Fragment książki "Rozmowy nad Nilem"


Podeszła bliżej i pozdrowiła go z wymuszonym uśmiechem. Widać było, że coś nie daje jej spokoju. Dziewczyna krążyła po pomieszczeniu, jakby czegoś szukała.
— Zachowuje się pani inaczej niż zwykle. Coś się dzieje?
— Zgubiłam tu ważne rzeczy.
— Tutaj?
— Miałam je przy sobie jeszcze wczoraj wieczorem.
— A co to było?
— Notatnik związany z moją pracą, a także drobna suma pieniędzy.
— Czy na pewno zgubiła je pani właśnie tutaj?
— Niczego nie jestem pewna.
— Amm Abduh zamiata cały pokój, a rano śmieciarz zabiera odpadki.
— Jeżeli te rzeczy zostały mi skradzione — zastanawiała się, siadając na fotelu — to dlaczego złodziej nie wziął całej torebki? Dlaczego zabrał notatnik, a zostawił portmonetkę?
— Może ją pani upuściła?
— Wszystko możliwe.
— To niepowetowana strata, prawda?
Nim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć, barka drgnęła i dały się słyszeć odgłosy rozmowy. Nie zwlekając, poprosiła go, żeby zapomniał o sprawie i w żaden sposób do niej nie powracał, po czym przeniosła się z fotela na swoją poduszkę. Goście pojawiali się kolejno i wkrótce towarzystwo było w komplecie. Anis z zapałem zabrał się do przygotowywania nargili. Był nienormalnie trzeźwy, a w głębi jego duszy skore do psot diabliki czekały tylko, aby wejść do akcji. Rzucił jeszcze Sammarze ukradkowe, szelmowskie spojrzenie i wtedy Mustafa Raszid powiedział do niej:
— No proszę. Teraz już wiemy, że przychodzisz wcześniej, żeby przebywać z Anisem sam na sam.
— Przecież widzisz, że to mój książę z bajki.
— Stuknęła mu już czterdziestka, a my jeszcze jesteśmy młodzi — zauważył Ahmed Nasr.
Amm Abduh nieproszony ukazał się koło parawanu.
— W Embabie zatonęła taka barka jak nasza — poinformował.
Wszystkie głowy obróciły się ku niemu z niejakim zainteresowaniem, a Ahmed Nasr spytał:
— Czy ktoś się utopił?
— Nie, ale utonął cały dobytek...
— Cierpimy na brak treści, a nie na brak ludzi — skonstatował Chalid Azuz.
— ...potem przyjechała policja rzeczna...
— Powinna też przyjechać policja obyczajowa.
— Dlaczego barka tonie? — zainteresowała się Lejla.
— Przez niedbalstwo dozorcy — orzekł starzec.
— Albo przez boski gniew, który spada na jej mieszkańców — uznał Chalid Azuz.
Przyjąwszy te słowa do wiadomości, znowu zajęli się paleniem nargili. Po odejściu Amm Abduha odezwał się Ali Essajid:
— Pewnej nocy śniło mi się, że byłem tak wysoki i barczysty jak on.
— Bo w ten sposób starałeś się uciec od rojeń i nałogu — wyjaśnił mu Anis, przerywając swoje zwyczajowe milczenie. Jego komentarz przyjęto ze śmiechem.
— Przed czym to uciekasz, łaskawco? — spytał Ali.
— Przed pustką!
Gdy ucichnął śmiech, Anis kontynuował:
— Wszyscy jesteście łobuzami na miarę tej epoki! Szukacie schronienia w haszyszu i w fałszywych rojeniach...
Starał się nie patrzeć w kierunku Sammary, a rozbawione diabły chichotały w jego duszy. Spojrzenia obecnych zwróciły się ku niemu i posypały się komentarze:
— Nareszcie przemówił! A więc jesteśmy świadkami narodzin filozofa!
— A co powiesz o mnie? — spytał Mustafa.
— Uciekasz przed nałogiem i absolutem. Prześladuje cię świadomość własnej miernoty...
Wśród zgiełku rozpoznał śmiech Sammary, ale nie spojrzał w jej stronę. Wyobraził sobie jej skrywane wzburzenie, wyraz twarzy i to, co teraz przeżywała.
— Wszyscy jesteśmy łobuzami — kontynuował. — Nie mamy pojęcia o moralności. Prześladuje nas okropny demon o nazwie „odpowiedzialność”.
— Warto, aby dzisiejszy wieczór został uwieczniony w historii naszej barki - powiedział Ragab.
— Idę o zakład, że trawkę, którą dzisiaj palimy, przemycono z Moskwy.
— Anis, ty filozofie, a co powiesz o mnie i o Lejli? — zaciekawił się Chalid.
— Jesteś zdegenerowanym anarchistą, ponieważ brak ci przekonań, a może brak ci przekonań właśnie dlatego, że jesteś zdegenerowany. A Lejla to tylko pseudoemancypantka i zdegenerowana narkomanka, a nie jakaś męczennica, jak to sobie sama wmawia.
— Zamknij się! - krzyknęła Lejla.
— A ty, ćpunko jedna — wskazał na Saniję Kamil — uprawiasz poliandrie.
— Wariat!
— Nie, jestem tylko półwariatem, bo jestem też w połowie martwy.
— Jak śmiesz pozwalać sobie na taką bezczelność?
— Sanijo, naprawdę gniewasz się na Anisa? — spytał łagodnie Ali Essajid. — Przecież to nasz dobroczyńca.
— Nie będę tolerowała obrażania mnie w obecności obcych.
Zanosiło się na to, że skończą się żarty i nastanie cisza, ale Ragab powiedział z przekonaniem:
— Wśród nas nie ma obcych; Sammara jest jednocześnie z nami i przeciwko nam.
— Istotnie, jest z nami, ale przeciwko tobie. Tylko tobie — sprostowała Lejla.
— O nie! — zaprzeczył Anis. — Wcale jej nie obchodzi mężczyzna, który w nałogu i seksie szuka ucieczki przed pustką.
— Całkiem przyjemny wieczór, proszę państwa! - zawołał wesoło Ragab.
— Kto by uwierzył, że to ten Anis-milczek.
— Może on przeżuwa jakąś księgę o upadku cywilizacji.
Tkwi we mnie jeszcze bomba, którą zachowuję dla naczelnego dyrektora. Śmiech, wybuchający w moim wnętrzu, musi ustać, żebym mógł widzieć inne rzeczy. Chyba nie pękły łańcuchy cumujące naszą barkę do brzegu! Księżyc w pełni już rzuca się do ataku na kruche drzwi naszego balkonu. Komary pojęły w końcu sekret ich zgubnej fascynacji światłem lampy.
Ragab powiedział do Sammary:
— Nie wyglądasz najlepiej.
Udawała, że nie patrzy na Saniję, ale jej chłodne słowa były skierowane do niej:
— Obcy mogą się tutaj czuć nieswojo.
— O, nie! Sanija jest kobietą uczuciową i mimo miłostek nie przestaje być troskliwą matką.
— Dziękuję ci — rzekła Sanija. — Ty mnie najlepiej wytłumaczysz przed Sammarą.
— Nie przesadzajcie z umacnianiem pokoju, bo się zanudzimy - poprosił Chalid Azuz.
Słychać było bulgotanie wody w nargilach, połyskującej w świetle księżyca. Anis czuł, jak krew tętni mu w żyłach, i wiedział, że nie zazna snu w tę niespokojną noc, że będzie musiał czuwać jak człowiek zakochany bez wzajemności. Powtarzał w myśli wiersze obłąkanych poetów. Cienie obecnych zniknęły i pozostał sam na sam z rozświetloną nocą. Zobaczył jeźdźca na koniu galopującego tuż nad powierzchnią wody. Zapytał go, kim jest.
Jeździec odpowiedział, że nazywa się Omar al-Chajjam i niedawno zdołał uciec przed śmiercią...
Oprzytomniał poruszony widokiem własnej nogi wyciągniętej tuż obok tacy: długa, gęsto owłosiona łydka, wystające kości i skóra jakby wyblakła w niebieskim świetle; duże palce z długimi, zakrzywionymi rzadko obcinanymi paznokciami. Rozpoznał ją z trudem i ogarnęło go zdumienie, że część jego ciała może wyglądać tak obco. Potem usłyszał pytanie Mustafy Raszida:
— Czy naprawdę jesteśmy tacy, jak określił nas łaskawca Anis?
— Nie chodzi tu o żadną ucieczkę ani coś w tym rodzaju, po prostu rozumiemy naszą rzeczywistość, jak nam wygodnie — powiedział Chalid Azuz.
— Nasza barka jest ostatnim schronieniem dla ludzkiej mądrości - orzekł Ali Essajid.
— Czy oddawanie się marzeniom oznacza ucieczkę od rzeczywistości?
— Dzisiejsze marzenia staną się jutro rzeczywistością.
— Czy dążenie do absolutu to też ucieczka?
— Uff, cóż mamy poza tym do roboty?!
— Czy seks to ucieczka?
— Ależ skąd, to przecież samo tworzenie!
— Czy nargile to ucieczka?
— Ucieczka przed policją — jeśli sobie tego życzysz.
— Czy są one ucieczką od życia?
— Są samym życiem!
— Więc czemu Anis nas zwymyślał?
— Bo już dziesięć lat nie błaznował i chciał odpędzić zły urok.
- Całkiem miły wieczór, proszę państwa! — zawołał Ragqb al-Qadi.
Ahmed Nasr upomniał ich, aby zachowywali się nieco ciszej, jeśli nie chcą zmarnować przyjemności tego spotkania. Nargile zataczały swoje końcowe, coraz węższe kręgi. Księżyc wzniósł się i zniknął z pola widzenia. Smutne spojrzenie Sammary było dowodem jej porażki, ale tylko Anis potrafił to wyczytać z oczu dziewczyny. Twarze pozostałych były blade i senne, i wbrew nim samym — poważne. Z zaciekawieniem przyglądając się Sammarze, Mustafa zapytał, co myśli o niedawnej wymianie poglądów.
- Koniec nocy nie został stworzony do dyskusji - podsumował Ragab.
Wszyscy odeszli.

Rozmowy nad Nilem

Autor: Nadżib Mahfuz
Wydawnictwo: Świat Książki
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 8/2008
Liczba stron: 176
Format: 125 x 200 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324706303
Cena z okładki: 24,90 zł


blog comments powered by Disqus