Fragment książki "Mars"

Autor: Rafał Kosik

ROZDZIAŁ 31
Gęste czarne chmury i jaskrawo czerwone prześwity nieba na zachodzie. Ostry kontrast z rzędami kominów i kilometrami splątanych geometrycznymi mackami instalacji przemysłowych daleko na horyzoncie. Przedsionek piekieł. Nie! Piekło w pełnym majestacie.
Frachtowiec wciągał dwudziestometrowy trap. Działo się to przeraźliwie powoli. Ponure zamczysko podnosiło most zwodzony.
Spomiędzy rys, zacieków i osmaleń ledwo widać było litery tworzące napis "Yellowstone". Na stumetrowym rudoczarnym kadłubie zagrały żółte iskierki. Ludzie na dole biegnąc strzelali na oślep z prymitywnej broni palnej. Załoga, kryjąc się za ścianą, nie odpowiadała ogniem. Nie było po co. Nikt już nie mógł wsiąść - trap był kilka metrów nad ziemią, a hydrauliczne siłowniki wytrwale ciągnęły go do wnętrza.
Startery zaiskrzyły, oznajmiając kolejny etap awaryjnie przyspieszonej procedury startowej. Trap wsunął się do końca i na kadłubie zapłonęły światła pozycyjne. Otwór wejściowy zatrzasnął się z kilkoma szczęknięciami. Basowy pomruk rozszedł się po płycie lotniska i odbił od otaczającej go korony krateru. Z dysz buchnęła lodowata para, otaczając cztery szeroko rozstawione podpory białą zasłoną.
Bluznęło zimne paliwo, rozdmuchując kłęby mgły. Zapłon i oślepiający blask. Dysze zadrgały, wypełniając krater ogłuszającym rykiem. Kadłub zachwiał się nieznacznie, zrzucając z siebie pokrywę wszechobecnego pyłu. Gotycka wieża uniosła się na piekielnym płomieniu. Małe słońce sunęło w górę, spychając wszystkie inne barwy w czerń. Huk trząsł skałami.
Dwa kilometry wyżej rakieta wybiła otwór w chmurach, odrzutem spychając ich skrawki do postaci świecącego ukwiału, zwieszonego rozwierającąsię gębą w dół z falującego kożucha. Huk słabł, przechodząc w pomruk i dzwonienie w uszach. Potem nagle silniki ucichły, na przepisowej wysokości przekazując ciężar napędowi grawitacyjnemu. Przedtem okryte na kilka chwil jasnym blaskiem pobrużdżone góry i doliny spodów chmur znów stały się czarną powierzchnią. Czerwona rana zasklepiała się, powoli odpływając na zachód.
Pozostał dymiący beton, dalej ciągnący się brudną szarością aż do przeciwległej ściany krateru. Zwęglone ciała leżały wokół świeżo zaczernionej plamy. Kilka z nich, nieco dalej, beznadziejnie próbowało się odczołgać w przypadkowych kierunkach.
Tłum mniej odważnych dopiero teraz zbiegał w dół po zboczach, i atakował ogrodzenie portu. Ustąpiło pod naporem setek ciał. Ludzie w bezsilnej złości dopadli budynków technicznych. Jęli niszczyć wszystko: tłuc szyby, wyłamywać drzwi i rozbijać wyrzucone na zewnątrz meble i sprzęt. Większość jednak nie przyłączała siędo szaleństwa. Dwa, trzy tysiące. Stali tylko na zboczach i patrzyli. Czekał ich kilkudniowy marsz w przeciwną stronę. Po co tu przyszli? Na co liczyli? Na co liczyli ci wszyscy ludzie, matki, ojcowie niosący na plecach małe dzieci? Naiwnie mieli nadzieję, że znajdzie się dla nich miejsce w ostatnim transporcie.
Ostatnim transporcie na Ziemię. Czekały ich dwa lata spokoju, o ile brak nadziei można nazwać spokojem.
Jared czuł na twarzy gorąco, jakim wypełnił się kilkukilometrowej średnicy krater poniżej. Skórzany płaszcz automatycznie włączył chłodzenie, ale mężczyzna komendomyślą skarcił go. Szkoda energii. Zaraz i tak zrobi się zimno. Spojrzał na grava stojącego na zboczu nieco wyżej. Nawet nie zamknął drzwi. Nikt nie mógł go ukraść. Wspinaczka tutaj musiałaby zająć z godzinę, a w kabinie pilota był tylko jeden przyrząd - wolant. I to na wszelki wypadek. Cała reszta pojawiała się w polu widzenia dopiero po odpaleniu odpowiedniego programu i wprowadzeniu kodu.
Od strony odległego miasta zbliżało się stado czarnych kropek. Posiłki poniewczasie. Dopiero teraz ochrona portu ujawniła swoją obecność: strzelając z blasterów przez okna bunkrów centrum kontroli lotów, próbowała odgonić ludzi od drugiego statku, nazwanego może nieco ironicznie "November Rain", który miał tu pozostać przez niemal dwa lata. Może kiepsko celowali, może nie chcieli trafić. Większość ładunków smoliła plazmą czarne krechy na betonie daleko przed tłumem. Słabe ładunki, cienie sumienia.
Koniec widowiska. Jared wspiął się do grava, stojącego na czterech zgiętych nogach jak wielki, zardzewiały konik polny. Wszedł stromymi schodkami do wnętrza i usiadł w fotelu pilota. Pasy same go zapięły, a drzwi zamknęły się za nim z sykiem, hermetyzując wnętrze. Skrzela w tylnej części kadłuba rozpoczęły proces osmozy tlenu. Piętnaście procent, standard. Nie chciał tu pożaru.
Włączył konsolę mrugnięciem oka. Zielenią i pomarańczem zapłonęły zegary i kontrolki pojazdu. Zlustrował je wzrokiem. Wszystko OK. Rozejrzał się, na ile umożliwiały mu to przeszklenia, a zegary przemieszczały się razem z ruchem głowy, nic sobie nie robiąc z kształtów kabiny. Komendomyślą włączył radar i teraz kątem oka widział, na wskroś przez stalowy kadłub, kilometr z tyłu osiem nieostrych gravów policyjnych.
Komplant wszczepiono mu w wieku dziesięciu lat. To zbyt późno, by bawić się w rozszerzanie kąta widzenia do trzystu sześćdziesięciu stopni. Tak więc często musiał nakręcić się głową.
Nie miał chęci czekać na policję. Jeśli ulotni się spokojnie, nie powinni się nim zainteresować. Grav zamruczał generatorem pola i uniósł się kilka metrów nad skały. Nogi automatycznie złożyły się wzdłuż wgłębień kadłuba. Pojazd wyglądał jak dziesięciometrowa muszla poddana kilku deformacjom, zbliżającym ją kształtem do pękatego świerszcza. Zresztą Jared pieszczotliwie nazywał go "Skoczkiem". Przednia część wyższa niż szersza, jak zgnieciona w dłoniach piłka tenisowa z wyrastającym z górnej części grubym i tępo zakończonym ogonem.
Skoczek przechylił się w ostrym skręcie i odleciał w bok. Policja, zgodnie z przewidywaniami pilota, nie zainteresowała się nim. Jej zadaniem było usunięcie ludzi z płyty.
Jared skierował się do miasta, majaczącego skyline'em na ciemniejącym szybko horyzoncie, i włączył autopilota. Puścił wolant i zabrał się do przeglądania poczty, którą odebrał przelatując koło nadajników spaceportu. Było wystarczająco ciemno, by nie musiał zamykać oczu. Zawęził program kokpitu do ekranu alarmowego, resztę pola widzenia wypełniając kurierem poczty. Stwierdził, że infostrada na Ziemię nadal się korkuje. Już tydzień czekał na aktualizację serwisu archeologicznego. O przeglądaniu on-line nie było nawet co marzyć.
Jared uważał się za archeologa, choć nie odbył w tym kierunku żadnych oficjalnych studiów. Na marsjańskichuniwersytetach nie było, z oczywistych względów, odpowiedniego kierunku, a studiowanie korespondencyjne na Ziemi było niemożliwe ze względu na zapychające się łącza publiczne. Prywatny kanał na Ziemię przekraczał jego możliwości finansowe, choć Jared nie mógł narzekać na ubóstwo. Całą swoją wiedzę teoretyczną czerpał z publikacji wyszukiwanych w ziemskim necie.
Stery przejęła kontrola naziemna. Jared nie oponował - komputer nie wczytał jeszcze aktualnej mapy miasta. Skoczek włączył się do rzadkiego strumienia pojazdów, zostawiając za sobą kilometry fabryk pokryte plątaniną rur, rzędami betonowych hangarów, skupiskami kominów. Małe śmigacze służb technicznych polatywały niżej, błyskając pomarańczowymi lampkami, airbusy przewoziły robotników, a niewielkie pojazdy z konserwatorami sprawdzały stan techniczny urządzeń. Za ochronnym pasem piasku, z szarego smogu wyłaniał się Nowy Londyn.
Nie było tu przedmieść zastawionych kilkupiętrowymi domkami. To od lat było nieefektywne. Tutaj od razu z ziemi wyrastały pięćdziesięciopiętrowe mieszkaniowce. Bliżej centrum dochodziły do stu czterdziestu pięter. Ciemne mury i prostokątne zakurzone okna od ziemi po dach. Tylko w tym jednym mieście w takich przechowalniach żyło ponad siedemdziesiąt milionów ludzi.
W powietrzu mimo późnej pory robiło się gęściej. Coraz więcej holoboardów, reklamujących wszystko co możliwe, poruszało się równolegle do gravów w minimalnej przepisowej odległości od korytarza powietrznego. Pierwsze cyberreklamy odbijały się od przygotowanego na to komplanta. W dolnym rogu pola widzenia pojawiło się coś, czego Jared szczególnie nie lubił - ikona Suflera Prawnego, podpowiadacza przestrzegającego przed popełnieniem przestępstwa. Przepisy zmieniały się często i nie sposób ich było spamiętać.
Gęsta, wysoka zabudowa wymuszała sprawny i pojemny system komunikacji. Wysokie budynki były bezpieczniejsze. Zachowywały się stabilnie podczas trzęsień ziemi, a centralny system oczyszczania powietrza i odzyskiwania tlenu gwarantował wyższy poziom niezawodności niż indywidualne, domowe agregaty poprzedniej generacji.
Łyse trzony wież elektrolitycznych wciąż górowały nad miastem - ten widok zawsze wzbudzał w nim niejasne emocje. Nie lubił ich, ale też przed nimi nie uciekał. U ich stóp z brudnego klepiska wystawały kikuty uschniętych drzew i popękana szklana kopuła. Nie było pod nią śladu po stawie, który pamiętał z dzieciństwa. Domy Centralnego Kręgu zamieszkiwała teraz biedota, w przeciwieństwie do bogaczy nie obawiająca się upadku wież. Nieco dalej stał smukły ratusz, będący w praktyce pałacem prezydenta. Wyglądał jak organiczna w kształcie, pełna obłości termitiera z pionowymi bruzdami, w których kryły się szparkowe okna przywodzące na myśl średniowieczne otwory strzelnicze. Termitiera ustępowała wysokością trzem wieżom tlenowym, ale i tak nie sposób jej było nie zauważyć. Wystawała znacznie ponad okoliczne biurowce i oddaloną o kilka kilometrów, świecącą żółtą łuną, dzielnicę rozrywkową.
Mars nie był już jednolitym państwem, nawet jeśli i przedtem były to tylko pozory. Bezsensowną i wyjątkowo niemrawą wojnę Północy z Południem przerwały oddziały z Ziemi. Wojsko weszło, przejęło władzę i pozostawiło ją w nowych rękach. Parlament planetarny nadal istniał, ale miał znacznie mniejszą władzę. Planeta została podzielona na obszary podległe większym miastom. Oficjalnie Mars był teraz federacją. Makroregiony, dyskretnie nadzorowane przez ziemskie mocarstwa i korporacje, dzięki gruntownym zmianom legislacyjnym, zapoczątkowanym trzydzieści pięć lat wcześniej przez Ustawę Paliwową, zamieniono w wielkie fabryki. Zniesienie ograniczeń industrializacyjnych miało na celu szybki rozwój Czerwonej Planety i uniezależnienie jej od Ziemi. Zgodnie z przewidywaniami pesymistów, udało się zrealizować tylko pierwszy z tych celów.
Instalacje przemysłowe ciągnęły się nieraz bez przerwy przez dziesiątki kilometrów i ciężko było jasno określić, do kogo należy który fragment. Najważniejsze, że całość działała nad wyraz sprawnie. Szczegółowe plany budowlane nie istniały. Było tylko ogólne założenie, a połączone w niezależną sieć superkomputery projektujące, komplanty budowniczych i komputery pokładowe robotów budowlanych, na bieżąco tworzyły plany budowy, rozbudowy i modyfikacji struktury, wyprzedzając zaledwie o kilka godzin sam fizyczny proces budowania. Patrząc na wszystko z góry można było wyobrazić sobie mechaniczo-elektryczne organizmy wyposażone w niezależne organy, włącznie z rozproszonym ośrodkiem decyzyjnym, służbami bezpieczeństwa, konserwacyjnymi, logistycznymi i wieloma innymi. Napotkawszy na drodze rozwoju inny organizm nie podejmowały walki, ale łączyły się w symbiozie, stopniowo przeradzającej się w całkowite zjednoczenie.
Nowy ład miał zapewnić pokój i stabilny rozwój.I zapewnił. Teraz wojna, nawet wygrana, byłaby klęską ekonomiczną.
Ludzie, mimo pogarszającej się sytuacji ekologicznej, a może właśnie z tego powodu, nie przestawali się mnożyć, choć krzywa przyrostu naturalnego z wolna się poziomowała. Od wielu lat emigracja z Ziemi była znikoma - ludzie próbowali coraz częściej uciekać z Marsa. Ceny biletów powrotnych były bardzo wysokie i rosły nadal. Powodów było wiele, a główny z nich najbardziej banalny z możliwych: bezpieczna, czysta i bogata Ziemia nie chciała powrotów. Jednak naturalną barierą, o wiele skuteczniejszą niż cena, była większa grawitacja. Każdy wracający człowiek już na miejscu musiał ponieść ogromne koszty, choćby wielostopniowej rehabilitacji wzmacniającej szkielet i mięśnie. Jeśli się miało więcej niż czterdzieści lat, to nie było po co wracać, chyba że resztę życia chciało się spędzić na wózku. Dla zdrowych, młodych ludzi powrót do silnego ciążenia również nie był przyjemny, aci urodzeni na Marsie, z powodu swego nadnaturalnego wzrostu, do końca życia na Ziemi musieli walczyć z bolesnymi problemami układu mięśniowo-szkieletowego. Jeśli nawet zdołali się przystosować, to trzeba im było jeszcze zapewnić solidne podstawy do funkcjonowania w innym, bardziej skomplikowanym pod względem technicznym i kulturowym środowisku. Do tego wszystkiego rakiety wracające na Ziemię zaczęły coraz częściej ulegać niewyjaśnionym katastrofom. Najczęściej było to przebicie, lub choćby gwałtowne rozszczelnienie przedziałów pasażerskich.
Ludzie byli potrzebni na Marsie. Byli tańsi od automatów. Produkowali, a raczej reprodukowali się sami i można ich było przekwalifikować całkowicie w ciągu kilku sekund. Czyściciel kanałów wentylacyjnych mógł załadować sobie program pilotażu latającego dźwigu, usiąść za jego sterami i po kilkuminutowej rozgrzewce rozpocząć pracę. Praca przy taśmie przestała być nużąca, odkąd pracownik mógł w dowolnym momencie pozostawić ciało pod kontrolą komplanta i robić to, na co tylko miał ochotę, wewnątrz własnej głowy. Choćby obejrzeć film, zagrać w nim, przerobić scenariusz, zmienić profil zapachów, zintensyfikować ścieżkę empatyczną, albo zwyczajnie przespać się. Komplant sterował ciałem znacznie precyzyjniej niż sam mózg. W wielu zawodach wręcz nie wolno było wyłączyć go w czasie pracy. Odradzano nawet pasywną obserwację, jako czynnik mogący zakłócać współpracę układu nerwowego z wszczepionymi interfejsami.
Kwitł zatem przemysł rozrywkowy, pozwalający zabić jakoś czas w pracy i po pracy. Skoro komplant zastąpił wszelkie inne towarzyszące człowiekowi gadżety, cała para poszła w jego oprogramowanie.
Muzyka szła wprost do ośrodka słuchu, obraz do ośrodka wzroku i tak dalej. Znikły wręcz materialne nośniki danych. Odłączenie się od ciała eliminowało nawet mimowolne ruchy gałek ocznych i skurcze mięśni twarzy. Oczywiście istniało wiele zawodów, wktórych multitasking układu komplant-mózg był niewystarczająco wydajny do jednoczesnej pracy i zabawiania mieszkańca ciała. Świadomość trzeba było więc czasowo wyłączać.
Po powrocie do domu szara klita mogła stać się ekskluzywnym apartamentem, każdego dnia innym. Brzydka żona dostawała ciało długonogiej modelki. Profil zawierał pełen emulator wrażeń dotykowych, zapachowych i smakowych. Prawdę mówiąc, emulować żonę dawało się i bez materialnej bazy. Tym bardziej że małżeństwa były coraz rzadsze.
Teoretyczna granica możliwości cyfrowego eskapizmu leżała daleko poza granicami wytrzymałości ludzkiego mózgu, toteż na software nakładano liczne ograniczenia. Praktyka pokazała, że i tu nie istnieją zabezpieczenia nie do złamania.
Z jednej strony człowiekowi na zdrowie wychodziła zamiana narkotyku na fantomatyczny sen o nim, z drugiej - możliwość ciągłego podkręcania doznań w którymś momencie kończyła się przesterowaniem i katastrofą. Zabawnei niewinne z pozoru programiki-żarty, jak choćby "upsidedown", potrafiły doprowadzić do tragedii. Doprowadzały do nich także źle używane programy szanowanych producentów, czy plączące się po systemie wirusy. Ich ataki dotykały głównie biednych, nie posiadających kosztownych zabezpieczeń.
Od tego wszystkiego właśnie Jared coraz częściej i na coraz dłużej uciekał w pustynię.
Skoczek został naprowadzony nad jedno z okrągłych lądowisk wystających wprost z termitiery. Pojazd łagodnie wylądował. Jared był pewien, że lądowisko chronią selektywne generatory pola. Inaczej podczas deszczu połączonego z silnym wiatrem ludzie doznawaliby tutaj ciężkich, nawet śmiertelnych poparzeń. Wyszedł na płytę lądowiska. Widok bliskich przepaści po obu stronach napawał go strachem. Pewnie czuł się na poziomie ziemi. Jeśli ponad nią, to tylko w kabinie Skoczka.
Noc robiła się zimna. Włoski wewnątrz płaszcza nastroszyły się, zamieniając go w kożuch.
Przed kładką prowadzącą do wnętrza budynku, w asyście dwóch strażników, stał urzędnik w oficjalnej, szarej todze. Podszedł do Jareda uśmiechając się. Podali sobie ręce. Ciekawe, jak bardzo znaczenie tego gestu zmieniło się w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Komplant Jareda potwierdził otrzymanie wizytówki: Gael, administrator zasobów wodnych. Ważne ale niewdzięczne stanowisko.
- Grant... Grant... - Gospodarz zmrużył oczy w udawanej zadumie. - Coś mi mówi to nazwisko.
- Mój ojciec był senatorem, szefem Komisji Terraformowania. Wtedy, gdy uderzyła Ice Cube.
- Pamiętam. Aresztowali go. Odbył się proces pokazowy.
- Niestety, już po jego śmierci.
Gael gestem wskazał kładkę prowadzącą do portalu wejściowego nie większego niżs ąsiadujące z nim okna: dwa metry szerokości i dziesięć wysokości. Pałac był większy, niż się wydawało. Ponad dwunastometrowe kondygnacje... Rozrzutność.
Kładka miała dwa metry szerokości, ale Jared miał wrażenie, że zarazpotknie się o własne nogi i zleci w przepaść. Mijając wejście poczuł delikatne szarpnięcie za włosy. Pole selektywne. Tutaj też. Selektywne generatory pola dały człowiekowi przewagę w walce z pustynią. Zatrzymywały luźne ziarenka piasku i pył, przepuszczając bez przeszkód większe obiekty. Najczęściej ustawiano je tak, by opór zanikał już w okolicy kilograma jednolitej masy. Lżejsze obiekty dawało się przenieść przez barierę przyciskając je do ciała. Kobiety miewały problemy z bujnymi fryzurami, ale poza tym generatory selektywne były genialnymi wynalazkami. Niestety, wciąż daleko im było do takiej doskonałości, jaką obiecywali pracujący nad nimi inżynierowie. Cząstki dymu czy pary wodnej przelatywały przez zaporę bez przeszkód.
- Wkrótce po jego śmierci ludzie przekonali się, że projekt, w którym uczestniczył, byłby zbawieniem dla Marsa, gdyby przeprowadzono go w inny sposób - kontynuował Gael, prowadząc przez monumentalny korytarz.
- Gdyby go nie przerwano.
- Pamiętam doskonale. To wtedy raptownie zaczął się kończyć tlen. Ale my przecież kontynuujemy ten projekt.
- Zasadniczo różni się od pierwowzoru.
- Płaszcza nie chce pan zdjąć? Mamy pilnie strzeżoną szatnię.
- Wolę nie.
Kilka kroków dalej sufit korytarza obniżył się o połowę. Sześć metrów wysokości. Pomieszczenia techniczne miały pewnie jeszcze o połowę mniej.
- Pomyśleć, że zaledwie ćwierć wieku ziemskiego temu wszystko trzeba było tutaj przywozić - powiedział Gael. - Teraz osiemdziesiąt procent przemysłu w Układzie Słonecznym znajduje się na Marsie.
- Ale nasze produkty są dostępniejsze i znacznie tańsze na Ziemi niż tu. A tlenu jest jeszcze mniej niż było.
- Fabryki są tak zaprojektowane, żeby nie przerywać pracy nawet przy zerowym stężeniu tlenu.
- A ludzie?
- Ten pałac jest hermetyczny. Mieszkaniowce też, jeśli się o nie zatroszczyć. Aaa... pan mówi o t a m t y c h ludziach? Nie mamy na to wpływu. Historia...
Takie nastały czasy. Populacja wynosiła trzy i pół miliarda ludzi. Miejsc w hermetycznych budynkach, podobnie jak pracy, nie starczało dla wszystkich.
Korytarz zakręcił i weszli na galerię okrążającą ogromną, wysoką na kilka kondygnacji salę. Jared na moment zwolnił kroku, ale zapanował nad sobą. Znów nie było barierki. Salę, na różnych poziomach otaczały zatłoczone galerie, a w jej środku, na sztucznej skale, eksplodował zielonością rajski ogród. Na szczycie biło źródełko; woda kaskadami spływała do jeziora otaczającego skałę trzydzieści metrów niżej. Ptaki. Zamknięte w niewidzialnej klatce grawitacyjnej krążyły wokół drzew, świergotem wypełniając powietrze. Jeśli któryś oddalił się zanadto od skały, był ściągany wstecz jak zabawka na gumce.
Jared dogonił Gaela, gdy tamten wchodził na pomost windy: okrągłego kawałka podłogi odstającego z galerii. Stanął na miękkich nogach dokładnie na środku. Wsiadły jeszcze dwie osoby. Nikt się nie stresował - wiedzieli, że z pomostu nie da się spaść - pole było zbyt silne. Winda ruszyła w górę. Jared wczytał z serwera budynku program obsługi komunikacji. Trochę pomogło: przy krawędziach pojawiły się transparentne przyciski z numerami pięter, dając złudzenie fizycznej obudowy. Przeglądając interfejs znalazł emulator tradycyjnego biurowca, który zawierał przeszklone windy z poręczami. Już wysiadając z platformy wybrał tę opcję, i wszystkie platformy w wielkiej sali zamieniły się w odbijające zieleń szklane kabiny.
Skręcili w korytarz. Minęli kilka zakrętów.
- Tu mamy wolny gabinet - powiedział Gael, gdy otworzyły się przed nimi drzwi do niewielkiej pustej sali. - Cenię sobie pewne... tradycyjne rytuały.
Przekroczyli próg i wnętrze zamieniło się w angielski gabinet z połowy XXI wieku. Regały z książkami, kominek dający światło i złudzenie ciepła. Biurko, obite skórą meble, mosiężna lampa. Pojawiło się nawet okno z widokiem na nocne miasto. Styl uwielbiany przez znakomitą większość polityków i urzędników wyższego szczebla w tym mieście.
Gael wskazał gościowi jeden z foteli i obszedł biurko. Wysunął kilka szuflad, wyciągnął jakieś papiery.
- Niech pan siada - powiedział, widząc minę Jareda. - W tym fotelu naprawdę da się siedzieć. Tutaj wszystko działa.
Jared spróbował usiąść. Nie upadł na podłogę, choć wrażenie było takie, jakby siedział w sprężystym hamaku, a nie na solidnym skórzanym meblu. Tak czy inaczej, wysoki poziom iluzji - kosztowna sprawa. Wyciągnął z półki książkę. "Władca Pierścieni". Nic nie ważyła, była niematerialna. Otworzył gdzieś w środku, na przypadkowej stronie, nie czując oporu papieru. Białe kartki w ułamku sekundy wypełniły się tekstem. Zamknął i odstawił na półkę. Sama wskoczyła jak wessana na swoje miejsce.
Gael usiadł na fotelu obok. Wręczył Jaredowi plik kartek, również niematerialnych. Ten nie wiedział, co znimi zrobić.
- To dane do pańskich poszukiwań, lokalizacja kwatery i wszelkie pozwolenia. Niech pan schowa pod płaszcz.
Jared schował. Kartki znikły, a kurier poczty potwierdził odebranie plików.
- Nie lubi pan tak zaawansowanych wizualizacji - powiedział Gael, widząc jego minę.
- Używam ich tylko do poszukiwań. Jeśli to możliwe, staram się oglądać świat własnymi oczyma.
- Świat, który nas otacza, jest fikcją. Ta fikcja to wynik wielu miliardów lat rozwoju życia, wielu milionów lat rozwoju naszego gatunku i wielu tysięcy lat rozwoju cywilizacji. Nasze postrzeganie świata polega na dopasowywaniu bodźców zewnętrznych do schematów zakodowanych w mózgu. Nasze oczy i połączone z nimi nerwy działają inaczej niż wzrok, dajmy na to, kota. To, co widzi kot, różni się znacznie od tego, co my widzimy. Nasza percepcja jest determinowana również przez wychowanie. Pan, przeglądając chińskie ideogramy, nic nie zrozumie, tymczasem dla Chińczyka to naturalne źródło łatwo przyswajalnych informacji.
Tego, co widzimy, naprawdę nie ma - to tylko nasz mózg tak przetwarza rzeczywistość, byśmy mogli poprawnie funkcjonować. Nawet proste triki i złudzenia optyczne łatwo wprowadzają nasz wbudowany przez naturę, że tak go nazwę: filtr rzeczywistości, w błąd, a to już wystarczający dowód na to, jak bardzo przetworzony jest odbierany przez nas obraz. Wszystko, co dociera do nas za pośrednictwem maszyn, jest tylko kolejną warstwą oddzielającą nas od rzeczywistości, ale i dodającą nowej jakości naszemu poznaniu.
- Ładnie powiedziane, ale pozwolę sobie pozostać przy własnym zdaniu.
- Pan jest archeologiem... - mruknął Gael, lustrując go wzrokiem. - Złą planetę pan wybrał. Marsjanie to postacie z bajek. My jesteśmy Marsjanami. Pierwszymi prawdziwymi. Złośliwi mówią, że i ostatnimi.
- Słyszę to codziennie niemal od czterdziestu lat - odparł Jared, patrząc na administratora z wytrenowaną cierpliwością. - Archeologia to moje hobby. Staram się, żeby nie kolidowała z pracą.
- Posiada pan specjalne zdolności odkrywania złóż wody...
- Czyż nie dlatego mnie pan wezwał, administratorze? Mogę odkryć cokolwiek, co znajduje się pod ziemią. Zaglądam do wnętrza planety, tak jak pan ogarnia wzrokiem wnętrze tej sali.
- Gabinetu. Zapoznałem się z referencjami... Pan naprawdę jest taki dobry, czy to tylko zasługa dobrego programu?
- Program komplanta po długim używaniu asymiluje się. Staje się odruchem, naturalną zdolnością.
- Ścisła współpraca żywego z nieożywionym. Uninstal niemożliwy, jak sądzę. Zawsze mnie to niepokoiło. Osobiście nie używam żadnego programu w jednej konfiguracji dłużej niż kilka miesięcy. Tak, wiem. System operacyjny mózgu, nazwijmy to tak, nawet bez komplanta i tak prekonfiguruje nerwy dłoni, by skrócić czas reakcji. Nie ufam więc do końca możliwościom bezpiecznego przekwalifikowywania robotników. Kto jest producentem tego pana software'u?
- To nieistotne. Dalece zmodyfikowałem wstępny kod, a jedyna kopia znajduje się tu. - Wskazał na swoją głowę. - Upload również jest niemożliwy.
Do gabinetu weszła ubrana w półprzeźroczysty strój młoda kobieta, niosąc tacę z dwoma kubkami. Podała je mężczyznom i wyszła kręcąc biodrami. Kawa. Prawdziwa.
- Jak to się dzieje, że najczulsze aparaty nie znajdują wody tam, gdzie panu się to udaje? Używa pan chyba wciąż tych starych emiterów pirotechnicznych.
- Zdobycie danych, a ich analiza, to dwa oddzielne problemy. Jestem pewien, że próbował pan wcześniej wielu bardziej konwencjonalnych metod.
Gael uśmiechnął się krzywo.
- Oczywiście. Uchodzi pan za półszarlatana.
- Nigdy nie biorę pieniędzy z góry. Jak nic nie znajdę, odchodzę z niczym. Płaci mi pan za efekt.
- A jednak ma pan całkiem ładny pojazd. Nieco zaniedbany z wierzchu, ale założę się, że to celowy kamuflaż.
- Zakup dobrego sprzętu zwraca się po pierwszej awarii, która nie nastąpiła.
- Jakoś pan na niego musiał zarobić. Doceniam to, co pan zrobił... ze swoim umysłem. To spore wyrzeczenie.
- Proszę mnie nie żałować. To nowy wymiar percepcji.
Gael pociągnął spory łyk kawy i skrzywił się z niesmakiem.
- Ile czasu potrzebuje pan na znalezienie wymaganej ilości wody? - zapytał, ocierając usta.
- Dzień, tydzień, miesiąc. Może tam wcale nie ma wody.
- Pewne ramy czasowe musimy określić. Inwestycje nieco zwolnią na czas przerwy w komunikacji z Ziemią, ale i tak do wyznaczonego obszaru poszukiwań zbliża się linia rozbudowy. Dlatego zresztą zdecydowałem się na pana usługi. Ma pan maksymalnie tydzień i nie wolno panu przekroczyć wyznaczonej granicy obszaru. A tak przy okazji: czy pan coś kiedykolwiek znalazł? Mówię o... pańskim hobby.
- Niestety. Tylko nasze śmiecie.
Gospodarz wstał, dając do zrozumienia, że spotkanie dobiegło końca. Jared chciał odstawić kubek z nie dopitą kawą na stolik, ale nie miał pewności, czy to możliwe. Postawił go więc na podłodze.
Gael, przepuszczając go w drzwiach, powiedział jeszcze, zniżając konspiracyjnie głos:
- Co wieczór urządzamy tu nieoficjalne przyjęcia dla kręgu wybranych gości. Może zechce się pan rozerwać?
- Muszę się wyspać.
- Proszę pamiętać, że zaproszenie jest aktualne do końca pana pobytu...
- Dziękuję, ale ja codziennie muszę być wyspany.
- Stawianie emiterów pirotechnicznych zajmuje dużo czasu. Czemu nie zastosuje pan nowszej technologii?
- Ponieważ chcę coś znaleźć.

ROZDZIAŁ 32
Cichły echa podziemnych eksplozji. Fale o różnych częstotliwościach biegły przez grunt, załamując się w jedyny, niepowtarzalny sposób.
Następne pół minuty ruchome kolorowe cienie przyprawiały go o zawrót głowy. Software skanera układał mu pod czaszką wypadkowy obraz, rozwiązując układ równań z setkami niewiadomych.
Nie trzeba było nawet poprawiać ustawienia emiterów. Kilkadziesiąt rzutów przestrzeni zaginało się już, dążąc do jednolitej wizualizacji. Znajomy dreszcz przeszedł ciało poszukiwacza. Obrazy przyspieszyły i wskoczyły na swoje miejsce, tworząc jeden superobraz. Wizja skrystalizowała się bezbłędnie. Wirtualnym oczom Jareda ukazał się fantastyczny krajobraz sięgający na dwa kilometry w dół. Uczucie, jakiego za każdym razem doznawał, przypominało lęk wysokości, jakby stał na skraju przepaści. Ale on nie stał na skraju - unosił się ponad przepaścią, z dala od krawędzi. Widział kolejne warstwy skał, ale też patrzył przez nie na wskroś.
Kres zasięgu fal wypadał na grzbiecie wielkiego brunatnego jeża. Jego pogięte kolce wspinały się w górę i na boki. Kiedyś była to płynna magma, pod ogromnym ciśnieniem szukająca drogi ucieczki przez szczeliny wyżej. Kilka kolców ułamało się i przesunęło, dokumentując sejsmikę tego rejonu z czasów, gdy na Ziemi nie było jeszcze gadów.
W niecce czterysta metrów pod powierzchnią bez trudu zauważył błękitną amebę H2O. Bingo za pierwszym strzałem. Nad nią leżało gruzowisko ciężkich minerałów. Nic dziwnego, że zwykły sonar nic nie znalazł.
Jared przeszedł kilka kroków, notując w pamięci komplanta wielkość i dokładną pozycję złoża oraz kąt, pod jakim należało nawiercić szyb, by uniknąć twardych skał. Właśnie zarobił na pół roku dostatniego życia. Przyjemność zejścia w głąb ziemi zachował sobie na wieczór w łóżku.
Echo... echo zupełnie nieznanego typu z samego krańca obszaru. Słabe, ale... to coś nowego... Momentalnie stracił zainteresowanie amebą. Przesterował kontrast, zamieniając świat pod stopami w pop-artową grafikę 3D. Żółty cień regularnego graniastosłupa wybił się jaskrawą plamą z brunatnej płaszczyzny tła. Pobiegł w jego stronę, wywołując mapy historyczne rejonu, choć pamiętał, że nigdy niczego tu nie budowano. Odruchowo wetknął do ust wężyk podajnika tlenu. By się nie potknąć, na powrót osłabił kontrast i transparentność piasku, i biegł, biegł, biegł.
Odzwyczajony od wysiłku, zdyszany opadł na czworaki. Z ust zwieszała mu się nitka śliny. Wytężając wzrok próbował przebić prawie już nieprzejrzysty w tym miejscu piasek. Ledwie widoczny żółty cień: kąt prosty, równe krawędzie. Narożnik budynku? Fundament? Dwadzieścia metrów w dole. Majaczył słabo po kilku odbiciach od podziemnych formacji.
Mroczki przed oczyma... Sięgnął ręką i znów zagryzł ustnik. Kilka wdechów tlenu przywróciło jasność myślenia, ale nie zlikwidowało zmęczenia. Opadł na piasek i przetoczył się na plecy. Patrzył na sunące monotonnie gęste chmury. Rozrzucił szeroko ramiona i wbił palce w piach. Zaczął się śmiać. Przebiegł prawie kilometr... Nie miał siły wstać i iść do Skoczka po następne emitery. Starczyłyby trzy...
Skoczek... przecież może go wezwać stąd...
Po chwili patrzył na siebie z góry kamerami grava. Leżał na brzegu głębokiego, przejrzystego jeziora - nie wyłączył wizualizacji skanera.
Jezioro znikło, gdy pojazd dotknął piasku. Jared wstał i na miękkich nogach podszedł do otwierającego się włazu. Wyjął trzy emitery małej mocy. Ustalił trójkąt o boku pięćdziesięciu metrów i wbił emitery na jego trzech wierzchołkach. Odbezpieczył. Stanął z boku i komendomyślą odpalił ładunki. Trzy fontanny piasku wystrzeliły w powietrze. Tym razem echa nakładały się mniej niż ćwierć sekundy.
Poszukiwacz aż krzyknął z wrażenia. Potem stał przez minutę, patrząc szeroko otwartymi oczami na wirtualną nieckę, w której unosił się żółty cień niemal kompletnego obrysu budynku.
Marsjanie? Ślady Marsjan? Może to tylko nie naniesiona na mapy farma? Wygląda na dzieło ludzkich rąk: wszędzie kąty proste... Tam jest sień, tutaj dwa pokoje, tam następne dwa i chyba... kuchnia. Widać też fragment schodów na piętro. To... parter, nie fundament. Budynek nie był podpiwniczony. Brakowało też piętra.
Na Marsie z dala od miast wolnostojące budynki ludzi zazwyczaj przypominały iglo... Ten był kanciasty jak mieszczańska kamienica, jak dwór. Ale czy to możliwe, żeby Marsjanie budowali domy tak podobne do tych na Ziemi? Entuzjazm poszukiwacza powoli gasł. Po namyśle przyznał, że najpewniej odkrył zwykły ludzki budynek zniszczony przez pustynię Obszedł go dookoła. Poprzednia aproksymacja była przesunięta o pół metra. Jej blady cień wisiał obok aktualnego. Kilka minut zajmie programowi synchronizacja wyników.
Warto by to odkopać i prawdziwymi oczami przyjrzeć się detalom.

Mars

Autor: Rafał Kosik
Wydawnictwo: Ares
Miejsce wydania: Katowice
Wydanie polskie: 4/2003
Seria wydawnicza: Żółta Seria
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788391841037
Wydanie: I
Cena z okładki: 26,99 zł


blog comments powered by Disqus