"Słodki Książe"



      Alicja widziała w lustrze odbicie budzącego się Roberta. Siedziała właśnie przy toaletce i nakładała tusz na rzęsy. Miała przed sobą  kosmetyki leżące na pulpicie. Było to miejsce, gdzie czuła się  najlepiej - jej królestwo, którym władała, za berło mając szczoteczkę z czarnym tuszem. I do niego żaden ryczący, budzący się ze snu, potwór nie miał wstępu.

      Ów potwór właśnie otworzył oczy i przeciągnął się. Ziewnął głośno: AAAAAAACH! Zerknął na zegarek i powoli wygramolił się spod kołdry i postawił stopy na chłodnej podłodze. Wzdrygnął się i czym prędzej wsunął stopy w kapcie. Wstał z łóżka i wyjrzał przez okno na kolejny ponury dzień listopada.

      Myśl o tym, że będzie musiał odwrócić się przodem do żony i tej jej perfumerii napawała go wściekłością – i to od samego pieprzonego rana! Codziennie po przebudzeniu widział (i czuł! Czuł!) te flakoniki, buteleczki, pudełka, gówienka oraz Alicję pocierającą się tym świństwem. Był pewien, że gdyby tylko jej na to pozwolił, to ona spędzałaby przed lustrem całe dnie, szczerząc się do swego wymalowanego, wypudrowanego, wyszpachlowanego odbicia.

      „Po jaką cholerę zezwoliłem na to, by miała to pierdolone studio kosmetyczne w naszej sypialni? Ja się mieszczę na półeczce w łazience, nie potrzebuję zasranego stadionu Wembley!”

      Zacisnął pięści, oderwał wzrok od widoku za oknem i odwrócił się  twarzą do żony.

      „Wreszcie wstał”, pomyślała Alicja powolutku i z uwagą nakładając tusz na rzęsy drugiego oka. „Jak zwykle na ostatnią chwilę. Za pół godziny ma być w pracy, a on dopiero się obudził. I do tego, zamiast się ubierać, gapi się przez okno. Pewnie znowu wpadnie do biura na dwie sekundy przed czasem. Niech go diabli!”

           - Jesz coś? - spytała, choć doskonale znała odpowiedź.

           - Nie – odparł Robert. - Nie mam czasu.

      Uśmiechnęła się słabo. Robert tego nie dostrzegł, gdyż szybko wyszedł  z pokoju. W łazience wysikał się, myśląc: „Jest teraz sama. Może włożyła mordę do pudru i teraz wybiera go jakimś  pędzlem spomiędzy zmarszczek. Zaraz pewnie wysmaruje się jakimś smarem, żeby nie skrzypieć podczas mówienia.

      Przestań! Jeszcze chwila i uwolnisz się od jej widoku na cały dzień. Tylko spokojnie.”

      Odetchnął i spuściwszy wodę wrócił do pokoju, by się ubrać.

      Alicja wzięła cień do powiek. Nakładając go, kątem oka obserwowała poczynania męża. Robert grzebał w szafie.

      „Zaraz wydobędzie ten swój czarny uniform grabarza” - myślała. - Ma dziesięć garniturów, a ciągle nosi ten jeden, psia jego mać. Ten ciuch na sto procent już śmierdzi. Ubierze go, smród jeden, a potem wypsika na siebie pół dezodorantu, żeby nie cuchnąć. No, dawaj. Pokaż swą pogrzebową czerń!”

      Robert wyjął wieszak, na którym wisiał jego czarny garnitur. Przetarł  ubranie dłonią, powiesił na drzwiach. Zaczął zakładać  spodnie.

      „Cholerna Gorgona się konserwuje. Myśli pewnie, że będzie żyła wiecznie. Wampirzyca! No tak, to wampir. Chleje moje pieniądze, nierób, niczym krew i to pozwala jej żyć. Powinienem kiedyś położyć jej przed lustrem czosnek, to by się cholera przestała pizdrować. A może kiedyś wleję jej do flakoniku trochę święconej wody. Wtedy się zdziwi!”

      Takie myśli wypełniały umysł Roberta, gdy ten zakładał spodnie, a następnie koszulę i krawat.

      A takie oto myśli miała Alicja, nakładająca cień:

      „Mogę się założyć, że krzywo zawiąże krawat. Ma taki porąbany gust! Same obrzydliwe krawaty. Jakieś czerwone, niebieskie... chyba go powaliło, że kupował takie paskudztwa. Mógł sobie pozwolić na piękne krawaty, a on brał takie... takie syfy!”

      Robert zawiązał krawat i założył marynarkę.

      Alicja skończyła cieniowanie powiek.

      „Mogłaby sobie powyciskać zmarszczki, paskuda, a nie ciągle chować je pod tymi maściami, za które JA zapłaciłem.”

      „Mógłby sobie wreszcie umyć głowę. Ma tak potwornie tłuste włosy, że pewnie tego tłuszczu używa jako kremu do golenia. A swoją drogą – ogolić też mógłby się dokładniej.”

      Alicja podniosła Słodkiego Księcia - perfumy w pięknym flakoniku ze staroświeckim dozownikiem wyposażonym w malutki mieszek i rurkę.

      Kochała ich zapach. Słodki, przypominał jej, nie wiedziała nawet czemu, dzieciństwo w domu. Był skondensowanymi zapachami kuchni mamy w Wigilię, gabinetu taty, drzew przed domem. Czasem wydawał jej się, że te perfumy są dla niej wszystkim. Pięknem. Ideałem.

      Były jej prawdziwym Słodkim Księciem.

      Prysnęła na siebie odrobinę perfum.

      Robert znał ten dźwięk. To ciche: psssst. Odwrócił się  od lusterka po wewnętrznej stronie drzwi od szafy i popatrzył  na Alicję. Pryskała się tymi perfumami! Jak one się nazywają? Czerwony Książę czy coś takiego? Ten zapach!

      Psst, psst...

      „Ten zapach. Na ten flakonik wydała prawie cztery stówy. Żeby chociaż dostała półtora litrową butelkę, a nie taki naparstek tego gówna!”

      Psst, psst.

      „I ta wiedźma wytraci wszystko na jeden raz!”

      Chciał  zawołać: „Przestań się pryskać!”, lecz tylko zacisnął zęby i zamknął drzwi od szafy.

      Psst, psst...

      Była w niebie. Cudowny zapach ją oplątał. Czuła go na sobie, on ją pieścił. Tak, to był raj. W tej chwili nie istniał  nawet Robert i jego śmierdzące ubrania.

      Uśmiechnęła się, przymykając oczy.

      „I jeszcze się uśmiecha!”, pomyślał Robert. „No tak, to nie jej kasa poszła na tego jej śmierdziucha. Och, zmyć ten uśmiech z jej mordy!”

      Prawie gotując się z wściekłości, słysząc w uszach koszmarny huk pryskających perfum, a nosie czując jego odór, wziął aktówkę i wyszedł z pokoju powstrzymując się przed powiedzeniem Alicji czegoś dosadnego. Sztukę powstrzymywania się opanował do perfekcji. W przedpokoju założył buty.

      Pięknie. Słodki Książę był jej najlepszym zakupem. To były perfumy jej marzeń. Jak mogła żyć tyle lat bez ich zapachu? Teraz już się go nie pozbędzie. Kiedy skończy się ten flakonik (całe szczęście był jeszcze prawie pełny) kupi następny i następny. Już nigdy nie rozstanie się ze swoim księciem.

      Podniosła flakonik i prysnęła jeszcze raz - kropka nad „i” boskiej mgiełki zapachu.

      Psst..

      Robert usłyszał ten dźwięk i zamarł z dłonią na klamce. Drzwi na korytarz były otwarte, a za nimi schody w dół, na zewnątrz. Stał nieruchomo z „PSST!” odbijającym się echem wewnątrz głowy. Wreszcie postawił aktówkę i wrócił do sypialni. Stanął obok żony. Ta zerknęła na niego, wciąż się uśmiechając. On zaś chwycił ją za włosy i niemal widząc na twarzy wyraz bezgranicznego zdziwienia, uderzył jej czołem o lustro. Szkło pokryło się gęstą siatką pęknięć i kroplami krwi. Kilka z fragmentów szkła wbiło się w skórę Alicji.

      Alicja spadła z krzesła na podłogę i tam znieruchomiała z twarzą  zalaną krwią płynącą z rozharatanego czoła.

      „To ci maseczka”, pomyślał Robert grzebiąc w kieszeni spodni. Wyjął z niej zapalniczkę („Dzięki, kurwa, że jaram!”). Następnie zaś wziął Słodkiego Księcia, odłamał gwint i zrzucił dozownik. Niechcący ochlapał sobie dłoń perfumami. Zaklął i strzepnął kilka kropel. Zawartość flakonika wylał na twarz żony, a następnie zapalił zapalniczkę.

      Przytknął ogień do skóry Alicji. Płomień natychmiast objął całą głowę kobiety. W okamgnieniu pokój wypełnił się obrzydliwym smrodem palących się: krwi, skóry, włosów i perfum.

      Robert odstawił pusty flakonik na toaletkę, zapalniczkę schował do kieszeni.

      „Koniec pudrowania”, pomyślał, patrząc na płonącą twarz swej żony. Wydawało mu się, że zobaczył tępy wyraz oczu Alicji, który szybko (i raz na zawsze!) zniknął, bo oczy zmieniły się w gotujący się płyn.

      W przedpokoju zabrał aktówkę. Wrócił do łazienki, popsikał marynarkę oraz spodnie dezodorantem. Potem poszedł do pracy.

      Musiał  się pośpieszyć. Nie chciał się spóźnić.

      Ale przynajmniej nie już czuł już smrodu tego pieprzonego Księcia.



blog comments powered by Disqus