Gwiezdne wojny Epizod X: Przestrzeń jest zimna - cz. III


 

#
 
Z krzykiem i chlupotem pilot wpadł w mokrą, gęstą breję, która zamknęła się nad nim z obrzydliwym tłustym pluskiem.
Przez chwilę nieporadnie macał rękami i nogami w grząskiej, ciemnozielonej zupie wokół siebie, aż wreszcie poczuł oparcie pod nogami. Odbił się mocno i pomagając sobie rękami, wypłynął na powierzchnię.
 
Ściągnął z hełmu oklejającą go grubą warstwę mazi, rozejrzał się dookoła. Pływał w wielkim, zielonym jeziorze glonowatej brei, pokrytej grubym kożuchem wodorostów, grubych roślinnych kożuchów, farfocli, fuzli i śmieci.
Ponieważ wewnętrzne czujniki hełmu wskazywały na wystarczająca obecność tlenu, odważył się uchylić szybę – po to tylko, żeby ją jak najszybciej szybkim ruchem ponownie z trzaskiem zamknąć! Smród wypełniający wielką halę z zielonym morzem glonów był obezwładniający.
W tej samej chwili coś owinęło mu się wokół nóg i mocno pociągnęło w dół w głąb brei.
 
Nad powierzchnią zielonej toni niespiesznie przepływały wilgotne opary, tylko w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą widniała głowa pilota, leniwie pływało na powierzchni kilka bąbli powietrza, uwięzionych w zgniłozielonej mazi.
 
Z pod powierzchni wydobył się nagle z mlaśnięciem duży bąbel powietrza. 
Po nim drugi, i kilka mniejszych.
 
Z głośnym chlupotem pilot, w całym kombinezonie usmarowanym glonami i zielskiem, wyskoczył nad powierzchnię, w panice strzelając wokół siebie jasnymi promieniami blastera. 
Rozejrzał się dookoła, po czym zorientowawszy się w położeniu zaczął szybkimi ruchami płynąć do widocznego niedaleko nabrzeża.
 
Kiedy wygramolił się w końcu na wysoki, stalowy brzeg, długo leżał, gwałtownie dysząc i przychodząc do siebie. Wreszcie usiadł i z wyraźną odrazą zdjął z głowy hełm. 
- Yyyym! Prawdziwa symfonia zapachów! – powiedział z obrzydzeniem, po czym pokiwał z niedowierzaniem głową - Coś za łatwo to poszło...  - W tym samym momencie z zielonej toni dobiegło go wściekłe wycie jakiegoś podwodnego stwora.
Pilot zerwał się na równe nogi i wyrwał zza paska ślizgający mu się w dłoni oblepiony zieloną galaretą blaster, celując w falującą powierzchnię zgniłozielonej toni. Tuż przed nim, przy samym nabrzeżu w brudnej topieli przewaliło się wielkie, brązowe cielsko podwodnego potwora, krwawiące z wyraźnych ran od niedawnej bitwy. Stwór skrył swoje cielsko pod powierzchnią brunatnej mazi, i wystawił tylko trzęsąca się, groteskową pomarszczoną główkę z para ślepych, obłych oczu przykrytych widocznym bielmem.
 
Pilot i potwór patrzyli na siebie przez dłuższy czas, wreszcie potwór wydał z siebie pełne wyrzutu wycie, potrząsając chodzącą mu na wszystkie strony główką i ukazując stare, poniszczone zęby.
- Tak, widzę że jesteś już wiekowy i niedołężny. Wiele to już lat minęło od naszego ostatniego spotkania. Tak, ale mimo to nadal nie zamierzam być twoim obiadem. Musisz pozostać przy wegetarianizmie: glony są podobno zdrowym i odżywczym źródłem pożywienia.- I dla potwierdzenia swoich słów pilot machnął parokrotnie trzymanym blasterem.
Glonowy stwór, jakby zrozumiawszy intencje człowieka, zawył z rozczarowania i potrząsnął groźnie głową, po czym z głośnym chlupotem zanurkował w mętną toń, wystawiając na moment swoją wystrzępioną płetwę ogonową. 
 
Pilot odczekał jeszcze chwile, ale nic już nie zakłócało powierzchni bajora. Rozejrzał się uważnie wokół. Dostrzegł otwór wyjściowy wysoko pod zawieszonym setki metrów powyżej sufitem. Pogwizdując dziarsko, rozpoczął wytrwale wspinać się metalowej drabince zamocowanej w ścianie. 
 
Puste korytarze, pokrywający wszystko kurz, pył, ciemność i martwota – wszystko to pokazywało, że gigantyczna stacja była od dawna opuszczona. Nigdzie nie był śladu nawet dżula energii w instalacjach bazy. Działa powierzchniowe najprawdopodobniej zasilane były z autonomicznych baterii, doładowywanych przez panele słoneczne. Jedyne, co odrobinę rozświetlało mroki, to ledwo tlące się bladobłękitnym światłem paski luminescencji.
 
No ale przede wszystkim skala tego wszystkiego! 
Pilot przemierzał nieskończone puste korytarze, wielkie hale, które mogłyby pomieścić miasta, instalacje i maszynerie, które na przeciętnej planecie byłyby uznane że gigantyczną elektrownię albo wielki kombinat metalurgiczny.
Konstrukcja stacja była w większości zakończona, ale nie zostało zainstalowane wyposażenie dla obsługi – nie było gotowych stanowisk dowodzenia, warsztatów naprawczych, sztabów czy kwater.
Natomiast w końcu znalazła się szansa na zasilanie. Po trwających zdawałoby się wieki poszukiwaniach pilot znalazł wreszcie wielki dział maszynowy z gigantycznymi wajchami przełączników. 
Od niechcenia zaczął przestawiać wielkie lewary, i ku swojemu najwyższemu zaskoczeniu usłyszał buczenie budzącej się mocy dobiegający z głębin stacji. Poświecił na przełączniki lampką zamocowaną na naramienniku kombinezonu i aż westchnął  z wrażenia – wygrawerowane były na nich takie jednostki mocy, że można było nimi obrócić w perzynę całe jądro galaktyki!
Z szacunkiem i lękiem powyłączał generatory, które na powrót zamilkły z gasnącym pomrukiem. 
Z największą ostrożnością, starając się niczego nie dotykać, wymknął się jak najszybciej ze sterowni mocy. Nawet ze swoją brawurą nie miał najmniejszej ochoty zabawiać się generatorem mocy zdolnym roznieść w drobny pył większą część znanego mu uniwersum.
 
Przestraszony, ale także coraz bardziej wyczerpany długimi wędrówkami po zakamarkach wielkiej stacji, szedł na oślep, aby tylko znaleźć jakieś dość przytulne miejsce na odpoczynek, w miarę możliwości bez porykujących i duszących go potworów czy centrów energetycznych zdolnych wysadzić w powietrze galaktykę. 
Zamroczony zmęczeniem i sennością, dopiero po jakimś czasie zorientował się, że idzie w poprzek olbrzymiej pustej hali startowej, na krańcu której stał... ze złożonymi grzecznie w górę skrzydłami nowiutki, imperialny prom!
Pilot z niedowierzania zatrzymał się, po czym pobiegł w kierunku stojącego nieopodal statku kosmicznego.
 
Oczywiście, jak wszystko tutaj, także prom był olbrzymich rozmiarów. Ale pilot znał tę konstrukcję i zasadę pilotażu, mimo garganicznych rozmiarów okrętu. Znalazł na pancerzu manualny przełącznik śluzy wejściowej, i już po chwili zmierzał pewnym krokiem do kabiny pilotów.
Prom był niewątpliwie nowy, widać, że być może nawet jeszcze prawie nieoblatany i niedotarty, ale pilot nie miał czasu ani siły na jakieś specjalne testowanie poszczególnych systemów. - Będziemy musieli zaufać imperialnej technologii... - Mruknął z przekąsem, po czym uruchomił główny panel i poszczególne systemy statku. - A swoją drogą niezłą maszynę zrobili. - Pokiwał z podziwem głową, po części mając na myśli sam prom, a po części całą otaczającą ich gigantyczną stację.
 
Kabina od razu uprzejmie rozjarzyła się dziesiątkami światełek i monitorów, jakby statek niecierpliwie tylko czekał na pojawienie się gościa. Pilot pobieżnie przyjrzał się wskaźnikom, a ponieważ wszystkie lampki, strzałki i wyświetlacze wyglądał grzecznie i leżały potulnie na swoim miejscu, wystukał sekwencję startu. 
Prom syknął wpierw sprężonymi gazami z dysz, po czym z dudnieniem włączył się napęd. Z sino-błękitnym ogniem z dysz manewrowych statek uniósł się i wolno poszybował w stronę podłużnej bramy dokowania.
 
Kiedy już znaleźli się w bezpiecznej do nadprzestrzennego skoku odległości od stacji, pilot zapisał najpierw gwiezdne koordynaty położenia bazy, a potem z zamyślona miną zawahał się nad kodem punktu docelowego.
- W takiej sytuacji, to chyba pozostaje nam tylko... Tylko on. - Powiedział do siebie w zamyśleniu, po czy z poważną miną zaczął staranie wprowadzać parametry lotu. - Tylko jak on mnie przyjmie...? - powiedział pilot niepewnie do siebie, po czym z odczekał jeszcze chwilę, by wreszcie z ponurą determinacją wcisnąć przycisk skoku hiperprzestrzennego.
 
Prom jakby dla dodania sobie animuszu gwizdnął wysokim tonem, po czym z gracją wysokiej klasy i perfekcyjnej jakości elektromechanicznego sprzętu śmignął w nadprzestrzeń.


blog comments powered by Disqus