Gwiezdne wojny Epizod X: Przestrzeń jest zimna - cz. I


Dawno, dawno temu

w odległej galaktyce...

Jeżeli pojawia się Gwiazda Śmierci
to w w końcu musi wystrzelić
  
'Sokół Millenium', zmodyfikowany koreliański frachtowiec typu YT-1300, najszybsza kupa złomu w Galaktyce,szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru Liry.
 
Pilot frachtowca, ubrany w powycierany i upstrzony licznymi plamami stary szaroniebieski kombinezon, na wpół drzemał w półmroku kabiny, pochylony nad rozświetlonymi zegarami i ekranami deski rozdzielczej. Jego pochylona głowa prawie leżała na smużących bladą poświatą wskaźnikach, z zaschniętych warg wydobywało się półgłośne zmęczone poświstywanie.
 
Nieoczekiwanie statek, dotychczas pewnie i niestrudzenie przemierzający puste parseki przestrzeni, zaczął nagle wyraźnie zwalniać. Okna w kabinie zajaśniały, jakby zbliżali się do jakiejś gwiazdy.
 
Ale wskaźniki na desce rozdzielczej statku wyraźnie pokazywały na wysoką próżnię, charakterystyczną dla oddalonej od układów planetarnych, skupisk gwiazd czy zagraconych międzygwiezdnym kurzem i meteorytami mgławic pyłowych, krystalicznie czystą nicość głębokiej pozagalaktycznej przestrzeni. Tak przynajmniej być powinno.
 
Statek z ledwo słyszalnym buczeniem stopniowo wyhamowywał prędkość, by wreszcie z cichym świstem milknących silników zatrzymać się i zawisnąć bez ruchu w smolistoczarnej nieskończoności. Główny stos atomowy frachtowca jeszcze przez chwile mruczał, żeby też wreszcie także zgasnąć w cichym stęknięciem ulgi. Tylko światłość za oknami jednostajnie przygasała i rozjaśniała mglistą poświatą w zupełnej ciszy.
 
Pilot trwał przez dłuższą chwilę w nieprzytomnym zamroczeniu, mamrocząc w sennej malignie. W końcu, intuicyjnie wyczuwając że wokół dzieje się coś nietypowego, a może nawet nieregulaminowego, drgnął, odchylił się mocno do tyłu i nieprzytomnie zamrugał oczami. Przychodząc powoli do siebie, przetarł twarz i czujnie rozejrzał się wokół - cisza w kabinie była niepokojąca.
 
Z rosnącym zaskoczeniem i nadal wyraźnie niezbyt przytomny, pilot frachtowca przemknął oczami po wskaźnikach, ale te uspokajająco świeciły zielonkawo-niebieskimi kolorami, nigdzie na ekranach i wyświetlaczach nie pojawił się czerwony kolor alarmu.
 
Tyle że statek tkwił nieruchomo, jakby zatrzymany czyjąś nieodpartą wolą.
 
Wreszcie pilot, całkiem już oprzytomniały, popatrzył na zewnątrz przez przednie okna i zamarł z osłupionego zaskoczenia.
 
Przed dziobem statku zawieszona w czarnej przestrzeni tkwiła, promieniując jasnozłotym światłem, świetlista istota. Chociaż trudno opisać coś co przypominało bardziej wielki złocisty kłębek waty z szeroko rozłożonymi skrzydłami czy też może skrzelami, jednak było coś szlachetnego i uroczystego w jej leniwym, dostojnym podfruwaniu niedaleko przed dziobem statku.
 
Pilot w zdumieniu patrzył w istotę przed dziobem statku. Przez jego głowę przeleciały wszystkie opowieści i legendy z odwiedzanych kantyn, spelun, barów i knajp całej galaktyki, ale z żadnej nie z nich mógł sobie przypomnieć opowieści o takim świetlistym zjawisku.
 
Już miał poddać się z przeszukiwania swojego zaspanego umysłu, kiedy nieoczekiwanie wypłynął mu z zakamarków pamięci gdzieś w bardzo odległej przeszłości zapamiętany cichy, dziecięcy głos:
- Czy... jesteś... Aniołem?
Głos wypłynął mu na spierzchnięte wargi, i półgłosem powtórzył za dzieckiem w swojej głowie
- Jesteś… Aniołem?
Świetlista istota nie zmieniła swojej pozycji przez dziobem statku, natomiast w głowie pilota zaczęły niespiesznie, ale wyraźnie i czysto pojawiać się jedno po drugim wspomnienia i obrazy z przemierzonych systemów gwiezdnych, planet, stacji kosmicznych, odległych pasów planetoid, księżyców, kolonii i baz.
 
Przed oczami płynęły mu twarze, postacie, setki i tysiące spotkanych osób, stworów w najodleglejszych zakątków galaktyki, wnętrza odwiedzanych miast, hal i budowli, widoki najprzeróżniejszych środowisk i krajobrazów - pustyń, oceanów, gór, dżungli, chmur, miast pełnych mieszkańców i małych osad na skrajach cywilizacji, swoich setek przygód, podróży, walk, bitew, ucieczek, zwycięstw, twarze utraconych przyjaciół, znajomych, kolegów, towarzyszy broni, którzy odeszli na wieczną wachtę.
 
Wróciły do niego wreszcie obrazy z ostatnich lat: podróży i tułaczek od końca do końca galaktyki, kiedy chcąc wreszcie poznać cały ten świat, dla którego przez tyle lat narażał swoje zdrowie i życie, przemierzając systemy i planety, odwiedzał kolejno osiedla i światy zamieszkałe przez niezliczone  rasy i gatunki myślące albo po prostu żyjące i rozmnażające się pod jakże krwawo wywalczonym wszechgalaktycznym Ostatecznym Wiecznym Pokojem.
 
Przypomniał sobie Dekalog Włóczęgi, który kiedyś sam dla siebie ułożył:
 
Żadnych złudzeń
Żadnych oczekiwań
Żadnej wdzięczności
Żadnych marzeń
Żadnych praw
Żadnych przywilejów
Żadnej nadziei
Żadnej odpłaty
Żadnych ulg
Żadnych przywiązań
I jeden, jedyny obowiązek:
Służyć innym.
 
Zebrał wszystkie te obrazy razem do siebie, i nagle przyszło mu do głowy pytanie, którego raczej - także z braku czasu, setek obowiązków i tysięcy pilnych zajęć - nie zadawał sobie wcześniej: Po co? Dlaczego to wszystko z takim oddaniem i zacięciem robił. O co i dlaczego walczył?
 
Odpowiedzi zaczęły płynąć chłodno i logicznie jedno po drugim: wyrwać się... wreszcie wyrwać się z tej cholernej piaszczystej dziury i zobaczyć jak wygląda wielki świat... przygoda... przeżyć coś... spotkać kogoś niesamowitego...  czegoś dokonać... zmienić świat...... odcisnąć swoje piętno na rzeczywistości... znaleźć jakąś ideę wartą zaryzykowania życia... być przydatnym do czegoś... spotkać ją...
 
Ta ostatnia myśl wstrząsnęła nim - był przecież pewien, że tę kwestie ma już dawno i definitywnie załatwioną! W końcu jest... był... No właśnie – kim?


blog comments powered by Disqus