Philip K. Dick "Blade Runner. Czy androidy marzą o elektronicznych owcach?" - recenzja powieści

Autor: Asia Sikorska
Korekta: Dagmara Trembicka-Brzozowska
22 marca 2016

Sztuczny świat

Philipa K. Dicka nie trzeba najpewniej nikomu przedstawiać – na trwałe zapisał się w historii gatunku science-fiction jako wizjoner o niepowtarzalnym instynkcie, który nie celuje w swych dziełach w epickie, gwiezdne opowieści, a skupia się na człowieku. Zainteresowanie istotą ludzką w najpełniejszy sposób manifestuje w głośnym Blade Runnerze. Czym właściwie jest człowieczeństwo? Czy dezintegracja świata może przynieść za sobą dezintegrację społeczeństwa? Co jest cząstką elementarną, odróżniającą nas od nawet najbardziej rozwiniętych, antropomorficznych robotów? W Blade Runnerze pojawiają się wszystkie te pytania i w charakterystycznym dla Dicka duchu niepokoju egzystencjalnego zostają rozwinięte w pełnoprawną historię.

Czytając jedną z najbardziej rozpoznawalnych książek autora ciężko uwierzyć, że udało się ją przełożyć na język filmu, a jeszcze trudniej przejść do porządku dziennego nad faktem, że jest to obraz genialny. Mowa oczywiście o Łowcy androidów Ridleya Scotta. W takim razie czy reżyser jest takim samym wizjonerem jak Dick? Czy łączy ich ten sam geniusz, tyle, że manifestujący się w innym medium? Cóż, nie do końca tak jest. Bezsprzecznie zarówno książka jak i film stanowią prawdziwe majstersztyki w swoich dziedzinach, jednak znacząco się od siebie różnią. Zapewniam, że  – jeśli jesteście zaznajomieni z filmem i zdecydujecie się sięgnąć po książkę – zostaniecie zaskoczeni. Po pierwsze, historia zaprezentowana w dziele Dicka znacząco różni się od tej, która pojawiła się w adaptacji. Co prawda scenarzyści pozostawili kluczowe postacie – na czele z łowcą androidów Rickiem Deckardem – ale wprowadzili nowe wątki, zmienili koncepcję świata przedstawionego i, co istotne – całkowicie przedefiniowali zakończenie, zarówno na poziomie fabularnym, jak i metaforycznym, nadając filmowi odmienny wydźwięk niż ma to miejsce w literackim pierwowzorze.

Jak więc prezentuje się historia w książkowym Blade Runnerze? Oto łowca androidów, Rick Deckard, jeden z niewielu ludzi, którzy pozostali na Ziemi, musi wyśledzić i zniszczyć zbuntowane, humanoidalne roboty. Pochodzi zresztą do powierzonego zadania z entuzjazmem, gdyż pokaźna premia za jego wykonanie pozwoli mu na kupno wymarzonego zwierzęcia. Warto podkreślić, że Ziemia w ujęciu Dicka jest niemal doszczętnie zniszczona. Rozwój technologiczny sprawił, iż w pewnym momencie swego istnienia zaczęła rozkładać się na oczach ludzi. Wszechobecny pył i samorozprzestrzeniający się chłam uczyniły planetę niezdatną do zamieszkania. Większa część ludzkości emigrowała do innych miejsc Układu Słonecznego, a nieliczni, którzy zdecydowali się pozostać, muszą mierzyć się z czyhającymi nań niebezpieczeństwami. Na przykład wspomnianym pyłem, który sprawia, że chorują, albo – co gorsza – zmieniają się w specjali, fizycznie i intelektualnie ułomne istoty. Dezintegracja ziemskiej atmosfery sprawiła również, że z powierzchni Ziemi całkowicie zniknęły niektóre gatunki fauny (zwłaszcza ptaki, na czele z sowami), a posiadanie prawdziwego zwierzęcia jest niezwykle drogą przyjemnością. Rick Deckard pragnie sobie na nią pozwolić i w miejsce psującej się, sztucznej owcy kupić prawdziwe stworzenie. Elektryczne zwierzęta funkcjonują w książce Dicka na tej samej zasadzie, co sztuczni ludzie i, chociaż trudno je z wyglądu odróżnić od autentycznych, to nie potrafią ich zastąpić.

Blade Runner pozostaje jednak książką o istocie człowieczeństwa. Deckard, próbując rozpoznać, która z napotkanych istot jest androidem, przeprowadza – do tej pory niezawodny – test empatii. Roboty bowiem nie odczuwają konieczności sympatyzowania z innymi. Są egocentryczne i skupione na sobie. Ale czy aby na pewno proste badanie zdolności do współodczuwania pozwala odróżnić człowieka od androida? Okazuje się, że odpowiedź nie jest taka prosta. W książce bohater konfrontuje się z robotami, które wydają się bardziej ludzkie niż niejeden człowiek, a momentami nawet – niż sam Deckard. Istotnym aspektem lektury staje się również kwestia wiary. Tutaj manifestuje się ona pod postacią nieśmiertelnego Mercera – mesjasza, którego wyznają niemal wszyscy ludzie. Tworząc merceryzm, Dick pragnął obnażyć mechanizmy rządzące wielkimi religiami. Kwestie wiary w postapokaliptycznym świecie wprowadzają do Blade Runnera kolejny głęboko egzystencjalny wątek.

Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? jest obowiązkową lekturą dla każdego fana fantastyki naukowej, jednak powieść spełni również oczekiwania tych wszystkich, którzy cenią sobie w literaturze treści uniwersalne. Niezależnie od tego, czy należycie do fanów filmowej adaptacji Ridleya Scotta, warto zapoznać się z pierwowzorem Dicka, którego ujęcie tematu okazuje się całkiem odmienne od kinematograficznej wersji historii Ricka Deckarda. Przede wszystkim jednak Blade Runner to must read dla każdego, kto lubuje się w odkrywaniu perełek światowej beletrystyki. Dodatkowo wspaniałe wydanie Rebisu, z twardą okładką i starannie zaprojektowanymi ilustracjami, zadowoli czytelników zwracających uwagę na estetyczną stronę lektury, która, zapewniam, i tak pochłania bez reszty.

Blade Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?

Autor: Philip K. Dick
Okładka: Wojciech Siudmak
Wydawnictwo: Rebis
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 5/2011
Tytuł oryginalny: Bladerunner: Do Androids Dream of Electric Sheep?
Rok wydania oryginału: 1968
Liczba stron: 272
Format: 150x250 mm
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788375101317
Cena z okładki: 45,90 zł


blog comments powered by Disqus