. Spłoszony koń popędził do przodu, zrzucając jeźdźca z grzbietu, ale jedna stopa mężczyzny ugrzęzła w strzemieniu. Garbus ze zwieszoną nisko głową niezdarnie rzeźbił w piasku wzory bezwładnymi rękoma.

Florencjusz czuł, jak rozpiera go siła, czuł się, jakby był nieśmiertelny.

Jednak widok trupa, jego rozłupanej czaszki, wyrazu zdziwienia na twarzy... to za mało. Zbyt łatwo przyszła zemsta. Nie wystarczyła, by wymazać poczucie winy za śmierć Anny. A może musi przelać więcej matiasowej krwi?

*  *  *

Chciał zabić dwóch synów Matiasa, ale przechytrzyli go.

Pił w tawernie. Ciepło wlewało się przez okna, drobinki kurzu wirowały w powietrzu, osiadając na ławie zastawionej dzbanami z winem.

Zaszli go niespodziewanie, od tyłu.

Nie zdążyłem go ostrzec. A mówią, że diabeł wszystko potrafi.

Skrępowanego trzymali w jakimś lochu przez dwa dni, a potem przyprowadzili przed oblicze króla. Za swe dawne zasługi - a przecież nigdy nikomu nie służył - za walkę z Maurami na ziemi niczyjej władca nakazał mu zapłacić główszczyznę za zabitych, na co chętnie przystali i synowie Matiasa, i sam de Vivar, oraz odbyć pielgrzymkę pokutną do Ziemi Świętej. Król nakazał mu, by powrócił dopiero po pięciu latach. Takich spraw rozstrzygał więcej, a skarżący musieli podzielić się odszkodowaniem. Najmłodszy z nich nie wybaczył jednak mordercy. Zapowiedział, że gdy ten wróci z Jerozolimy, własnoręcznie obedrze go ze skóry.

- Obyś przeżył do tego czasu, kurwi synu - oskarżony pożegnał się z nim niedbale.

*  *  *

Na łajbie, która zabrała nas do Ziemi Świętej, nie zliczyłbym ciżby na pokładzie - sam motłoch: szewc, kowal, rzeźnik, winiarz, kilku rycerzy, tylko wraz ze służbą, ale żaden z nich nie miał w sobie tyle pokory co de Vivar, który stał przy burcie i wyglądał świętego miasta, jakby tam ziemia miała go uleczyć. Zamknął się w sobie, nie słuchał ani moich rad, ani kąśliwych uwag. Pozwoliłem mu samemu się przekonać i czekałem, aż zacznie mnie błagać o pomoc, choć nie mogłem znieść, że nosi ze sobą tę wstrętną obręcz pokutną.

Czy Bóg go ukarał? Florencjusz zadręczał się myślą, że nie jest już wolny jak ptak. Uwierała go pokutna obręcz. Nie odczuwał pokory, jedynie strach przed tym, że spotka Najwyższego w Ziemi Świętej. Gdzieś w głębi duszy skrywał żal za ziemią niczyją, tak bardzo chciał wrócić do dawnego życia, a teraz jego statek ciął fale Morza Śródziemnego, by ponieść go w dal. Tam, gdzie go nie znają, gdzie ma odbyć nakazaną mu królewskim wyrokiem pielgrzymkę, spędzić pięć suchych lat, by zadowolić tych, którymi gardził.

Dlaczego Pan nie pośle go najprostszą z dróg prosto do Anny? Może stanie na czyjejś drodze jako ofiara. Czyż złe uczynki wypełniły na tyle jego duszę, że Bóg nie dostrzegł w nim już żadnej pokory i pozostawił go diabłu i teraz on ma kierować jego losem, drwić z niego?

Przemyślenia słabeusza.

I gdy myślał o ukochanej, przypominał sobie twarz najmłodszego z Matiasów. Jeżeli Bóg pozwala cieszyć się dniem sukinsynom, i pozwala, by słabi odbierali sobie życie ze wstydu i z bezsilności, to co to za padół.

Już lepiej. Wracajmy z tej Jerozolimy! Przecież...

A może to kara. Skrył twarz w dłoniach. Zabijał przecież dla zysku, i nie tylko pogan. Ale czy treść życia Anny można sprowadzać wyłącznie do tego, że miała stać się karą dla niego?

Te rozterki sprawiały, że przestawałem wierzyć w mądrość de Vivara. Czyżby okazał się najgłupszym z rodu? Gdzie buta i proste zasady - albo raczej brak zasad - jego ojca?

*  *  *

Gdy dotarliśmy do Jerozolimy, Florencjusz musiał zapłacić za wejście do miasta kilka złotych monet. Modlił się wśród motłochu, obmył w Jordanie, z dnia na dzień marniał na ciele, a i w sakwie w końcu zabrakło grosza. Zgubił go własny żal. Gdy zasłabł z głodu, trafił do hospicjum, wraz z największą biedotą.

- Jestem - szeptałem mu do ucha, bez względu na czas i miejsce. - Jestem.

A on wciąż mną gardził. Wiedziałem, że w głębi duszy nie chodzi o to, że chce się mnie pozbyć, tylko że mu nie pomogłem. Trawiła go chęć zemsty na rodzinie Matiasa, tęsknił po prostu za rodzinną ziemią, bo wciąż wierzył, że właśnie tam znajdzie choć cień Anny. Jakiś szczegół, który mu o niej przypomni. Płakał, bo nie zachował po niej żadnej pamiątki, prócz wspomnień i snów.

W końcu chciał się zabić, tak jak wtedy, w ogrodzie. Pominę opis tej żałosnej próby. Wystarczy powiedzieć, że nawet się nie skaleczył, a brak sukcesu nie przekonał go o jego partactwie, tylko o nieśmiertelności. Przyznaję, byłem trochę przerażony. Choć lepsze to niż przekonanie Berengara o nieśmiertelności jego poezji.

Wreszcie, za moim podszeptem, okradł jakiegoś biedaka z ostatniego grosza, potem wskazałem mu pijanego rycerza, by przywłaszczył sobie jego mienie. Upokorzony milczeniem Najwyższego, wrócił wreszcie na statku do Hiszpanii.

*  *  *

Zmarniał przez rok. Zmarniała Hiszpania. Suche słońce, karłowate krzewy. Burzono meczety, budowano kościoły. Ale człowiek został ten sam. Pycha, obżarstwo, pożądanie...

Siedem grzechów głównych, tysiące ludzi.

Starszy syn Matiasa ponoć poległ gdzieś w bitwie, ale młodszy żył i grzeszył dobrą pamięcią. Gdy tylko zabójca jego ojca postawił stopę w Tuluzie, odszukał go i kazał zabić. Florencjusz przechytrzył sprytem i przerósł odwagą wynajętych oprawców - zgładził ich, a potem także ostatniego z Matiasów. Wymazał z pamięci szczegóły jego śmierci. Pamiętał tylko, że kilka dni przyglądał się zwłokom leżącym na górskiej ścieżce, aż zgniły, głowa odpadła od wiotkiej szyi i stoczyła się po skale.

W przygodnej tawernie świętował zemstę. W sercu i w dzbanie ziała pustka.

Przeczuwał, że dłużej już nie pożyje. Zbyt dużo miał wrogów. Zbyt wiele głów odciął, gdy rządził na ziemi niczyjej.

Nieważne, gdy pił, szybciej mijało mu życie.

- Możesz ją zdjąć - szepnąłem.

Milczał, chyba nie wiedział, o czym mówię.

- Zdejmij obręcz - nalegałem, ale głupiec uparł się, że przypomina mu o Annie.

Domagał się jej, na trzeźwo prosił, a po opróżnieniu dzbana już tylko groził.

Stał się postrachem gościńców. Tam szukał śmierci, choć każdy zwycięski rozbój przekonywał go tylko o własnej nieśmiertelności. Co nie przeszkadzało, by kolejną walkę traktować jako wyzwanie śmierci na pojedynek.

Musiałem coś zrobić, nie mogłem go stracić. Zbyt wiele pokładałem w nim nadziei. Nie chciałem, by skończył żywot z nożem w plecach po nocnej pijatyce. Co wtedy stanie się ze mną?

Błąkał się, okradał kupców przy traktach, aż dołączyło do niego kilku podrzędnych złodziejaszków. Z trudem znosił ich brak karności. Zapomniał jednak o swoim nędznym położeniu. Znów miał ludzi pod swoimi rozkazami, wielbili go. Czyżby? Szczęśliwie podsłuchał ich rozmowę. Zamierzali oddać go rodzinie kogoś, kogo kiedyś skrzywdził, więc jeszcze tej samej nocy upił swoich niewiernych kompanów i poderżnął wszystkim gardła, gdy zasnęli.

Znowu działał sam. Wyczekiwał kupców na drogach. Jedni uciekali od razu, inni stawiali opór. Wtedy wczuwał się w rolę oprawcy, a wszystko odbywało się jak podczas mszy świętej - po kolei i z namaszczeniem, tylko że krótka potyczka zastępowała modlitwę, potem błaganie o litość, a na koniec mord, zamiast Kyrie eleison. Po pracy kilka brzęczących monet rzuconych na stół w tawernie zamieniał na dzban wina, posiłek i nocleg. Czasami pech: niespodziewane spotkanie w tawernie. Ktoś poznawał w nim Diabła z ziemi niczyjej. Zostawiał więc trupa na piętrze i uciekał.

W końcu nie chciał już tak gnać, oddychać kurzem drogi, nie wiedzieć, gdzie położy się spać. Tym bardziej że psy Matiasa szczekały coraz głośniej, zacieśniając krąg. Ale chciał dokończyć to, co zaczął.

*  *  *

- Oj, wiem, co chcesz powiedzieć. Że gdyby nie ja... A ja ci odpowiem, że gdyby nie ty...

- Kurwi syn! - to jedno, na co było teraz stać de Vivara. - Nie potrafisz nawet pomóc mi się zemścić do końca, to jak mam ci uwierzyć, że oddasz mi Annę!

I wtedy stał się cud.

W tawernie, gdzie dziwki śpiewały altem podczas rżnięcia na wyższym piętrze, gdzie Maur przepijał do chrześcijanina, don Manrique i Pedro, niegdysiejsi kompani od wina, zaproponowali mu podróż do jednej z komandorii rycerzy z Calatrava.

Proponowali mu nowe życie.

Chciał wstać, ale poczuł jakby szarpnięcie w głowie.

- Nie! - usłyszał. - Nie możesz sprzedać swej duszy zakonowi. Zlegnij w kurzu na drodze, psie! Gnij w lochu. Nie będziesz służył Najświętszej Panience albo Chrystusowi. Jesteś mój.

- To wy? - Spojrzał na nich, dziwnie się uśmiechnął, jakby do siebie. Zakonnicy ochronić go mogą nie tylko przed rodem Matiasa, ale i jego przekleństwem, które drżało z wściekłości w środku, w jego głowie, ściskało za serce, tłukło o żebra, niemiłosiernie i bez ustanku.

- Nie! - Brzmiało to jak błaganie, nie rozkaz, nie był to jednak głos de Vivara.

- Tak. - Pedro uśmiechnął się, klepiąc go po plecach. - Zniknąłeś na trochę, hę? Zabierzemy cię stąd. - Don Manrique odsunął nieco dalej wino, by więcej nie pił.

De Vivar uśmiechnął się i pozwolił się podnieść, bo gotowali się do drogi. Pozwolili mu wesprzeć się na ich ramionach i prawie nieprzytomnego od trunku wyprowadzili z tawerny.

Z trudem utrzymywał równowagę.

Padamy z własnej woli, ale sami nie możemy się już podnieść, przeszła mu przez głowę ulotna myśl, a twarz wykrzywił nieporadny uśmiech.

Psalmodia

Autor: Michał Krzywicki
Okładka: Magdalena Broniecka
Wydawnictwo: Runa
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 4/2010
Liczba stron: 432
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-89595-61-4
Wydanie: I
Cena z okładki: 15,90 zł


blog comments powered by Disqus