Fragment książki "Killing Bono"


Wstęp

W szkole byłem fanem Neila McCormicka. Był o wiele bardziej cool niż ja, do tego komponował fajne piosenki i sądziłem, że byłaby z niego pierwszorzędna gwiazda rocka. Okazało się, że myliłem się co do tego ostatniego. A teraz napisał świetną książkę. Nieco mnie przyhamowała, dała do myślenia... aż mnie przeszedł dreszcz. Pewnie wielu czytelników skrzywi się podczas lektury i z pewnością jednym z nich jestem ja. Możecie sobie wyobrazić, że jest mi trudno polubić książkę taką jak ta – straszliwie drze ze mnie łacha – ale jest niezwykle zabawna i bardzo poruszająca. Rozpoznaję siebie w jego prozie, a to nieczęste.
Nadzwyczajna oraz pociągająca jest jego szczerość i ta powaga unosząca się nad wszystkim, co opisuje i, co więcej, nigdy nie brak mu pasji. Umiejętność pisania o ważnych sprawach w lekki sposób jest prawdziwym darem Neila. W książce znajduje się kilka wątków, ocieramy się o trudne rzeczy, ale odbijają się one od nas jak duże piłki plażowe. I prawdziwie zadziwiające jest, że piosenki, które napisał, zacytowane w książce, dzwonią jak dzwony, a przecież nawet nie można usłyszeć ich melodii. Aspiracje tego pechowego bohatera są fantazją jedynie do chwili, kiedy przeczytacie te teksty. A wtedy zdacie sobie sprawę, że nie czytacie o gościu, który myśli, że byłby niezłą gwiazdą rocka. On naprawdę wierzy w to, co niegdyś powiedział Marlon Brando w filmie Na nabrzeżach... „Mogłem być kimś więcej”.

Bono

Prolog

Zawsze wiedziałem, że zostanę sławny.
Gdy w wieku siedemnastu lat ukończyłem szkołę, z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów zaplanowałem, jak będzie wyglądało moje życie. Założę kapelę rockową, nagram kilka epokowych albumów, będę dawał pełne efektów specjalnych, zrywające czapki z głów koncerty na największych stadionach świata i w efekcie zostanę uznany za najwspanialszą gwiazdę swojej ery. No i, po drodze, zaangażuję się we wszystko, co możliwe: będę kręcił filmy, łamał serca, zakumpluję się ze swoimi idolami... aha, jeszcze coś – będę promował pokój na świecie, nakarmię biednych i przy okazji uratuję planetę.
Pewnie myślisz, że to kolejne nastoletnie rojenia aroganckiego durnia marzącego o wszechmocy. I faktycznie, wielu takich pomyleńców krążyło wtedy wokół mnie, przekonując, że to właśnie im się uda. Ale nie miałem zamiaru rezygnować, zniechęcony przez tych zwyczajnych śmiertelników zazdrosnych o mój talent. Bo wiedziałem gdzieś tam, głęboko wewnątrz, w samym sercu mojego jestestwa, że to nie był kolejny sen bez pokrycia. To było moje przeznaczenie...
A jednak. Z trzydziestoma pięcioma wiosnami na karku, siedziałem w obskurnym, nieogrzewanym, udającym biuro małym lokalu nad księgarenką na Picadilly. Patrzyłem, jak krople deszczu spływają po jedynym, ponurym oknie, zastanawiając się, co poszło nie tak. Chciałem zostać gwiazdą rocka, a skończyłem jako rockowy krytyk. Jakby tego było mało, cierpiałem na złośliwą odmianę pisarskiej blokady ujawniającej się wtedy, gdy wisiało nade mną widmo upływającego terminu na oddanie tekstu, a pierdolony telefon wydzwaniał od rana. Na linii wisiał sztab PR-owców, nagabując mnie o jakieś gówniane zespoliki, których potajemnie nienawidziłem za to, jak przypuszczam, że wszystkie były sławniejsze ode mnie. Odbieranie telefonów dawało mi chociaż wymówkę, żeby odrywać się od pisania mojej rubryki.
– Lepiej, żeby to było coś dobrego – rzuciłem do słuchawki.
– Mówi twoje sumienie – powiedział grobowym głosem mój rozmówca.
Jego wyniszczony akcent rodem z Dublina przesycony był dymem, białymi nocami i dobrymi winami.
– Bono – powiedziałem, rozpoznając, kto dzwoni.
– Możesz próbować, ale i tak się nie ukryjesz – zaśmiał się.
– Biorąc po uwagę to, jak się czuję, nie sądzę, bym dał radę uciec – westchnąłem.
Faktycznie, dzwonił Bono: legenda rocka, międzynarodowa gwiazda, wędrowny ambasador pokoju na świecie i (choć zapewne nie umieszcza tego w swoim CV) mój szkolny kolega ze szkoły średniej Mount Temple.
– Gdzie jesteś? – zapytałem, nasłuchując, jak echo dzielącej nas odległości odbijało się od linii telefonicznej.
– Miami – odparł. – Piaskownica Ameryki. Byłeś tu kiedyś? Nawet gangsterzy wyglądają jak projektanci mody. A może to projektanci wyglądają jak gangsterzy. Czasem trudno stwierdzić...
Był kiedyś taki czas, gdy obaj byliśmy wokalistami w szkolnych kapelach, graliśmy w każdej dublińskiej melinie, przekonani, że wbrew wszystkiemu jesteśmy wybrańcami skazanymi na sukces. Obracaliśmy się w różnych kręgach. Ja pisałem do gazety. On był materiałem na wiadomości. Ale od czasu do czasu, kiedy sobie o mnie przypomniał, Bono dzwonił nagle, bez uprzedzenia, by nakarmić mnie nowymi opowieściami o swoich przygodach w stratosferze gwiazdorstwa.
– Wczoraj wieczorem poszedłem do klubu – zaczął, przestawiając się na tryb gawędziarski; jego głos przeszedł w intymny szept. – Wyglądał jak wyjęty żywcem z Człowieka z blizną, ale, jak już mówiłem, może to jakaś moda. Faceci z wąsami obwieszeni modelkami, wiesz, o co chodzi? Wszyscy kurzyli gigantyczne cygara, mężczyźni i kobiety, wszędzie kłęby bieli. Kółka z dymu unosiły się pod sufitem. Jest coś w pięknej kobiecie z cygarem, mocna kombinacja, co nie?
– Dopóki nie pocałujesz którejś i nie odkryjesz, że smakuje, jakbyś lizał popielniczkę – zabełkotałem.
– Aleś ty romantyczny – odpowiedział Bono. – No więc zaprowadzili mnie do tego pokoiku na tyłach, a tam było pełno małych szufladek, od podłogi do sufitu, całe setki. A każda z nich ma małą plakietkę z nazwiskiem: Schwarzenegger, Stallone... Madonna!Wiesz, ci wszyscy słynni palacze cygar! Czułem się jak w środku humidora przez te zachomikowane, nielegalnie importowane z Kuby cygara, trzymane w idealnej temperaturze i wilgotności, czekające na swoich właścicieli, którzy mogą wpaść w każdej chwili na dymka. Szukałem też nazwiska Prezydenta, byłem pewien, że ma tam swoją szufladkę. Po prostu esencja Miami. Całe miasto jest jak kolorowy katalog amerykańskiego snu. No i wtedy widzę – to ci się spodoba, Neil – pudełko z nazwiskiem Sinatra! Francis Albert! Trzymają miejsce dla niego, zajebiste, co?
Kiedy go słuchałem, wydając z siebie zachęcające do kontynuowania wywodu dźwięki, obserwowałem gołębia taplającego się w kałuży, która zebrała się na zewnętrznym parapecie, zaraz za moją gnijąca ramą okienną. Miami wydawało mi się odległe. Bono brzmiał jak zamroczony, choć szczęśliwy po całej nocy na parkiecie, ale we mnie wzbierało dziwne uczucie, w piersi wirowały mi przeciwstawne emocje.
Fajnie, że Bono do mnie zadzwonił. Czułem się mile połechtany. Lubiłem i podziwiałem tego faceta bardziej niż kogokolwiek i kiedykolwiek. Czemu więc jego głos miał moc, która wbijała mi prosto w serce ostrze niepewności?
– Pomyślałem o tobie, bo zawsze byłeś wielkim fanem Franka – mówił Bono. – W sumie sam w to jeszcze nie wierzę, ale zaśpiewałem z Prezesem w duecie!
I to było to. Coś pękło mi w głowie.
– Stop! – wyplułem. – Wystarczy! To ja powinienem zaśpiewać z Frankiem Sinatrą! Kim on dla ciebie jest? Kolejnym sławnym skalpem! Kocham Franka Sinatrę. Zostaw go w spokoju! Może teraz mi jeszcze powiesz, że poprosili cię, byś zagrał Jamesa Bonda?
Zapadła chwila nieznośnego milczenia, potem Bono się zaśmiał.
– Właściwie to The Edge i ja napisaliśmy do nowego Bonda kawałek dla Tiny Turner.
– A, spierdalaj! – wypaliłem. – Z tobą jest taki problem, że zrobiłeś już to wszystko, co ja sam zawsze chciałem zrobić. Czuję, jakbyś żył moim życiem.
Z drugiej strony znowu odpowiedział mi śmiech.
– Jestem twoim sobowtórem – powiedział Bono. – Jeśli chcesz dostać swoje życie z powrotem, musisz mnie zabić.
A to dopiero myśl...
Kiedy odłożyłem słuchawkę, zacząłem rozmyślać. Czy Bono naprawdę był moim złym bratem bliźniakiem? A może to ja byłem jego?
Ścieżki naszych karier rozeszły się dość wcześnie i oddalały się stopniowo od siebie. Kiedy on został wyniesiony na ołtarze sławy i fortuny, ja pikowałem w głębiny anonimowości. Rock’n’rollowy wyrzutek,
który zostawił po sobie jeden jedyny marginalny wpis w historii popu – jako pierwsza osoba, która odeszła z U2.
O tak. Nie wspominałem o tym, prawda? Ale dojdziemy i do tego. Być może byłem yang dla yin Bono. Mrocznym elementem równoważącym jego sukces i powodzenie, absorbującym jego pecha i utracone szanse, które chyba nigdy nie zastąpiły mu drogi.
Z gęsto zastawionych książkami półek ściągnąłem mocno już podniszczony egzemplarz Oxfordzkiego słownika języka angielskiego w twardej oprawie.
Sobowtór: odbicie żywej osoby; widmo, zjawa.
– A więc to ja – pomyślałem.
Widmowe odbicie wszystkiego, czym kiedykolwiek chciałem być; a to „wszystko” zamykało się w osobie faceta, z którym chodziłem do szkoły. Okrutne, co nie?
– Bono musi umrzeć! – wklepałem na klawiaturze swojego komputera.
Powiększyłem, czcionka rozmiar 72, i wydrukowałem. Wyglądało nieźle. Znałem paru gości, którzy nosiliby to na koszulce.
– Ja, Bono – dopisałem.
Może udałoby mi się sprzedać tę historię do The National Enquirer.
– Bono ukradł moje życie.
Co nie oznacza, że kompletnie nic nie osiągnąłem. Gdzieś tam, głęboko wewnątrz, czułem, że coś znaczę. Ale, w oślepiającym blasku niesamowitej sławy, moje małe, szare sukcesy nie znaczyły nic. Mogły być jedynie przypisami w opowieści o kimś innym.
Pozwólcie mi więc zacząć raz jeszcze, od początku. Wbrew temu, co można wyczytać w innych źródłach, nie próbuję stylizować się na gościa podobnego do Pete’a Besta, nie jestem dla U2 tym, kim on był dla Beatlesów: facetem, który stracił szansę, by kosić kasę. Ale zdaję sobie sprawę, że w oficjalnej biografii zespołu Unforgettable Fire stoi to jak byk, czarno na białym. W czwartym rozdziale autor, Eamon Dunphy, informuje czytelników, że na pierwsze faktyczne spotkanie zespołu, który później przekształci się w U2, Bono „przyszedł z innym uczniem Mount Temple, Neilem McCormickiem, który, jak każdy z obecnych, chciał zostać gitarzystą”. Jednak po zagraniu kilku smutnych interpretacji rockowych standardów, włączając w to „Brown Sugar” i „Satisfaction”, „Neil zdecydował, że spasuje”.
Owa raczej trywialna opowiastka podąża za mną gdziekolwiek pójdę i jest przyczynkiem do dalszych biograficznych zgadywanek. Nadal wzdrygam się, kiedy widzę w druku przy swoim nazwisku dopisek „członek pierwszego składu U2” albo jeszcze gorsze „eks-U2”, jakby chwilą zdolną zdefiniować całe moje życie był moment, gdy jeszcze jako uczniak, wylazłem nadąsany z sali prób. Więc proszę, przeczytajcie te słowa z należytą uwagą: nie było mnie tam, a nawet gdybym był, wszelakie ambicje zostania gitarzystą rodzącego się składu zostałyby z pewnością zduszone w zarodku, ponieważ nie umiałem zagrać nic więcej poza trzema akordami na hiszpańskiej gitarze mojego ojca. I nawet nie byłem pewien, co to były za akordy.
Ale gdy drukują coś wystarczająco często, staje się to prawdą, a przynajmniej zostaje uznane za oficjalną wersję wydarzeń. Myślę, że nawet członkowie U2 w to wierzą. Takie wrażenie odniosłem, kiedy wreszcie poleciałem do Miami jako gość zespołu podczas ich trasy w 2001. Na jednej z imprez, po koncercie, PaulMcGuinness, menedżer zespołu, przedstawiał mnie wszystkim jako dawnego członka U2. Fakt, że wychowanek jego kapeli był teraz krytykiem muzycznym konserwatywnej brytyjskiej gazety The Daily Telegraph, zadziwiał go niezmiernie.
Była tam też nadąsana i przepiękna Andrea Corr, która jakimś cudem wyglądała jeszcze goręcej niż zwykle, trzymając w jednej ręce Guinessa, a w drugiej papierosa.
– Naprawdę odszedłeś z U2? – zapytała, a w jej głosie słychać było podziw.
– Powiedziałem Bono, że zespół jest zbyt mały dla nas dwóch – odparłem. – Jeśli zostałbym z nimi, wtedy dopiero mogliby osiągnąć prawdziwy sukces.
(No co? A co miałem powiedzieć najpiękniejszej kobiecie w Irlandii? Że ta historyjka to błąd drukarski?)
– Co czujesz, widząc ich na scenie? – dopytywała. – Myślisz czasem, że mógłbyś tam być razem z nimi?
Wbiła szpilę głęboko.
Rozejrzałem się po pokoju zatłoczonym znajomymi twarzami. W kącie siedział Lenny Kravitz wyglądający jak nadczłowiek rocka w tym swoim sztucznym futrze, zupełnie niepasującym do panującego klimatu. Nie sposób było dostrzec wyrazu jego twarzy, ukrytej nieustannie za niemożliwymi do przejrzenia okularami przeciwsłonecznymi z lustrzanymi szkłami. Przy nim cichutko przycupnął ktoś, kto wyglądał jak facet z ekipy odpowiadający za telefony komórkowe. Lenny wyciągał rękę i nagle w cudowny sposób pojawiał się w niej błyszczący, metaliczny aparat. Kiedy kończył rozmowę, ponownie wyciągał rękę, a telefon znikał w kieszeni pomagiera.
Elvis Costello, byt z drugiego końca rockowego uniwersum, zażywny okularnik ubrany, jakby wrócił z przeszpiegów w pobliskim lumpeksie, wytarł sobie spoconą twarz i pogrążył się w muzycznej dyskusji z łysym producentem, Brianem Eno.
Byli obecni starzy przyjaciele zespołu, tacy jak wybitnie utalentowany wokalista, autor piosenek i chodzące dzieło sztuki, Gavin Friday (którego ramię przykleiło się do jednej z pięknych sióstr Corr) i zawsze opanowana rzeczniczka prasowa, Regine Moylett. Był też Lord Henry Mountcharles1, irlandzki arystokrata w czerwonym blezerze, który, nieźle już wstawiony, wszczął dyskusję z niepokojąco wyzywającym dekoltem jednej z tutejszych plażowiczek. Malutka, ale perfekcyjnie ukształtowana supermodelka, Helena Christensen, wciśnięta w zwiewną letnią sukienkę, przemknęła obok mnie. Christy Turlington prezentowała się równie olśniewająco, prężąc się w drugim końcu pokoju.
Byli też członkowie ekipy technicznej U2, menedżerowie, znajome twarze z Dublina – choć wiele z nich było czerwonych i napuchniętych po tych kilku dniach wystawiania się na słońce Miami. Były żony, partnerki, dzieci. Była też zbieranina opalonych i nienagannie wystrojonych lokalnych osobistości, które jakimś cudem zdobyły plakietki pozwalające na wejście za kulisy.
Na piętrze, w ogromnej sali balowej, impreza rozkręciła się już na dobre. Przygrywał, kręcąc płytami, sam DJ Paul Oakenfeld. Skąpo odziane kelnerki roznosiły darmowe drinki setkom regularnych bywalców, zwyczajnym VIP-om jakich wielu. Ale to właśnie w tym miejscu gromadzili się wszyscy wtajemniczeni, skłębieni gdzieś w ciasnym korytarzu za sceną, wygrzewając się w ciepłym blasku U2.
Bono, The Edge, Adam Clayton i Larry Mullen – czterech członków U2 – krążyli po sali. Spoceni i wyczerpani po dwugodzinnym, wymagającym występie, łaskawie przyjmowali pełne uznania pochwały od tego tłumu składającego się ze sław, rodziny, przyjaciół, kolegów, pasożytów i pochlebców.
Patrzyłem na to wszystko, zastanawiając się, gdzie ja sam pasuję. To było życie, o którym marzyłem całymi latami, ale byłem tutaj tylko dlatego, że przypadkiem kogoś znałem. Zobaczyłem, że Bono na mnie zerka. Jak zwykle był w centrum uwagi: zarówno gwiazdy rocka jak i supermodelki chłonęły każde jego słowo. Mrugnął do mnie i uśmiechnął się.
Pamiętam rozmowę, którą przeprowadziliśmy pewnej nocy, wiele, wiele lat temu. Mówiliśmy o pierwszym występie U2, na który składały się same covery, a za scenę służyły ustawione w Mount Temple szkolne stoliki pozlepiane taśmą klejącą.
– Ten koncert zmienił moje życie – przyznałem.
– Moje również! – odpowiedział podekscytowany.
Różnica polegała na tym, że jego życie zmieniło się na lepsze.
______
[1] Właściciel zamku Slane, w którym U2 nagrało Unforgettable Fire oraz DVD Go Home – przyp. red.
 

Killing Bono

Autor: Neil McCormick
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawnictwo: Replika
Miejsce wydania: Zakrzewo
Wydanie polskie: 6/2011
Liczba stron: 380 + wklejka 10 str.
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788376741093
Wydanie: I
Cena z okładki: 35,90 zł


blog comments powered by Disqus