Recenzja książki "Demokrator"

Autor: Sir Alexander
Korekta: Zunia
5 września 2012

Czy o Związku Radzieckim i jego ideologicznych okolicach da się pisać z humorem? Chyba, że czarnym, smutnym, łzawym… a więc jednak nie do końca humorem sensu stricto. Bywa jednak, że właśnie śmiech jest taktyką, za pomocą której twórcy starają się zaznajomić nas z niezwykłością tego kraju. Weźmy chociażby klasycznego „Mistrza i Małgorzatę” (ach, dzisiaj już nie piszą takich perełek!) czy kultowy cykl guslarski Kira Bułyczowa. Okiem mrugał także Stanisław Lem i... cała plejada fantastów. Do listy tej można dokooptować utwór tak świeży, że jeszcze gorący, mianowicie „Demokratora” Piotra Goćka.

W związku z mistrzowską obroną rzutu karnego przyznaje
drużynie Spartaka ekstra dodatkowego gola, wynik więc brzmi teraz 5:5.

Jakiż Związek Radziecki wyłania się z kart powieści Goćka? Zacznijmy od tego, że… nie jest to ZSRR jako taki. Nie jest to nawet wyłącznie ZSRR (choć Kraj Rad puka do głowy czytającego w pierwszej kolejności), raczej intrygujący konglomerat wszystkich Rosji, a może nawet całego naszego umęczonego, utkanego ze społecznych i politycznych kuriozów świata. Autor zaprasza nas na wycieczkę po Gorodopolis, wielkim, bogatym i potężnym państwie, ojczyźnie pokoju, która ów pokój eksportuje na cały świat, czy tego ktoś chce czy nie. A że na ogół ludy zagraniczne, słabiej rozwinięte, przygłupie, pokoju sobie nie życzą, to misję przekonania i pokonania ich otrzymują dzielni bojownicy. Tacy jak matros marnomorski (czytaj: marynarz z Morza Marnego) Jerpin Simonow – podwodniak zawołany i prawdziwy bohater (z później ujawnioną inklinacją do superbohaterstwa), który dla kraju swego gotów jest umrzeć nawet, co zresztą czyni raz, drugi i jeszcze trzeci, a na tym wcale nie koniec (tak zgonów, jak i przygód). Poznajmy także gasponautę drugiej klasy (czytaj: kosmonautę) Hermana Frunze, który również ponosi śmierć – tak jakby – ale dla odmiany, za kota. Martwego kota. Przygodnym ich towarzyszem niedoli i doli będzie Lew Gorynycz, szanowany letnik jednego z licznych w Gorodopolis letnisk reedukacyjnych (czytaj: obozów pracy), sympatyczny dziadyga, aż za dobrze obeznany w trudnej sztuce nie bycia ani pierwszym, ani ostatnim – zarówno w kolejce po zupę z brzozowej kory, jak i do uzyskania ludowej sprawiedliwości z rąk plutonu egzekucyjnego. Jest jeszcze krasawica (czytaj: niewiasta krasna) Tatiana Pietruch-Pietruszenko, której czterej synowie walczą na odległych frontach, niosąc pokój i spokój, a nim te nastaną, także granaty i bagnety; dziarska babka ze skłonnością do… dość specyficznej kuchni. Co jej się przydarzy? Czyżby śmierć? Jest to wysoce prawdopodobne, ale nie lękajcie się – w tej powieści śmierć bywa stanem przejściowym, wstępnym i zastępczym, oraz nade wszystko odwracalnym, przynajmniej w ujęciu fabularnym. Nie może być inaczej w świecie, w którym wszystko stoi na głowie, a swoje palce w kawiorze maczają – prawdopodobnie – kosmici.

Już trzy dni przed niezapowiedzianą wizytą Gubernatora wszystko w koszarach lśniło.
 
Warto podkreślić, że to jednak nie Frunze, nie Simonow, nie reszta wesołego zastępu, nie POKUTA-12 nawet (robot utylizacyjny: polubicie go!) są najważniejszymi bohaterami powieści – zaszczyt ten został przeznaczony dla boskiego (acz w ujęciu ateistycznym) Gorodopolis. To właśnie ten literacki, satyryczny odpowiednik ZSRR poznajemy na kolejnych stronach, to jego historia, ustrój i furczące w nim absurdy stanowią treść opowieści, podczas kiedy Simonow i spółka spełniają zaledwie rolę dogodnych i poręcznych narzędzi narracyjnych, agentów na usługach pierwszoosobowego opowiadacza, który sporo wie, ale nie wszystko chce zdradzić. Przynajmniej nie od razu. A Gorodopolis poznać naprawdę warto! Gorodopolis to kosmiczny rozmach i… kartofelki. To rzeczywistość szarego betonu, przerdzewiałych szynkwasów w zatłoczonych barach, „gurzałki” w kartonach i luksusowych apartamentów o powierzchni dwudziestu metrów kwadratowych. To wielkie stacje orbitalne, latające samochody, trójwymiarowa telewizja i ekskluzywne centra handlowe. Najpiękniejsze w świecie Dziewczyny o Pszenicznych Włosach (używane do eksperymentów kosmicznych, bo piękno nie może się zmarnować), jurni ochotnicy zdobywający odległe planety i panujący nad tym całym bajzlem Gubernator – potężny wszechwładca i wszystko potrafiący autokrata, wyrośnięty na carskim beefie strogonowie, stalinowskim mleczku zsiadłym i putinowskim kebabie. Oraz, nade wszystko: kartofelki. Kartofelki a capella, kartofelki z kartofelkami. W przypadkach szczególnych: także z lotniczą tuszonką. Przydziałową. Najlepszą. Bo wszystko w Gordopolis jest największe i najwspanialsze. Także magazyny kartofelków.
 
Załoga otrzymywała za ćwiczenia ocenę „dobry”, gdy zginęło w ich trakcie
do pięciu procent stanu osobowego łodzi. [...] A kiedy nie zginął nikt, wtedy uznawano,
że załoga oblała suchą zaprawę w pokonie, anulowano więc ćwiczenie
i nakazywano je przeprowadzić od początku.
 
„Demokrator” jest satyrą na Związek Radziecki, ale bynajmniej nie rozprawą polityczną czy też próbą odświeżenia historii. Płaszczyzna oficjalna, warstwa ukryta, pomiędzy nimi komplet kontekstów – wot, maskirowka w starym, dobrym stylu science fiction, które kiedyś musiało prawdziwą treść pokrywać makijażem, a jej odnajdywanie stanowiło rozrywkę niepośledniejszą wobec tej, która wynikała wprost z lektury. W przypadku „Demokratora” można wybrać, która z metod odczytania jest tą właściwą: kto będzie chciał, zapomni się w nieprzeliczonych (nierzadko genialnych) odniesieniach do radzieckiej rzeczywistości; ktoś inny z nie mniejszą przyjemnością pozwoli się ponieść płynnej narracji, niezłej klasy dowcipowi oraz zakręconej, szalonej intrydze fabularnej grawitującej mocno ku rejonom fantastycznym. Znajomość „Wielkiego Guslaru i okolic” Kira Bułyczowa czy też – może w mniejszym stopniu, ale jednak – powieści Terry’ego Pratchetta z pewnością nie utrudni zabawy z książką Piotra Goćka.
 
Dziś w godzinach rannych wrogie wodnopłaty zaatakowały gorodski kuter rybacki
na łowiskach nieopodal Dewastopola. Kuter odpowiedział rakietami
ziemia-powietrze, strącając trzy wrogie maszyny.
 
„Demokrator” to zjawisko na polskim rynku książki przedziwne, niczym niezapowiedziane. Zaskakuje treścią i formą, ale nade wszystko świetnym smakiem. To miłe, że o „tych” tematach możemy wreszcie poczytać bez publicystycznego zacietrzewienia, z uśmiechem na twarzy, nie raz i nie dwa razy wybuchając gromkim śmiechem i aż uderzając się w uda przy co ciekawszych konstrukcjach lingwistyczno-nomenklaturowych, którymi na kartach powieści raczy nas autor. Dodajmy jeszcze do tego rewelacyjną okładkę, która budzi miłe dla oczu skojarzenia (choćby ze wspomnianym Pratchettem) i mamy już komplet składający się na udany debiut literacki Piotra Goćka, dziennikarza „Rzeczypospolitej”.
 

Demokrator

Autor: Piotr Gociek
Wydawnictwo: Ender
Miejsce wydania: Łódź
Wydanie polskie: 9/2012
Liczba stron: 496
Format: 140x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788362730094
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,90 zł



blog comments powered by Disqus