Tak. A zatem...


Dom, w którym mieszkał profesor Bożydar Sonnenberg, to było naprawdę coś. Pochodził co najmniej z dziewiętnastego wieku i mimo ogromnego zapuszczenia zdradzał jeszcze znamiona dawnej świetności. Duży, z czerwonej cegły, z białymi, podnoszonymi do góry oknami i biegnącymi po zewnętrznych ścianach rurami, mógłby z powodzeniem zagrać w jakiejś adaptacji przygód Sherlocka Holmesa. Pewnie miał jeszcze te idiotyczne podwójne kurki w umywalkach - jeden do zimnej, drugi do gorącej wody. Albo gazowe kuchenki na monety.
- Dzień dobry państwu, jak to miło zobaczyć kogoś z kontynentu! - Profesor Bożydar Sonnenberg ubrany był w staromodne dżinsy i sweter, znad którego wystawał kołnierzyk koszuli. - Kiedyż to ja po raz ostatni zapuściłem się na tamtą stronę? Chyba przed tym cholernym zjednoczeniem. No, nie było wtedy jeszcze państwa na świecie. Proszę, proszę dalej! Herbata już czeka. Co też państwa do mnie sprowadza? - spytał uprzejmie, kiedy już zasiedli w fotelach i ujęli filiżanki.
- Tak jak mówiłam już przez telefon - zaczęła Natasza - prowadzimy pewną sprawę dość luźno, zdaje się, związaną z przedmiotem pańskich zainteresowań. Póki co jednak jest to jedyny trop, jakim dysponujemy. Nie sądzimy, by marsjańskie sekty miały istotne znaczenie dla naszej sprawy, ale nie chcemy niczego zaniedbać. Nigdy zresztą nie wiadomo, zwłaszcza na tym etapie śledztwa, które informacje okażą się ważne, a które nie. Chodzi o tajemnicze znikanie zwłok.
- O, to ciekawe.
- W przeciągu ostatnich kilku miesięcy sytuacja taka miała miejsce co najmniej ośmiokrotnie. Schemat jest zawsze ten sam - morderstwo i chwilę po nim zniknięcie ciała. Zazwyczaj...
- Czyli zawsze - poprawił partnerkę Frank.
- Tak, zawsze sami sprawcy zawiadamiają policję. Są przy tym mocno przerażeni. W co najmniej czterech przypadkach morderca, ofiara bądź oboje byli członkami tajnych marsjańskich bractw. W jednym - morderstwo miało miejsce bezpośrednio w trakcie obrzędu opętania.
- Czy przy okazji tych morderstw pojawiała się krew?
- Słucham?
- Czy ofiary krwawiły?
- T -tak. - Natasza szybko spojrzała do notatek, zawsze nosiła je ze sobą. - Cztery razy morderstwa dokonano za pomocą broni palnej, trzy razy za pomocą noża, raz z użyciem innego niebezpiecznego narzędzia, czyli w tym przypadku butelki.
- To by się zgadzało. Prawdopodobnie chodzi o kery.
- O co?
- O kery. W mitologii greckiej były to demony płci żeńskiej, żywiące się trupami poległych wojowników. Zazwyczaj pojawiały się na pobojowiskach w noc po bitwie, kiedy ciała jeszcze nie były pochowane. Przywabiał je zapach krwi.
- Jak wyglądały? - zainteresował się Frank.
- Nagie kobiety, raczej dziewczyny niż stare baby, o długich, splątanych włosach i ciałach uwalanych kurzem i zakrzepłą krwią. Oczywiście nieźle uzębione.
- Ciekawe.
- Nie wygłupiaj się, Frank! - żachnęła się Natasza. - Panie profesorze, rozmawiamy o prawdziwych morderstwach, nie o mitologii starożytnej Grecji.
- Zapytała pani specjalistę od demonów, więc niech się pani nie dziwi, że odpowiadam jak specjalista od demonów. Jeśli chce pani innej odpowiedzi, proszę bardzo, mogę takiej udzielić: ciała schowali sami mordercy, żeby zrobić policję w konia. Może być?
- Niech się pan nie obraża, profesorze - Frank starał się załagodzić sytuację. - W te demony dość trudno uwierzyć.
- Sama pani mówiła - Sonnenberg zwrócił się do Nataszy - że mordercy osobiście zawiadamiali policję i że byli przy tym przerażeni. Sądzi pani, że to naturalna reakcja w tego typu sytuacji? Jaka byłaby pani pierwsza myśl, gdyby przydarzyło się pani coś takiego? Gdyby pani kogoś zabiła, po czym stwierdziła zniknięcie ciała? Że delikwent jednak przeżył i uciekł, nieprawdaż? W takiej sytuacji nikt nie dzwoni na policję. Odczuwa raczej ulgę, że nic się ostatecznie nie stało, ewentualnie rozpoczyna poszukiwania ofiary, aby dokończyć swoje dzieło. Na policję nikt jednak nie dzwoni i nie informuje jej o popełnionym morderstwie. I nie jest przy tym tak przerażony.
- To jednak nie świadczy od razu...
- Proszę pani! Reakcja tych osobników świadczy o jednej rzeczy: zobaczyli tam coś, co spowodowało, że strach przed ujawnieniem zbrodni i strach przed karą zeszły na plan dalszy. I nie chodzi o pracowników nadzwyczaj sprawnie i szybko działającego zakładu pogrzebowego.
W gabinecie profesora Sonnenberga zaległa cisza. Natasza wyglądała jak ktoś, kto zupełnie, ale to zupełnie nie wie, co odpowiedzieć. Bardzo by chciał, ale nie wie co. Frank zaś nigdy nie był aż tak szybki, żeby mieć od razu zdanie na temat tego, co przed chwilą usłyszał. Potrzebował czasu. Pewnie dlatego było mu łatwiej.
- Co jednak mają wspólnego jakieś greckie pożeraczki trupów z całkiem współczesnymi marsjańskimi sektami? - spytał. - Z tego, co wiem, sekty te posiadają własnych bogów, czy też jak tam to nazwać, i niespecjalnie przyznają się do powinowactwa z ziemskimi religiami.
- Jak zwał, tak zwał. Proszę pana, tu nie chodzi o nazwę. Świat - jak by to powiedzieć? - wyobrażeń mitycznych rządzi się własnymi prawami. Ludzie mogą różnie nazywać te same rzeczy. Nasi przyjaciele z towarzystw marsjańskich mogli nigdy w życiu nie słyszeć o kerach. Co nie znaczy, że one im się nie objawiają. To znaczy, że nie objawiają im się pożerające ciała demony, które my najlepiej znamy pod antyczną nazwą ker.
- Chwileczkę! - Natasza najwyraźniej trochę już ochłonęła. - Panowie, jak widzę, definitywnie uznali, że za nasze kłopoty odpowiadają jakieś upaprane błotem duchy. Pozwolicie jednak, że ja zachowam odrobinę więcej zdrowego rozsądku. Zostawmy na razie te wątpliwe dywagacje i wróćmy do celu naszej wizyty - marsjańskich sekt mistycznych. Czy mógłby nam pan, profesorze, przybliżyć trochę ten temat?
- Proszę bardzo, ale to niezwykle szerokie zagadnienie. Może zanim rozpoczniemy, napiją się państwo jeszcze czegoś? Może czegoś mocniejszego?
- Ja prowadzę.
- A ja nie piję.
- Hm. Wobec tego naleję sobie sam.
Profesor Sonnenberg podszedł do barku. Frank dopiero teraz przyjrzał mu się dokładniej. Nie był wcale taki stary, jak mogło się wydawać na początku. Miał co najwyżej pięćdziesiąt kilka lat. Pewnie ten dom powodował, że na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie o wiele starszego niż w rzeczywistości. Wchodząc tu, podświadomie oczekiwało się kogoś wiekowego i nobliwego, zwłaszcza że profesor był profesorem, a profesorowie powinni przecież być starzy.
- Tak. A zatem chcieliby państwo dowiedzieć się czegoś o kultach marsjańskich? - rozpoczął Sonnenberg. - To temat bardzo ciekawy, z pogranicza psychologii i nauk społecznych, można powiedzieć. Jeszcze dziesięć lat temu nikt nie przypuszczał, że takie zjawisko może się pojawić. Podróże w kosmos kojarzyły nam się z postępem i nowoczesnością, a tu nagle zaowocowały czymś takim. I to w sytuacji, gdy tu, na Ziemi, zdajemy się coraz bardziej zapominać o mistycyzmie. Z psychologicznego punktu widzenia wytłumaczenie tego zjawiska wydaje się dosyć proste. - Podróże na Marsa, jak państwo wiecie, są dosyć długie, trwają po kilka miesięcy. Przez ten czas astronauci nie mają zbyt wiele do roboty - zajmują się głównie kontrolą urządzeń na statku i ćwiczeniami fizycznymi, żeby jak najlepiej znieść pobyt w stanie nieważkości. Tak długi okres monotonii, i to w warunkach całkowitego praktycznie odizolowania od życia ziemskiego, połączony z nienormalną sytuacją, w jakiej znajduje się ludzki organizm w stanie nieważkości, działa niezwykle destruktywnie na psychikę. Po jakimś czasie pojawiają się halucynacje, omamy wzrokowe i słuchowe, stany lękowe - w zasadzie pełny repertuar zaburzeń psychicznych. Co prawda, spodziewając się, że takie niekorzystne zjawiska mogą występować, już od początku podróży na Marsa dokładano wszelkich starań, by astronauci byli osobnikami o bardzo dużej odporności psychicznej. W praktyce jednak okazało się, że nie ma ludzi aż tak odpornych, by mogli przeżyć tego typu lot bez żadnego szwanku. Sama podróż to jednak dopiero początek. - Po niej astronauta trafia na jedną z załogowych stacji na Marsie, na których warunki tylko wydają się lepsze. Co prawda utrzymywane są tam sztucznie pozory ziemskiej grawitacji i atmosfery, pojawiają się jednakże nowe utrudnienia. Przede wszystkim jest równie ciasno co na statku. Warunki bytowania są więcej niż spartańskie. Panuje podobna monotonia. Do tego dochodzi jeszcze czynnik, którego z początku nie doceniano - niezwykły, hipnotyczny wręcz wpływ marsjańskiego krajobrazu. Sytuację tę porównać można do tego, co spotyka na przykład ludzi mieszkających jakiś czas na Antarktydzie albo podróżujących po pustyni. Monotonny, martwy krajobraz pozbawiony jakichkolwiek śladów życia - drzew, przejawów działalności człowieka i tak dalej - do tego utrzymany w jednolicie czerwonej tonacji. W zasadzie trudno się dziwić, że po pewnym okresie wpatrywania się w takie widoki człowiek głupieje. Cały pobyt trwa zazwyczaj ponad rok. Tylko pierwsze tygodnie są ekscytujące. Nowe warunki, pierwsze wyjścia na zewnątrz, wdrażanie się do obowiązków - po tym czasie następuje nieunikniony okres nudy i rutyny. Wtedy właśnie zaczynają się kłopoty. Pojawiają się i nasilają zaburzenia psychiczne, które wystąpiły już w trakcie lotu. Zostają one dodatkowo wzmocnione, gdyż świeżo przybyli astronauci spotykają się na stacjach z ludźmi, którzy na Marsie przebywają już jakiś czas, a u których te objawy są znacznie silniejsze. Sprzyja temu wytworzenie się naturalnej w takich warunkach, bardzo silnej więzi wewnątrz grupy. Ci ludzie przebywają przecież ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę przez bardzo długi czas. Wszystko to prowadzi do stanu, który można by określić mianem zbiorowej psychozy.
- Nie istnieje żaden sposób, by temu zaradzić? - zapytał Frank.
- Problem polega na tym, że bardzo długo nic nie wiedziano o takim stanie rzeczy. Wystąpienie jakichkolwiek zaburzeń świadomości dyskwalifikuje automatycznie astronautę, nic więc dziwnego, że fakty te były głęboko ukrywane przez samych zainteresowanych. Później, gdy pojawiły się pierwsze bractwa, utrzymywanie ścisłej tajemnicy zyskało jeszcze dodatkową, religijną motywację. W krótkim czasie zresztą bractwa te wyszły poza granice stacji marsjańskich. Astronauci, którzy z racji wieku bądź stanu zdrowia nie mogli już latać, otrzymywali pracę w ziemskich agencjach kosmicznych. To normalna procedura, która swym początkiem sięga jeszcze czasów pierwszych lotów. Tam, zajmując częstokroć bardzo wysokie stanowiska, nie tylko kryli kolegów, ale rozpoczęli też coś w rodzaju akcji misyjnej. Doszło do tego, że młodzi astronauci pierwsze wtajemniczenia otrzymywali jeszcze tu, na Ziemi, w trakcie szkolenia. Zanim władze zorientowały się, o co chodzi, było już za późno. W chwili obecnej proces zaszedł tak daleko, że należałoby podjąć kroki, które z oczywistych względów są niemożliwe - rozwiązać agencje i wymienić personel wszystkich stacji oraz rozpocząć od nowa nabór i szkolenie astronautów. Oznaczałoby to kilku-, a nawet kilkunastoletnią przerwę w lotach i zaprzepaszczenie wielu lat pracy. Prawdziwe kłopoty rozpoczęły się jednak stosunkowo niedawno. Wraz z rozbudową stacji marsjańskich wzrastała również liczba astronautów potrzebnych do ich obsługi. Ponieważ okres aktywności zawodowej w tym fachu jest dosyć krótki - od pilotów statków kosmicznych wymaga się sprawności fizycznej wyższej niż od wyczynowych sportowców, a długotrwałe podróże rujnują dość poważnie zdrowie - w krótkim czasie pojawiła się armia bezrobotnych astronautów, których ziemskie agencje kosmiczne nie były już w stanie wchłonąć. Ludzie ci odchodzili "do cywila", lecz nie potrafili dać sobie rady w normalnej rzeczywistości. Cierpieli na swego rodzaju syndrom weterana - nic nie było w stanie dorównać temu, co przeżyli tam, w kosmosie. Nic innego nie potrafili też robić. Czuli się jak marynarz na lądzie albo jak żołnierz, który wrócił z wojny - niepotrzebni, wykorzystani, zepchnięci na margines. Część z nich zaczęła szukać ratunku w marsjańskich kultach, by wkrótce stać się ich najzagorzalszymi wyznawcami, część zasiliła szeregi organizacji przestępczych. Jedno zresztą nie wykluczało drugiego. Szukając tu, na Ziemi, tych samych stanów i przeżyć, których doświadczali w kosmosie, sięgnęli po narkotyki. W niedługim czasie opanowali ich rynek. Razem z narkotykami rozprowadzali także swoją wiarę, tworząc mieszankę iście piorunującą. Nowi wyznawcy, których w ten sposób pozyskali, zmienili jednak dość wyraźnie oblicze ruchu. Przede wszystkim stracił on jednolitość. Dziś co melina, to inna sekta. Po drugie, i chyba ważniejsze, zdegenerował się - stał się o wiele bardziej brutalny i bezwzględny, skłonny do sięgania po przemoc. Pojawiły się również pewne niepokojące zjawiska, które mnie, staremu specjaliście od demonologii, najłatwiej byłoby wytłumaczyć interwencją Szatana. A już na pewno objawianiem się jakiejś siły dotąd głęboko uśpionej w ludzkiej podświadomości, zagrzebanej tam pod tysiącletnimi warstwami kultury i cywilizacji, która teraz, jak zresztą już parę razy w historii, właśnie się uaktywniła.
Profesor Sonnenberg uśmiechnął się promiennie. Wiedział, że zrobił wrażenie na rozmówcach, i sprawiło mu to wyraźną przyjemność. Z zadowoleniem pociągnął duży łyk ze swojej szklanki. Jego dobry nastrój dość niemiło kontrastował z ponurymi wizjami, które przed chwilą roztoczył, ale on zdawał się w ogóle tego nie dostrzegać.
- Czy są państwo usatysfakcjonowani moją opowieścią? Tego typu informacji poszukiwaliście?
- Tak. Najogólniej. Dziękujemy panu. Koniec końców nie powiedział nam pan jednakże, na czym polegają owe kulty. W co ci ludzie wierzą?
- O! To najmniej ciekawe. Koniec świata, apokalipsa, przetrwają tylko wybrani, trzeba przenieść życie na Marsa. Banał.
- A co z obrzędami opętania? - Natasza nie dawała za wygraną.
- Właśnie. Dobrze, że pani o tym przypomniała. To jest w sumie najbardziej interesujące. Ludzie ci wierzą, że w trakcie specjalnych obrzędów kontaktują się z nimi za pomocą telepatii kosmici. Określają ich terminem "bracia" albo "nasi kosmiczni bracia". Siebie też nazywają "braćmi", co zapewne ma podkreślić ich szczególną łączność z mieszkańcami kosmosu. Seanse te, które członkowie sekt nazywają "kontaktem", są z punktu widzenia religioznawstwa klasycznymi obrzędami opętania, czyli takimi, w czasie których we wtajemniczonego wciela się duch lub demon. W tym przypadku delikwenta opętuje nie demon, ale kosmita, i nie w wyniku działania nadprzyrodzonego, ale w wyniku kontaktu telepatycznego. Zasadniczo jest to typowe zracjonalizowanie dawnego wierzenia, mające przystosować je do współczesnych, dość niereligijnych czasów. Kosmici przekazują pewne prawdy czy też objawienia dotyczące natury świata i jego przyszłości.
- A co w tym jest takiego diabolicznego?
- Szkoda, że pani nie widziała takiego obrzędu - zaśmiał się profesor. - Albo człowieka opętanego przez któregoś z tych kosmitów. Nie zadawałaby pani takich pytań.

Gra w pochowanego

Autor: Przemysław Borkowski
Okładka: Dominik Broniek
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 9/2009
Seria wydawnicza: Asy polskiej fantastyki
Liczba stron: 280
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7574-125-4
Wydanie: I
Cena z okładki: 24,99 zł


blog comments powered by Disqus