Gwiezdne wojny Epizod X: Przestrzeń jest zimna - cz. II


 

Jak obudzony popatrzał przed siebie. Świetliste 'coś' wisiało niedaleko przed nosem jego statku, rozsiewając w przestrzeni złote błyski.
- W porządku! Czego chcesz?! O co ci chodzi?! - Krzyknął, bardziej chyba jednak dla odgonienia  swoich myśli - a szczególnie tej jednej, ostatniej - niż dla zrobienia wrażenia na świetlistej istocie. Ta jednak niewzruszenie wisiała nadal w przestrzeni na wprost statku, jakby naigrawając się z niego.
- No, o co ci chodzi?! Po co się pojawiłaś?!
Istota w milczeniu emanowała ciepłym złotym światłem, jakby bawiąc się jego niepewnością. Albo jakby czekając na coś.
- Co chcesz mi pokazać?! No co?! Że nie miałem racji? Że byłem dobrego serca głupim, naiwnym idealistą? Że się we wszystkim pomyliłe...
 
W tym samym momencie istota rozbłysnęła i nieoczekiwanie zaczęła oddalać się od statku, ale odlatując nie na wprost przed siebie, tylko lekkim ukosem w górę, w stronę gwiazd na ciemnej powale kosmosu.
 
Pilot niepewnie rozejrzał się po kabinie, spojrzał na wskaźniki - wprawdzie do najbliższej bazy, gdzie miał dostarczyć część przewożonego ładunku zamarzniętego sklonowanego mięsa tan-tanów, miał jeszcze dobry kawałek drogi, ale posiadał jeszcze na tyle zapasów paliwa, że spokojnie mógł pozwolić sobie na mały skok w bok. 
Ciężko westchnął, podrapał się po głowie, aż wreszcie z ociąganiem i trochę z niepewnością wcisnął wajchę przyspieszenie. Spojrzał prosząco na monitory - ale ku jego zdziwieniu statek nieoczekiwanie z gracją ruszył z miejsca, po czym zgrabnie zawrócił i rozpoczął pogoń za odlatującą złocistą zjawą.
Pilot wyrównał lot, ustawił manetki we właściwych pozycjach i wyciągnął się wygodniej na  fotelu. Odruchowo jeszcze spojrzał na detektory, i z niedowierzania aż nabrał głęboko powietrza, po czym przeciągle gwizdnął:
- No, jednak nie zwariowałem!
Żaden z pokładowych wskaźników masy czy energii nie wskazywał istnienia jakiegokolwiek obiektu przed nim.
 
#
 
Wspólny lot dziwnej pary – frachtowca i tajemniczej świetlnej postaci - trwał dość długo. Przedzierali się przez pola meteorytów, chmury gruzu i pyłów, parę razy przemknęli obok jakiejś większej planetoidy, i wreszcie, kiedy wszystko wskazywało, że tylko gonią bez sensu po zewnętrznych bezdrożach galaktyki, detektor czerwonymi rozbłyskami zaczął sygnalizować jakąś znaczną masę w nieodległym pobliżu.
Pilot zdecydowanie wcisnął hamowniki i aż pokiwał głową z niedowierzania - gdyby nie czułe przyrządy i jeszcze niezgorszy refleks wieloletniego gwiezdnego pilota, jak nic władowałby się w wypalonego czarnego karła! W starą ciemną gwiazdę, niewidoczną na tle smoliście czarnego nieba, ukrytą w gigantycznej chmurze pyłowo-meteorytowej.
Świetlista istota zatoczyła łuk, po czym zbliżyła się ponownie do jego statku.
- I co teraz, jakaś impreza...? - Powiedział z sarkazmem i z niesmakiem rozejrzał się po okolicy, ale wszędzie widać było tylko smolistoczarne obłoki pyłowe i wiszącą w milczeniu ponury, ciemny glob wygasłego słońca.
 
Zatoczył statkiem małe koło, po czym zaczął lecieć do świetlistej istoty, jedynego świecącego punktu w otaczających ich ponurych ciemnościach, tkwiącej nieruchomo na tle wygasłej gwiazdy.
- No, i co dalej? 
Świetlista istota nadal tkwiła nieruchomo, jakby na coś czekając, kiedy statek zbliżał się, wyhamowując pęd.
Istota błysnęła jaśniej, jakby dając mu jakiś znak.
- Wiec jakie mamy teraz plany?
Nieoczekiwanie świetlista obecność przygasła... - po czym zaczęła do niego strzelać wysokoenergetycznymi strugami energii!!!
 
Pilot krzyknął w przestrachu, szarpnął całym ciałem do przodu i naparł na stery. Walcząc z kołyszącymi się gwałtownie na wszystkie strony statkiem i wybuchami elektrycznych snopów iskier w kabinie zdołał jeszcze dostrzec, że niezwykła świetlista istota zniknęła, natomiast strzela do niego jak najbardziej realne wielkokalibrowe działo zamontowane... na słońcu!?
 
Ale nie było czasu do namysłu – działo, chociaż zainstalowane w najbardziej nieprawdopodobnym miejscu, było jednak jak najbardziej realne, i strzelało do niego bezustannie błyszczącymi smugami gigantycznych ilości energii, najpierw niszcząc ochronne pole siłowe, a następnie miarowo demolując zewnętrzny pancerz.
Pilot, znający swój statek na wylot, niemal fizycznie czuł, jak pękają kolejne płyty pancerza ochronnego. Wiedział, że nie pozostało mu już zbyt wiele czasu.
Skoczył z fotela i wypadł kabiny pilota, w biegu zrywając ze ściany zawieszony kosmiczny hełm z wypukłą, przejrzystą osłoną twarzy i dumnym napisem na przedramieniu ‘Engineered for Outdoor!’
 
Biegnąc zadymionym i kołyszącym się na wszystkie strony korytarzem, w pospiechu dopinał klamry i zabezpieczenia hełmu.
Wpadł do wypełnionej mroźną bielą ładowni w chwili, kiedy po kolejnym strzale, który przejawiał się w środki statku jako kolejny wstrząs i huk, zgasło światło. 
 
Kołysząc się na niezbyt pewnych nogach od targającymi statkiem wstrząsów, po omacku niepewnie macał rękami wokół siebie, kiedy kolejny wspomnienie z przeszłości – obraz oszronionej i mroźnej jaskini – mignęła mu przed oczami. Znieruchomiał, przymknął oczy, i pierwszy raz tego dnia spokojny uśmiech zagościł na wąskiej, zmęczone twarzy czterdziestolatka po wielu przejściach – znowu przypomniał sobie, kim i po co jest.
Mimo huków, wstrząsów i głośnych wybuchów w tle, niespodziewanie pewnym i spokojnym ruchem doświadczonego wojownika sięgnął do pasa, skąd wyjął blaster.
Pilot rozejrzał się po ładowni, jego wzrok padł na leżące równymi pryzmami wielkie bryły sklonowanego mięsa tan-tanów.
- Wojna Klonów? - Rzucił do siebie z sarkazmem pilot, po czym uniósł ramię i zaatakował świetlistym błyskiem najbliższą oszronioną mięsną bryłę.
 
Działo plazmowe dobrze wykonywało swoje zadanie. Najpierw unieruchomiło i rozpruło mlecznobiały pancerz statku–intruza w ogromnym napisem 'Transport Intergalactic Rocket', następnie pokroiło go równo świetlistymi ognistymi strzałami na mniejsze części,  po czym zaczęło metodycznie niszczyć jeden po drugim jego osmalone fragmenty. 
Zgodnie z zaprogramowanymi procedurami działo skupiło swoją energię na co większych skupiskach elektroniki, będących najważniejszym potencjalnym zagrożeniem – mogły tam się znajdować wrogie roboty, nieprzyjazne automaty i złe komputery, albo przynajmniej wywrotowe oprogramowanie. 
Dlatego przeskanowawszy czujnikami cały pocięty na mniejsze i większe fragmenty statek, działo skupiło swoje plazmowe uderzenia przede wszystkim na przejawiające jakiekolwiek pole elektromagnetyczne metalowe odłamki, i zgodnie z posiadanym oprogramowaniem uznając zamrożone do temperatury zera absolutnego nieliczne formy białka za martwe i niezagrażające szczątki załogi, poświęcając im nieliczne tylko strzały.
 
Jeden z takich białkowych bloków, pod wpływem ciążenia czarnego słońca, wirując w przestrzeni, zaczął zmierzać coraz szybciej w kierunku nieodległej powierzchni.
 
Tymczasem działo, chociaż nadal niestrudzenie strzelało, wyraźnie zaczęło słabnąć energetycznie, z każdym strzałem emitując wyraźnie coraz mniej ergów energii. 
Po jednym z ostatnich uderzeń, jakby jednak zmieniając zdanie na temat ewentualnego zagrożenia ze strony zamrożonego białka, działo odwróciło lufy w kierunku odlatującego zamrożonego bloku mięsnego i dało pożegnalną salwę w jego ślad, po czym opuściwszy lufy, z cichym elektronicznym westchnieniem ostatecznie zamarło, czekając na ponowne doładowanie swoich opróżnionych do cna baterii energetycznych.
Gdyby działo miało uszy, a przynajmniej sprawne sensory radiowo-akustyczne, być może wykryłoby dobiegający z właśnie ostrzelanej odlatującej zamarzniętej bryły mięsa przeraźliwy krzyk w kosmicznej pustce.
 
Mięsny blok, z widocznym śladem energetycznego uderzenia w postaci wyrwanego i usmażonego jednego z boków, wirując wokół swojej osi, z rozpędem uderzył w stalową powierzchnię ciała niebieskiego, której tak dzielnie broniło wielkie działo plazmowe. Z głębi zaszronionej bryły dobył się głuchy jęk.
Białoróżowawy blok przetoczył się po niezwykle gładkiej płycie i wpadł przez regularny, romboidalny otwór do wnętrza. Na pustą i dziwnie równą powierzchnię zaczął padać drobny ciemny pył wymieszany z szarym szronem.
 
Mięsna bryła leżała wklinowana w róg zagłębienia, na jej wystającą część leciał w ciszy szary pył, pokrywając ją warstwą brudnawe pyłowo-śnieżnej czerni. 
 
Po dobrej chwili ciszy i spokoju bryła nieoczekiwanie podskoczyła, a z jej wnętrza wydobyło się najpierw głębokie westchnienie, po czym dobiegł trzeszczący,  wibrujący dźwięk i zadymiło palone mięso.
Z oparów rozstępujących się  płatów zamrożonego mięsa wyłonił się zaskoczona i oszołomiona głowa pilota.
 
- Myślałem, że one śmierdzą tylko na zewnątrz! - Rzucił, wygrzebując się z mięsnej kostki pilot, jakby cytując czyjeś słowa, po czym uśmiechnął się z niedowierzaniem do siebie.
 
Wyczołgawszy się z chroniącego go bloku, pilot zaczął z uwagą i niepewnością przyglądać się swoim osmalonym nogawkom, ale na szczęście materiał wytrzymał niedawną eksplozję - Ale mnie kopło! - Z wyrazem ulgi na twarzy, ale także z rosnącym zdziwieniem pilot zaczął rozglądać się dookoła, a im bardziej przyglądał się z dziwnie regularnej i składającej się głównie z linii prostych oraz ostrych kątów okolicy, tym większe zdziwienie rosło na jego twarzy.
- Przecież to nie jest wygasłe słońce.
Stał na powierzchni gigantycznej przerastającej wszystko, co widział i co było skonstruowane w całej galaktyce. A trzeba powiedzieć, że widział naprawdę wiele, i wiele z tego co widział osobiście nawet wysadził w powietrze.
  Ale to – to przekraczało WSZYSTKO.
- To... to... To jest... Super – Stacja!
To, na czym wylądował, to była gigantyczna, monstrualna, niewyobrażalna Super Stacja Bojowa, wielkości średniego słońca.
 
Najdziwniejsze było to, że kiedy pilot przyjrzał się uważniej pochylonym, zamarłym dźwigom o długości dziesiątków kilometrów, pokrytym grubą warstwą gwiezdnego pyły i zamkniętym na głucho lukom startowym dla statków i transportowców, zamarłym i nieruchomym wielkim czaszom radarów o rozpiętości dziesiątków kilometrów kwadratowych, to coraz bardziej docierało do niego, że mimo działającego nadal systemu obronnego, stacja do tego wyglądała na od dawna opuszczoną i całkowicie zapomnianą.
 
Otrzepał kombinezon z oblepiających go resztek zamarzniętego mięsa i brudnego szrony, i ruszył przed siebie, rozglądając się za jakimś wejściem do wnętrza.
 
Oczywiście wszystko było solidnie i profesjonalnie zamknięte na amen. Wreszcie, po długich poszukiwaniach i wielokilometrowej podróży po bezdrożach powierzchni opuszczonej stacji, pilot znalazł coś, co wyglądało jak okratowany wylot studzienki wentylacyjnej. Jednym strzałem wypalił otwór w kratownicy.
- To jednak prawda, że nie ma to jak porządny blaster!
Zaczął wciskać się do środka. Nogi nie znalazły żadnego oparcia. Poleciał w dół. 
Na powierzchni została tylko przecięta krata, i wyryty w metalu niewielki napis, który w jednym z dawnych alfabetów bojowych któregoś z wielkich pangalaktycznych imperiów - które dawno już i nieodwracalnie przeminęły z wielkim i widowiskowym hukiem - znaczył 'Zsyp'.
 
Leciał w dół długo. 
 
Bardzo długo. 
 
Naprawdę bardzo długo.


blog comments powered by Disqus