Fragment #2 z książki "Zabójczy żart"


Zazwyczaj jeździł służbowym samochodem, ale tym razem zdecydował się na własnego alfa romeo 147. Lubił ten wóz: prawie spartańskie wnętrze, twarde siedzenia, pewność jazdy, dźwięk silnika, poczucie precyzji. To odpowiadało jego naturze.

Wycieraczki rytmicznie przesuwały się po szybie, opony syczały na mokrym asfalcie, a z radia leciała szalona piosenka Elvisa Costello. Obwodnica prowadziła na wzniesienie, a potem w dół, w kierunku doliny. Przez mgłę i deszcz zobaczył budynki kurortu Brighton i ciągnące się kilometrami przed nim Hove, a za nim komin starej elektrowni w Shoreham i migocący pas szarości, ledwie dający się odróżnić od nieba - kanał La Manche.

Wychował się na tych ulicach, między tutejszymi cwaniaczkami. Jego ojciec z pamięci recytował nazwiska tych, którzy rozprowadzali narkotyki, prowadzili podejrzane salony masażu, handlarzy, którzy sprzedawali kradzione klejnoty, biedaków handlujących, czym się dało.

Kiedyś była to wioska przemytników, a potem król Jerzy IV kazał zbudować tu pałac, żeby być bliżej swojej kochanki. Mimo to Brighton nigdy nie zdołało otrząsnąć się z kryminalnej przeszłości ani zamazać reputacji miejsca, w którym można było spędzać podejrzane weekendy. Ale może dzięki temu właśnie Brighton i Hove odróżniały się od innych kurortów w Anglii? Włączył kierunkowskaz i skręcił z obwodnicy.

Glenn Branson czekał przed wejściem. Otulony w grubą kurtkę z kapturem, wysoki, czarny i łysy jak meteoryt wyglądał bardziej na handlarza narkotyków niż na gliniarza. Grace uśmiechnął się - ile razy patrzył na przyjaciela, na jego potężną muskulaturę, tyle razy przypominały mu się słowa pewnego dziennikarza na temat Arnolda Schwarzeneggera, że wygląda jak "prezerwatywa wypełniona orzechami włoskimi".

- Witaj, Stary Mądry Człowieku - przywitał go Branson.

- Przestań, jestem tylko siedem lat starszy od ciebie. Kiedy i ty dożyjesz tego wieku, stwierdzisz, że to wcale nie jest śmieszne - z uśmiechem powiedział Grace.

Branson zmarszczył brwi.

- Wyglądasz paskudnie. Naprawdę tak myślę.

- Rozgłos mi nie odpowiada.

- No cóż, nie zauważyłem tego. W końcu kilka kolumn w szmatławcach dziś rano...

- A ty o tym samym, o czym wszyscy pozostali na tej planecie.

- Człowieku, wiesz, od zawsze jesteś okropnie głupi.

- Głupi?

- I pewnie już nie zmądrzejesz. Rób tak dalej, a pewnego dnia ktoś cię odstrzeli. Czasami myślę, że jesteś największym bałwanem, jakiego znam.

Otworzył drzwi i weszli do środka budynku.

- Dzięki, naprawdę wiesz, jak człowieka pocieszyć.

Grace zmarszczył nos. Z zawiązanymi oczami rozpoznałby, że są w starzejącym się budynku - zapach wytartych dywanów, zużytej farby, zapachy kuchenne dochodzące zza drzwi.

- Jak żona? - zapytał, kiedy czekali na windę.

- Wspaniale.

- A dzieciaki?

- Sammy jest kapitalny, a Remi zaczyna nas terroryzować. - Nacisnął przycisk windy.

Po kilku chwilach Grace powiedział:

- To nie było tak, jak to prasa przedstawiła, Glenn.

- Człowieku, wiem, przecież cię znam. Ale prasy to nie interesuje. Oni potrzebują sensacji, a ty byłeś po prostu na tyle głupi, że im to ułatwiłeś.

Wysiedli na szóstym piętrze. Branson otworzył drzwi mieszkania i weszli do środka. Salon, wąska kuchnia z granitowym blatem i okrągłym, stalowym zlewem, dwie sypialnie, z których jedną wykorzystywano jako gabinet - stało tam biurko, a na nim komputer i regały wypełnione książkami.

W mieszkaniu pachniało świeżością. Pomalowane na biało ściany, a skromne, nowoczesne meble wskazywały niewątpliwe wpływy stylu japońskiego: niskie kanapy, reprodukcje na ścianach, telewizor z płaskim ekranem, odtwarzacz DVD i wysokiej jakości sprzęt hi-fi. W sypialni zobaczyli leżący na podłodze materac zastępujący łóżko, szafę, telewizor i dwa niskie stoliczki z surowymi, nowoczesnymi lampami. Obok stały adidasy Nike.

Grace i Branson popatrzyli na siebie.

- Niezłe gniazdko - powiedział Grace.

- Mhm - odparł Branson. - "Życie jest piękne".

Grace spojrzał zdumiony.

- Przegapiłem to w kinie, ale oglądałem na kanale Sky. Niewiarygodny film. Widziałeś?

Grace potrząsnął głową.

- Wszystko dzieje się w obozie koncentracyjnym. Ojciec przekonuje swojego dzieciaka, że to po prostu taka gra. Jeśli wygra, dostanie prawdziwy czołg. Mówię ci, bardziej mnie to ruszyło niż "Lista Schindlera" i "Pianista".

- Nigdy o nim nie słyszałem.

- Zastanawiam się, na jakiej planecie ty żyjesz.

Grace spojrzał na zdjęcie stojące na stoliku. Przystojny blondyn, dobrze po dwudziestce, w czarnej koszulce i dżinsach obejmował niezwykle atrakcyjną młodą kobietę o długich, ciemnych włosach.

- To on?

- I ona. Michael Harrison i Ashley Harper. Nieźle wyglądają, co?

Nie odrywając wzroku od zdjęcia, Grace kiwnął głową.

- Mają się pobrać w sobotę. Przynajmniej taki jest plan.

- To znaczy?

- To znaczy, jeżeli on się pojawi. Teraz nie wygląda to za dobrze.

- Powiedziałeś, że nie ma go od wtorkowego wieczoru?

Grace popatrzył przez okno na szeroką, smaganą deszczem, zakorkowaną ulicę.

- Co o nim wiesz?

- Miejscowy playboy. Deweloper nieruchomości. Poważny gracz. Jego partner nazywa się Mark Warren. Ostatnio przebudowali stary magazyn w Shoreham Harbour. Trzydzieści dwa mieszkania zostały sprzedane, zanim je ukończono. Działają na tym rynku od siedmiu lat, kilka adaptacji, kilka nowych budowli. Dziewczyna Michaela jest sekretarką. Mądra i naprawdę ładna.

- Myślisz, że uciekł?

Branson potrząsnął głową.

- Nie.

Grace podniósł zdjęcie i bliżej mu się przyjrzał.

- Do diabła, sam bym się z nią ożenił.

- I o to chodzi.

Grace zmarszczył czoło.

- Przepraszam, chyba nie łapię, ale mam za sobą długi dzień.

- Ożeniłbyś się z nią! Gdybym był singlem, też bym się ożenił. Każdy przy zdrowych zmysłach gotów by to zrobić.

- Jest naprawę śliczna.

- O tak, śliczna.

Grace spojrzał na niego bezmyślnie.

Udając zirytowanego, Branson westchnął:

- Jezu, tracisz w tym wszystkim rozeznanie, czy co?

- Może tak? A o co ci chodzi?

- Chodzi mi o to, że gdybyś to ty miał poślubić tego kociaka w sobotę, uciekłbyś?

- Nie, chyba że byłbym świrem.

- Więc jeśli on nie uciekł, to gdzie jest?

Grace myślał przez chwilę.

- Przez telefon mówiłeś, że coś mogło pójść nie tak podczas wieczoru kawalerskiego?

- Tak mówiła jego narzeczona. Zresztą i mnie przyszło to do głowy. Podczas wieczorów kawalerskich ludzie robią różne głupie rzeczy. Tego, że nie pokazał się wczoraj, nie uznałbym za dziwne, ale przez dwie noce?

- Bał się? Jakaś inna dziewczyna?

- Wszystko możliwe. Ale chciałbym ci coś pokazać.

Grace poszedł za nim do salonu. Branson usiadł przed komputerem i zaczął stukać w klawiaturę. Był geniuszem komputerowym. Grace sam miał umysł ścisły i całkiem dobrze nadążał za większością współczesnych technologii, ale Branson był o lata świetlne przed nim.

Na ekranie pojawiło się polecenie wpisania hasła. Branson klepał wściekle, po kilku sekundach na ekranie pojawiły się dane.

- Jak to zrobiłeś? - zdziwił się Grace. - Skąd znałeś hasło?

Branson spojrzał z ukosa.

- Nie było hasła. Większość ludzi, widząc polecenie wpisania hasła, stara się jakieś wpisać. Ale po co mu hasło w prywatnym komputerze?

- Jestem pod wrażeniem.

- Chcę, żebyś bliżej się temu przypatrzył.

Grace siadł przed ekranem.

Roy Grace #1 - Zabójczy żart

Autor: Peter James
Wydawnictwo: Capricorn
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 10/2007
Tytuł oryginalny: Detective Superintendent Roy Grace: Dead Simple
Rok wydania oryginału: 2005
Liczba stron: 384
Format: 125x200 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-925755-3-5
Wydanie: I
Cena z okładki: 24,90 zł


blog comments powered by Disqus