Recenzja książki "Feed"

Autor: Dawid "Fenrir" Wiktorski
Korekta: Bool
8 listopada 2012

Można powiedzieć, że autor thrillerów od samego początku ma ciężko - wszak decyduje się on tworzyć w gatunku wyeksploatowanym w największym możliwym stopniu. Jeśli zaś w opisie książki znajdzie się słowo "zombie", wielu czytelników z niesmakiem odłoży powieść na księgarską półkę. Bo ileż można czytać na temat żywych trupów, które tylko czekają na to, by wgryźć się w twój świeżutki, mięciutki mózg? "Feed" łączy jeszcze dwa pojęcia, których obecności mało kto może się spodziewać: "blogosfera" i "showbiznes".

Nie inaczej - głównymi bohaterami "Feeda" są... blogerzy. Nie są to jednak typowi internauci piszący o swoim nudnym życiu (a konkretniej o problemie w doborze koloru szminki czy partnera na ten tydzień), a ktoś na kształt "korespondentów" z pierwszej linii "frontu". Bo Georgia i Shaun Mason specjalizują się właśnie we wpisach o zombie, które od blisko dwudziestu lat są związane z codzienną ludzką egzystencją. Wszystko to za sprawą wirusa, który wyeliminował grypę i raka (ku uciesze producentów papierosów), jednak okupił to wskrzeszaniem ciał swoich nosicieli. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że społeczeństwo jest zaszczute i schroniło się w podziemnych schronach w nadziei, że apokalipsa zniknie bez ich udziału - owszem, niebezpiecznych terenów jest sporo, jednak poza nimi toczy się normalne życie. Najlepszym tego przykładem jest kampania prezydencka, wokół której koncentrują się wydarzenia opowiedziane w "Feedzie".

Wbrew rekomendacji na okładce, "Feed" ciężko nazwać horrorem - trudno znaleźć w nim sceny, które faktycznie miałyby budować poczucie nieustannego zagrożenia i grozy, jakiej źródłem byłyby zombie. Już pierwsza scena wskazuje wprost na dalszy charakter powieści - pełen czarnego, ironicznego humoru. Zombie faktycznie potrafią zabijać i czynią to z największą ochotą, jednak tworzą raczej element folkloru - wiadomo, że istnieją, wiadomo też, jakie metody zapobiegawcze są najlepsze, aby nie stać się jednym z nich. W efekcie "Feed" to taka "groza na mało poważnie". Skąd w świecie powieści najlepiej czerpać wiedzę na temat przeżycia? Z filmów typu "Świt żywych trupów" czy "28 dni później". Ba, aktorzy grający w takich produkcjach stali się kimś na kształt bohaterów narodowych.

W powyższy obraz doskonale wpasowują się główni bohaterowie. Posiadają oni sobą zbiór cech charakterystyczny dla stereotypowego nastolatka: są brawurowi, ciekawscy, niekiedy po prostu głupi. Są też doskonale świadomi swojej roli w kampanii, do której zostali zaangażowani, i nie boją się wykorzystywać przysługujących im środków do osiągnięcia celu. Obraz ten jest idealnym przeciwstawieniem dla pojawiających się później wysoko postawionych postaci - młodość i brak ogłady zderza się ze skostniałością i wyniosłą dyplomacją.

Mira Grant w swojej powieści połączyła elementy, które - gdyby patrzeć na to z boku - pasują do siebie jak pięść do nosa. Blogosfera i zombie są tutaj doskonałym pretekstem do opowiedzenia wątku wyciągniętego z podręcznikowego wręcz thrillera. Wbrew pozorom nie oznacza to jednak książki słabej. Wymienione elementy, a także ich humorystyczna, niecodzienna forma powodują, że "Feed" to pozycja nietypowa, dla której ciężko określić grupę odbiorców. Wszak do czynienia mamy z dwójką blogerów, nie zaś wyszkolonymi komandosami kładącymi huraganowy ogień na widok najmniejszego zagrożenia. Mimo że pierwszy kontakt z "Feedem" może budzić obawy, to im dalej, tym lepiej. Powieść ta może bez problemu startować do tytułu najoryginalniejszej historii tego roku.

Przegląd Końca Świata #1 - Feed

Autor: Mira Grant
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 11/2012
Tytuł oryginalny: Newsflesh: Feed
Rok wydania oryginału: 2010
Liczba stron: 469
Format: 145x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788363248376
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,90 zł



blog comments powered by Disqus