"Z"


    12:00:00
    12:00:00
    - -:- -:- -
    11:59:59

*

09:34:18
Od wewnątrz wcale nie wyglądało to najgorzej. Po prostu kilka baraków odgrodzonych od reszty miasteczka wysokim na dwa metry parkanem, którego szczyt dodatkowo wzmocniono kolczastym drutem. Poniżej – wydeptane w przyduszonej upałami trawie pyliste ścieżki. W powietrzu, zapach trwoniących czas zrezygnowanych ludzi. Istny biwak. Może jedynie sam parkan był odrobinę osobliwy. Za wysoki i, przy bliższych oględzinach, za skrupulatnie zbrojony. I drut, go wieńczący – jakby odrobinę zbyt najeżony. Ale poza tym: wszystko w granicach normy.
Jak na Obóz przystało, pomyślał Torch. Jakikolwiek obóz, choćby i dla uchodźców.
    Stojąc w pełnym słońcu przeciągnął się, wzdychając z przyjemnością, gdy zastałe mięśnie odbiły się od kości niczym jędrne struny. Ziewnął. Zerknął: w lewo, w prawo. Kilka osób spacerowało tam i z powrotem po kwadratowym placu. Nieważni, nieciekawi. Potem coś jednak przykuło jego uwagę. Dostrzegł jak sędziwy chudy starzec, łysy, lecz z brudną potarganą brodą, klęka ciężko nieopodal umocnień i, kiwając się w przód i w tył, zaczyna mamrotać jakieś niestworzone modły. Skrzywił się na ten widok, sięgnął do kieszeni płaszcza i wyłuskał z samego jej dna dwa zlepione ze sobą cukierki anyżowe.
Ponad nim śpiewał skowronek, gdzieś chyba kwitła lawenda.
Pomyślał o Francji. Pomyślał, że nie powinien jej był opuszczać. Pomyślał, że myślał już o tym tyle razy, że stanowczo powinien przestać o tym myśleć. Poczuł twardy ucisk w żołądku. Zważył w dłoni czarne cukierki. Jeden wsunął do ust, drugi schował do kieszeni na piersi koszuli. Nie czuł głodu. Dziwne, ale nie czuł go. Zdecydował, że to wciąż efekty uboczne znieczulenia, któremu został poddany tuż po zakwaterowaniu. Wspominając lazaret, potarł bolesną jeszcze bliznę po usuniętym przez lekarzy węźle chłonnym. Przy tym ruchu osobliwe brzęczenie w lewym uchu, które naprzykrzało mu się od rana nareszcie umilkło. Mamrotanie starca za to przybrało na sile. Zniesmaczony, Torch odwrócił wzrok byle tylko nie przyglądać się pomarszczonemu maniakowi.
    Tysiąc pięćset kilometrów z Arles do Lizbony, aby dać się pociąć i zostać zamkniętym na skraju kontynentu, pośrodku wielkiego miejskiego parku, pomyślał. W doborowym towarzystwie. Dla zachowania bezpieczeństwa.
Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo to wciąż pamięta jak na wymarłej ulicy otoczył go kordon sił specjalnych, jak wzięto go na cel i jak spokojnie przemawiał do niego komendant obozu. Jakie miał nieskończenie czułe, czarne spojrzenie zawodowego kata. W jego angielskim niczym diesel na niskich obrotach kołatał wystudiowany nordycki akcent.
    „Niech pan będzie rozsądny. Niech pan jedzie z nami. Nie ma powodów do kontynuowania walki.”
La Raison c'est la folie du plus fort.
A starzec zawodzi coraz głośniej.
La Raison du moins fort c'est de la folie.
Kto to powiedział?, pomyślał Torch, w tej samej chwili czując że teraz także i jego ktoś obserwuje. Spojrzał spode łba ponad głowami ludzi na spacerniaku. Wysoki mężczyzna w uniformie strażnika przechylał się przez barierkę wieży, mierzył go wzrokiem.
Torch pomyślał, ze wcale mu się to nie podoba. Zagryzł anyż, markując zainteresowanie dotknął przelotnie palcami lewej ręki noszonej na ramieniu opaski internowanego, odwrócił się na pięcie i jak gdyby nigdy nic pomaszerował w swoją stronę.
Tak. Od wewnątrz wcale nie wyglądało to najgorzej. Nawet ta inwigilacja.
Najgorzej przyzwyczaić się do myśli, że teraz będzie już  w y ł ą c z n i e to wewnątrz.

*

08:24:10
- Jak masz właściwie na imię?
W gwarze obozowej stołówki nie dosłyszał pytania.
- Uhm?
- Imię.
- Ach. Luc.
- Jesteś francuzem?
- Tak.
- Wszyscy wołają na ciebie Torch.
Nakładając sobie porcję fasoli, spojrzał niechętnie na indagujące go dziecko. Nie znał go. Jej. Nie znał tej dziewczynki. Spędził w obozie już dwa tygodnie, lecz ją widział po raz pierwszy. Widocznie przybyła jakimś niedawnym transportem. Powinien ją znać?
Z drugiej strony – ostatnio przewijało się tu tyle nieznanych ludzi.
- To takie przezwisko. – odparł chłodno z wyraźnym zamiarem zakończenia rozmowy.
- Skąd się wzięło?
Zamiast odpowiedzi pchnął miskę z jedzeniem w jej stronę, tak silnie, że musiała przytrzymać ją aby nie spadła ze stołu.
Nastoletnia dziewczynka zastygła z łyżką w pół drogi do rozdziawionej zaskoczeniem buzi. Siedząca tuż obok kobieta zgromiła Torcha wzrokiem.
- Ona chciała być tylko miła. Mógłby pan jej odpłacić tym samym.
Torch nabił na widelec pęk fasolki i bardzo długo mu się przyglądał. Dziwne. Właściwie to nie miał problemu z głodem. Po prostu całkowicie stracił apetyt. Właściwie, jeżeli się nad tym zastanowić, od kilku dni  n i e  b y w a ł  już głodny.
Kobieta tymczasem nie spuszczała z niego wzroku. Po minucie przełykania śliny i gorączkowych prób sprowokowania łaknienia Torch odłożył sztućce i odsunął z niesmakiem parującą porcję. Wytarł ręce. Przeczesał włosy.
- Proszę bardzo. – uśmiechnął się nie starając się ukryć, że robi to sztucznie. – Popatrz na mnie kochanie. Kiedyś byłem lekarzem. Wziętym lekarzem. Prowadziłem duży oddział. Jednak wszystko wzięło w łeb. Pewnego dnia, gdy Wektor dotarł do mojego miasta, wyręczyłem wojsko, podałem moim pacjentom środki uspokajające i zapobiegawczo żywcem spaliłem.
Broda dziewczynki zadrgała przepowiadając płacz. Torch dostrzegł ten przelotny skurcz, mimo to kontynuował:
- Kobiety i mężczyzn starców i dzieci. Dzieci takie jak ty, kobiety takie jak twoja mama. Mężczyzn podobnych do mnie.
Kobieta objęła dziecko. Teatralnie zakryła usta.
    - Paliło się do późna w nocy. Tak jasno, że nadleciały stada cykad. Jestem z Francji, z Arles. A Arles słynie z cykad. Od owadziego cykania, od zapachu zwęglonych ciał, gorszy był chyba tylko odgłos ich pękających w żarze odwłoków. Puf! Puf-puf-puf, dziecinko. Wieloskrzydły popcorn…
- Niech pan przestanie.
Torch nie miał zamiaru posłuchać. Prychnął z dezaprobatą.

- Przestać? Zaraz, zaraz, tylko coś wyjaśnię. - uniósł się na rękach. – Wiesz jak się to nazywa?!  Dopuściłem się ludobójstwa! W szczytnym celu, ale co to za cel! A wszystko po to…Żeby dano mi przydomek jak, jak… jakiemuś zbrodniarzowi! Wszystko, żebyś go powtarzała smarkulo, żeby teraz, ty i twoja nadwrażliwa mamusia – prostując się podnosił teraz także i głos. – Mogły mi zarzucać uchybienia w  savoir-vivrze!
Na stołówce zapanowała cisza jak makiem zasiał.  
Potem od strony wejścia zaskrzypiały ciężkie podeszwy.
Torch obrócił się błyskawicznie w tamtym kierunku w ramach ostrzeżenia wystawiając palec wskazujący.
- Spierdalaj! – wrzasnął w kierunku zbliżającego się ku niemu szybkim krokiem strażnika.
- Właśnie wychodzę! Jestem tu internowanym z kodem Z! Znasz chyba regulamin.
Strażnik zatrzymał się w pół kroku.
- Właśnie. – Torch ostrożnie oblizał spierzchnięte wargi. - Wiesz z kim masz do czynienia. Z drogi!
Przestępując przystołową ławę warknął na odchodne:
- Do widzenia paniom. Cała nieprzyjemność po mojej stronie.

*

05:58:34
 - O lokalizacji Obozu w Parku Monsanto zadecydowano z dwóch powodów. Po pierwsze w odróżnieniu od innych europejskich parków otacza go tasiemka autostrady, a nie ścisła zabudowa co znacznie ułatwia patrolowanie granic. Po drugie, jest porządnie zalesiony. Większość drzew ścięto na samym wstępie, zakładając, że przydadzą się jako awaryjne źródło zasilania i ciepła, gdyby konwoje z dostawami miały jakieś kłopoty. Całej operacji nadano kryptonim: Źródło…Ekhem. Czy mam dalej…
Komendant niecierpliwie zamachał ręką i żołnierz przerwał rzeczowy monolog.
- Wiem, wiem poruczniku. – westchnął Komendant. – Ja to wszystko wiem. A pan nie musi mi udowadniać, że nadaje się do pełnionej służby. Referencje mówią same za siebie. Spocznij.
Żołnierz zamrugał i powoli, jakby z ociąganiem zrezygnował z postawy zasadniczej.
- Myślałem… - zaczął po niezręcznej pauzie.
- Poruczniku, proszę, nie, proszę, niech pan usiądzie. – Komendant wskazał na fotel przed swoim biurkiem. - Niech pan nie myśli. Niemyślenie, wkrótce pan tego doświadczy, to najwyższa cnota i komfort.
Żołnierz ostrożnie spełnił polecenie. Niezdecydowanie w jego oczach wyraźnie przeczyło formalnej uległości.
- Wygodnie?
- Nie narzekam.
- To dobrze. To bardzo dobrze o panu świadczy. Wrodzony hart ducha, tego nam trzeba. A teraz, do rzeczy. Co zatem pana do mnie sprowadza?
Porucznik zamrugał po raz drugi.
- Tak po prostu? – zawahał się.
- Tak po prostu. Bo ta wizyta ma jakiś cel, prawda? Chyba, że wpadł pan, żeby zaimponować mi wyłącznie szkoleniowym pruskim drygiem.
- Taka bezpośredniość. – zająknął się mężczyzna. – Biorąc pod uwagę regulamin, to dosyć nietypowe…
- Niech pan nie mówi mi co jest typowe w naszej sytuacji, niech pan powie, do cholery, o co chodzi!
Żołnierz dyskretnie poprawił się na fotelu.
- Podczas pełnienia warty dostrzegłem pewnego mężczyznę. Wysoki, w płaszczu. Trzymający się na uboczu, nerwowy typ. Miał na ramieniu przepaskę z pojedynczą literą.
Komendant odkaszlnął, wstał, wsunął ręce w kieszenie. Podszedł do okna.
- Proszę kontynuować. – rzucił przez ramię.
- Podejrzewam, że to on jest Źródłem.
Cisza gabinetu pogłębiła się.
- Tak pan podejrzewa?
Porucznik uniósł się odrobinę, po czym na powrót usiadł. Skrzypnął skaj.
- To on. Mam rację, nieprawda?
- A gdyby nawet tak to co?
Żołnierz potarł czoło w zamyśleniu.
- Czy on już… To znaczy, czy…
- Tak. Ma go w sobie. W zdalnie sterowanym dozowniku.
Stuknęły obcasy.
- Panie poruczniku proszę o przydział do naziemnej obsługi obozu. Chcę być jak najbliżej, tego, to znaczy, kiedy… kiedy wszystko się zacznie.
Komendant nie odpowiedział od razu, tylko spuścił głowę na pierś. Na granicy drewnianego parapetu i linii kitu okiennicy martwa pszczoła wyciągała ku niemu wyschnięte odnóża w jakimś potwornym, atawistycznym geście chitynowej rozpaczy.
- Zostało sześć godzin do rozpoczęcia operacji. To może być ostatnia operacja wojskowa w tej części świata. Nie lepiej żeby pan ten dzień dobrze wykorzystał?
- Proszę!
Szerokim kciukiem Komendant zgniótł pasiasty pancerz.
- Czasami zastanawiam się do czego potrzebna nam ta barbarzyńska symulacja, skoro tak czy siak nasz gatunek czuje tak silny pociąg do śmierci?
- Przepraszam. – żachnął się porucznik. –Ale nie dosłyszałem.
Komendant otrzepał dłonie i z powrotem zasiadł za biurkiem
- Nie szkodzi. To zły nawyk, takie rozmowy z samym sobą.
Po krótkim namyśle sięgnął do ryzy podaniowego papieru i na pojedynczej kartce skreślił parę słów. Oszczędnym gestem przesunął ją na skraj blatu.
- Zgłosicie się do sektoru 3. Kobiety i dzieci. Skoro uważasz się za twardziela zobaczymy jak sobie poradzisz, z ewentualnym otwarciem ognia do najsłabszych.
Strażnik nie podziękował. Bez słowa sięgnął po papierowy rozkaz. Wyszedł z gabinetu. Jego kroki wystukiwały równy, niezmienny rytm. Pewny. Jak niepowstrzymany upływ czasu.

*

04:45:24
Rzeczywiście, niepokojąca, pomyślał Torch znów wystawiając twarz do słońca. Ta konstrukcja, ten parkan. Wieniec drutu pochylony jest w naszym kierunku, tak jakby nie chroniono nas przed szalejącym na zewnątrz Wektorem, przed zarażonymi nim, lecz, przeciwnie, zrobiono wszystko abyśmy się stąd nie wydostali. Oparł się plecami o jeden z pali, podciągnął kolano i zadarł głowę, do tyłu, tak mocno, że aż zaskrzypiało mu w karku, a drewniany słup stał się środkiem wszystkiego, przeciął niebieskie niebo na dwie równe połowy. Ale, kontynuował myśl, skoro świat zwariował, skoro życie oznacza śmierć, a śmierć – życie, może i my powinniśmy przyłączyć się do tego balu lunatyków?
     Od rana brzęczenie w uchu nasiliło się o kolejny poziom tak, że od czasu do czasu musiał szeroko rozdziawiać usta, aby się go pozbyć. Chociaż momentami odnosił wrażenie, że dźwięk dochodzi nie z głowy, lecz z wnętrza ciała. Spod… blizny?
- Chłopcze, chłopcze. – zaskrzeczał ktoś z boku wyrywając go z zadumy.
Torch odwrócił się i spojrzał wprost dwoje szalonych, zapadniętych oczu. Klęczący kudłaty starzec, którego zauważył o poranku pomimo późnej godziny, nadal w najlepsze tkwił kolanami w pyle.
- Chłopcze, podejdź, pomóż mi wstać. Na dzisiaj już skończyłem.
Torch splunął w piach. Rozprostował i zmienił nogę, na której się wspierał. Nie miał zamiaru już nigdy nieść pomocy nikomu, nie miał zamiaru mieć celu, w ogóle się poruszać.
- Co skończyłeś dziadku? – spytał bez zainteresowania.
Starzec przechylił wąską ptasią głowę.
- Rozmawiać. Z nimi..
- Z kim?
- Z rodziną, ze znajomymi. Z tymi co zostali na zewnątrz. Z tymi co na nas czekają. Co nas żałują.
Torch poczuł nieprzyjemny skurcz przepony.
- Żałują?
- O tak, chłopcze. Bo widzisz, to co ich spotkało, to był przypadek, fatum, zły los. Nieszczęśni nie zawinili nic. Nas zaś potraktuje się programowo. Bo to co nam się przytrafi, ech, excellencium, Deo, Dei, żywa śmierć, homo homini, experimentum diaboli… Króliki doświadczalne, ot co!
Gwałtownie wyciągnął szponiastą dłoń.
- Przepowiedziano mi: kryje się między nami i czarna owca, co wyda nas na żer!
Krzycząc utracił równowagę – przewrócił się – bezwładnym ciałem wzbił obłok kurzu.
- Pomożesz mi czy nie?! – zaryczał. Jego chude kończyny trzepotały obłąkańczo.
Torch poczuł, że biegnie. Nie na pomoc. Ze strachu.

*

03:09:12
Komendant zszedł do podziemnego pomieszczenia w skrzydle dowodzenia i usiadł przed niewielką konsolą, na środku której jarzył się pojedynczy zielony przycisk. Wyłączył klimatyzację. Uruchomił rozsiane po dziedzińcu Obozu kamery. Wiedział, że cała operacja musi zostać udokumentowana, aby naukowcy mogli później opracować schemat rozprzestrzeniania się Wektora. Po raz kolejny powtórzył sobie słowo: eksperyment, warunki eksperymentalne. Chłodne, kliniczne pojęcia, które pozwoliłyby ostudzić skuwającą mu głowę, palącą obręcz poczucia winy. Wyjął paczkę papierosów. Zaczął palić. Konsekwentnie i strasznie. Jednego papierosa za drugim. Palił bez przerwy przez następnych kilka godzin. Palił, aż pokój wypełnił dym i przez mleczną zasłonę miał kłopoty z dostrzeżeniem własnych roztrzęsionych rąk. Chciał tego.

*

02:15:12
Porucznik ochoczo przejął dowodzenie w nowo przydzielonym sektorze. Na jego komendę przeładowano broń, przeliczono amunicję, zabezpieczono wyjścia i wejścia, te pierwsze tak by nikt z nich nie skorzystał, te drugie, by nigdy nie uznano, że kiedykolwiek wejściami były. Zaspawano ewakuacyjne śluzy. Pomyślał, że to co robi, robi dla jakiegoś większego dobra. Nie wiedział jakie to dobro, nie potrafił go sobie wyobrazić. Wiedział jednak, że być musiało. Inaczej stanąłby przed nagim faktem, że tysiąc skoszarowanych osób zostanie pozbawionych życia zupełnie bez celu. Nie chciał takiej odpowiedzialności. Ostatecznie ich śmierć na coś się przyda. Ostatecznie wszyscy jesteśmy jedynie układem ślepych obumierających tkanek.

*

01:11:00
Zgłoszono samobójstwo pewnego osiemdziesięciolatka. Mężczyzna najwyraźniej wziął prysznic, ogolił się, a następnie, wpełzł pod łóżko i w ukryciu poderżnął sobie gardło. Własną krwią zdążył wypisać jedno francuskie słowo: fin – koniec. Śmierć uznano za odosobniony przypadek stresu pourazowego. Odliczania nie przerwano.

*

00:42:13
Torch zakradł się do lazaretu w poszukiwaniu skalpela i lignocainy. Blizna na ramieniu pulsowała, brzęczenie w uchu doprowadzało go niemal do obłędu. Słowa starca wytrąciły go z równowagi. Czuł, że coś jest nie w porządku, że on sam nosi w sobie jakąś straszliwą tajemnicę. Postanowił się od niej uwolnić.

*
00:30:01
Dziewczynka ze stołówki zasnęła w objęciach matki śniąc sny o ogromnych napełnionych gorącym powietrzem owadach, które zamiast jajeczek składały na każdej rzeczy, stosy oderwanych od ciał bezimiennych ludzkich czerepów.

*

00:11:56
Komendant pomyślał, że godna śmierć nie jest żadnym usprawiedliwieniem do zakończenia nawet najpodlejszego życia. Pomyślał też, że zajmuje pozycję, która dyskredytuje go jako autora pretendującego do wygłaszania podobnych sentencji.

*

00:04:02
Porucznik przeżegnał się i zamknął oczy w spokoju oczekując na apokaliptyczny ryk syren

*

00:00:01
Wciśnięto zielony przycisk.

*

00:00:00
Torch poczuł nagły skurcz – nie ciała, lecz woli. Wypuścił z rąk chirurgiczne narzędzia. Jego własne cierpienie nie miało już znaczenia. Został obezwładniony przez głęboki, rozrywający głód mięsa, a z umysłu umknęła mu wszelka myśl – prócz jednej.
Aby ten głód bezwarunkowo i za wszelką cenę zaspokoić.



blog comments powered by Disqus