Lem, Dick, Stephenson - recenzja książki "Peanatema"

Autor: Dagmara Trembicka-Brzozowska
Korekta: Bool
1 czerwca 2011

Wielu było świetnych autorów klasycznego science-fiction. Klasycznego, czyli poruszającego tematy istotne społecznie, naukowo, filozoficznie lub etycznie w sposób analityczny, a jednocześnie atrakcyjny. Mistrzem wśród najlepszych twórców SF, niekwestionowanym na całym świecie, był Lem. Jego powieści, oszczędne w formie, ale niesamowicie bogate w treść, oczarowywały.

Ale Lem był. Podobnie byli Dick, Herbert, Simmons, Asimov. Czas przeszły jest tu jak najbardziej właściwy: autorzy albo nie żyją, albo wypalili się twórczo. Od początku lat 90. na świecie w sekcji prawdziwego science-fiction panuje niesamowity zastój. Pięć, sześć dobrych powieści rocznie – to szczyt możliwości. Klasyczna fantastyka naukowa nie jest już modna... Za trudna w pisaniu, w odbiorze? Może. Jednak w zeszłym roku pojawiła się na naszym rynku powieść nie tyle nawet dobra, co po prostu wyśmienita: „Peanatema”.

Oto Abra – planeta, której początkowo nie można odróżnić od Ziemi. Jej mieszkańcy są zapracowanymi, zwyczajnymi ludźmi, żyjącymi w wielkich miastach, głodnymi rozrywki. W jednym z miast znajduje się koncent – zamknięty klasztor – o prostej strukturze opartej na systemie dziesiętnym. Poznajemy naszego bohatera, fraa Erasmasa. Odkąd pamięta, żyje w monastyrze. Z niecierpliwością, ale też strachem czeka na otwarcie bram jego zakonu. To czas, w którym członkowie jego klauzuli po raz pierwszy od dziesięciu lat – wyjątkowo wspólnie z członkami klauzul rocznych, stuletnich czy tysiącletnich – mogą wyjść z klasztoru i spędzić kilka dni w świecie zewnętrznym, z rodzinami. Erasmas ma zadecydować o swojej przyszłości: może opuścić zgromadzenie albo wybrać nową klauzulę (stuletnią lub tysiącletnią). W tym samym czasie jego mentor Orolo zostaje obłożony peanatemą – najgorszą możliwą klątwą, oznaczającą wykluczenie z klasztoru. Dodatkowo pojawia się pewna tajemnica, której rozwikłanie może uratować Abrę przed... inwazją.

Tak rozpoczyna się przebogata powieść Stephensona. To ledwie zarys akcji, której rozwój powinien zadowolić nawet najbardziej wybrednego czytelnika – czy to wielbiciela Asimova, czy Umberto Eco. Bo „Peanatema” to zlepek świetnie dobranych motywów i klimatów ze znanych dzieł literatury i kultury. Począwszy od „Imienia róży”, poprzez „Hyperiona”, aż po „Diunę” – uważny odbiorca znajdzie tam wszystko.

Trzeba tu zaznaczyć, że akcja, jakkolwiek wciągająca, toczy się powoli, w tempie wzywających do ceremonii dzwonów koncentu. Początkowo zdawać by się mogło, że poruszamy się w świecie średniowiecznych monastyrów. Bohaterowie rzadko kiedy wyglądają poza bezpieczne mury, zajmując się najczęściej swoimi uprawami, ulami i nauką. O religii nie padnie wiele słów, ponieważ Saunt Edhara, podobnie jak inne klasztory rozsiane po Abrze, jest miejscem kultu nauki. Zakonnicy są mistrzami słowa i mądrości, operują wiedzą przechowywaną przez wieki i niejednokrotnie ratowaną przed zniszczeniem za cenę ich życia.

Skoro już o słowach mowa, powieść usiana jest neologizmami, do których mamy obszerne słowniczki, a na początku każdego rozdziału autor wyróżnia specjalnym wstępem ten kluczowy dla danej części opowieści wyraz. Sama warstwa językowa „Peanatemy” jest bardzo dopracowana, wymaga od czytelnika dużego skupienia i pewnego intelektualnego wysiłku – wiele z użytych przez Stephensona nowych słów to nieco podrasowane kalki z języka angielskiego. Jednocześnie specyficzny język oraz sposób prowadzenia narracji – spokojny, jakby bohaterowie zawieszeni byli w bezczasie wiecznego lata – sprawiają, że czytając, sami tracimy poczucie rzeczywistości, a czas zdaje się płynąć wolniej. Przy tym nie należy mylić tego z poetyckością opisu – częstokroć ma się wrażenie, że autor pisał, mając pod ręką podręcznik do geometrii lub arytmetyki. Ostatecznie, jak już wspomniano wyżej, na Abrze czci się naukę, a nie bogów.

Do tego dochodzi genialny w swej prostocie sposób wykorzystania podstawowych składników fabuły powieści SF. Sam szkielet „Peanatemy” jest bowiem niesamowicie prosty: naiwny, młody bohater, niesamowite odkrycie, wielkie niebezpieczeństwo, misja ratowania planety. Stephenson potrafił jednak ubrać ten szkielet w powłokę niesamowitego uniwersum i drobiazgowo dopracowanych charakterologicznie bohaterów. To „mięsko” sprawia, że jego powieść jest jak najlepszy stek z dobrej restauracji – soczysta, smaczna i pozostawiająca przyjemne uczucie nasycenia.

Nie należy zapominać o dwóch innych, równie istotnych aspektach tej książki. Pierwszy to fakt, że do szczegółowo opracowanego świata przedstawionego autor dołączył problematykę jak najbardziej bliską nam, zwykłym zjadaczom chleba. Każda z najlepszych powieści science-fiction zahacza przynajmniej o etykę nauki, socjologiczne problemy dręczące ludzkość, poszukiwanie idealnego ustroju państwa, religijność czy granice moralności, do których może zbliżyć się uczony. W „Peanatemie” te zagadnienia są punktem wyjścia do dalszych, przemycanych często ukradkiem, ale bardzo dokładnie przemyślanych rozważań i dialogów. Miejscami można odnieść wrażenie, że jest to traktat filozoficzny.

Drugą sprawą jest sama oprawa graficzna książki. Tutaj wydawnictwo Mag jak najbardziej stanęło na wysokości zadania. Piękna, klimatyczna okładka doskonale oddaje klimat powieści i współgra z poruszaną w niej tematyką – tu ukłon w stronę autora, Irka Koniora, który popisał się niesamowitymi umiejętnościami. Do tego „Peanatemę” wydano naprawdę pięknie: gruby, dziewięćsetstronicowy tom w twardej oprawie na dobrej jakości papierze, z obwolutą i tłoczeniami na okładce, to książka, której nawet najbardziej wybredny esteta nie będzie się wstydził postawić na półce.

„Peanatemę” warto nabyć. To świetna powieść dla wyrobionego czytelnika, który lubi ambitne problemy i literaturę zmuszającą do namysłu. Te kilkanaście godzin nieprzerwanego zagłębiania się w stronice będzie jednym z najlepszych doświadczeń czytelniczych, jakie taki wielbiciel literatury może sobie zafundować.

Peanatema

Autor: Neal Stephenson
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Wydawnictwo: Mag
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 10/2009
Tytuł oryginalny: Anathem
Rok wydania oryginału: 2008
Liczba stron: 960
Format: 150x225 mm
Oprawa: twarda
ISBN-13: 978-83-7480-126-3
Wydanie: I
Cena z okładki: 69 zł



blog comments powered by Disqus