Eksterminator i niewiniątko


Dla Kaczyńskiego Tusk to był ten Tusk, który wtedy gdy on wspierał pierwszy i jedyny rząd próbujący ukrócić władzę postkomunistycznego Układu, siedział na nocnej naradzie u Wałęsy i pomógł się Układowi obronić. A Rokita to był ten Rokita, który jako szef Urzędu Rady Ministrów u Suchockiej co najmniej akceptował nielegalne operacje Lesiaka i innych Wałęsowskich ubeków przeciwko "opozycji antypaństwowej". Z kolei dla Tuska i jego otoczenia Kaczyński to był wciąż ten nawiedzony dekomunizator, zagrażający polskiej demokracji, niszczący wszystko w imię swych obsesji, jakiego przez całe lata "demaskowali" intensywnie i którym straszyli moraliści z mediów. Obie układające się strony nie wierzyły sobie nawzajem ani odrobinę. Kaczyński zakładał,  że ma przed sobą gangsterów, którzy przede wszystkim chcą stworzyć sytuację umożliwiającą im sparaliżowanie reformatorskich i antykorupcyjnych poczynań powstającego rządu, a w dogodnej chwili - zniszczenie go.
Tusk zakładał, że ma do czynienia z paranoikiem opętanym żądzą władzy, który wykorzysta każde ustępstwo do zaszkodzenia koalicjantowi, a wyłączności na dysponowanie państwowym aparatem przymusu domaga się po to, aby w odpowiedniej dla siebie chwili pod byle pretekstem wsadzić koalicjantów do więzienia, zniszczyć demokratyczne instytucje i ogłosić się, pod hasłem sanacji państwa, dyktatorem.
Mówiąc nieco mądrzej, obaj politycy, a za nimi ich współpracownicy i podwładni, przez cały czas poruszali się w innych logikach. Kaczyński poruszał się w tej samej co na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych logice rewolucji. Bo dla niego rewolucja Solidarności wciąż trwała (a myślę, że i teraz, gdy piszę te słowa, i teraz, gdy Państwo je czytają, wciąż trwa) i domagała się dokończenia. Dokończenie jej, poprzez ostateczne rozbicie tego, co Kaczyński nazwał postkomunistycznym Układem, a więc struktur, które sprawiły, iż III Rzeczpospolita bardziej przypomina państwa latynoskie niż anglosaskie, było czymś więcej niż politycznym planem - było moralnym zobowiązaniem. Wielkim Celem. Czymś w rodzaju krucjaty.
Tusk nie należy do polityków, którzy kierują się podobnymi motywacjami; choć różnica wieku między protagonistami nie jest duża, lider PO wydaje się już przedstawicielem innego pokolenia, polityka bardziej jest dla niego grą i drogą kariery niż, jak dla formacji pokoleniowej, z której wywodzą się Kaczyński i Michnik, Wielkim Zobowiązaniem Wobec Historii. Ale z różnych względów przyjął on logikę stworzoną u zarania III RP przez michnikowszczyznę, płynącą z podstawowego założenia: nie ma demokracji dla wrogów demokracji. Nie tworzył jej, nie wiem, na ile szczerze ją podzielał - w każdym razie posługiwał się nią do usprawiedliwienia swojego postępowania; wiem, że brzmi to niejasno, wyjaśnię sprawę za chwilę. Wedle tej logiki do prawomocnego sprawowania władzy nie wystarczy zdobyć w wyborach większości głosów albo stworzyć koalicji dysponującej w parlamencie większością mandatów. Trzeba jeszcze mieć do rządzenia tytuł moralny, swoisty dopuszczający certyfikat, dający gwarancję, że się nie wprowadzi kraju na prawicową równię pochyłą, wiodącą nieuchronnie ku faszystowskiej dyktaturze. W imię tej logiki rząd Olszewskiego traktowany był w dyskursie publicznym lat dziewięćdziesiątych nie jako po prostu zły rząd, choćby najgorszy, ale z tej samej bajki co inne - ale jako, jak to ujął Jacek Kuroń, "koszmarny sen". Zły rząd, zła koalicja parlamentarna mogą się zdarzyć. Siły - "demony", by użyć jednego z ulubionych słów michnikowszczyzny - w jej przekonaniu ożywiające prawicę, której liderem ostatecznie stał się Kaczyński, muszą być trzymane pod nieustanną strażą, uśpione, zamknięte. W żadnym wypadku nie wolno dopuścić, by wymknęły się spod kontroli (jak to się omal nie stało "nocą długich teczek", w chwili "koszmarnego snu"), i nawet jeśli jakimś kaprysem doszły do władzy, to taka władza jest  władzą nieprawomocną, nieliczącą się, niezasługującą  ani na szacunek, ani na posłuszeństwo.
Kultywowanie takich przekonań oczywiście wyklucza porozumienie, nie tylko pomiędzy zwaśnionymi liderami. Także pomiędzy stronnictwami, a w szerszym planie - pomiędzy grupami społecznymi. W najszerszym zaś - jeśli ten sposób rozumowania się upowszechnia, a właśnie jego upowszechnienie było podstawową cechą dwóch ostatnich lat polskiego życia publicznego, zamieniając je w czas wrzeszczących staruszków, bardzo utrudnia funkcjonowanie demokracji, jeśli nie uniemożliwia jej w ogóle. Debata publiczna, w której każda ze stron uważa się za jedynego reprezentanta słusznej sprawy, a przeciwników za zagrożenie dla wartości i moralnego ładu, nie jest żadną debatą publiczną, tylko pełną krzyku małpiarnią.
Wrócę do tego jeszcze; na razie skończmy sprawę niedoszłej koalicji, podczas której negocjowania potencjalni koalicjanci nie tylko, że nie ufali sobie w najmniejszym stopniu, ale wręcz odmawiali sobie nawzajem prawa do wpływu na kluczowe dla państwa dziedziny.
Mam w pamięci zachowanie jednego z ważnych wówczas liderów Platformy wkrótce po ogłoszeniu wyniku wyborów prezydenckich. Na zapleczu studia TVN24, gdzie mijali się zaproszeni komentatorzy i politycy, ktoś zagadnął o resorty, których Platforma będzie się domagać dla siebie - na co zagadnięty z wyraźną pasją oznajmił: żadnej koalicji nie będzie, mowy nie ma! Jak tak ludzie zagłosowali, to niech teraz mają, niech nimi rządzi Kaczyński z Lepperem! Zobaczymy, co powiedzą za parę miesięcy!
Oczywiście, wypowiedź jednego polityka, bardzo przeżywającego wówczas emocje chwili (jeśli Państwo już nie pamiętają, to przypomnę, że liderzy PO do ostatniego momentu prezentowali się na bilbordach jako "premier z Krakowa" i "prezydent Tusk"; przegrana była szokiem, po którym większość platformersów, od tych najważniejszych począwszy, zachowywała się przez czas długi, jakby ich obito drągiem). Ale też nie śmiałbym Państwu zawracać tą historyjką głowy, gdybym nie był pewien, że to, co wtedy usłyszałem, odzwierciedlało poglądy panujące w otoczeniu Donalda Tuska. Jak również - jego pogląd. Ostatecznie upewniła mnie co do tego rozmowa z Kazimierzem Marcinkiewiczem na promocji jego książki Kulisy władzy; zresztą to, co mówił, jest też wyraźnie napisane w książce. Donald Tusk natychmiast po wyborach - zanim jeszcze nastąpiło jakiekolwiek zbliżenie Kaczyńskiego z Lepperem - podjął strategiczną decyzję o wpuszczeniu PiS we wspólne rządy z Samoobroną i LPR. Ponieważ logika parlamentarnych rachunków nie pozostawiała Kaczyńskiemu żadnego pola manewru - jeśli nie z Platformą, to z nimi. Teoretycznie pozostawały jeszcze dwie możliwości - rząd mniejszościowy, skazany na każdorazowe żebranie o poparcie u opozycji, co byłoby oczywistym samobójstwem, oraz nowe wybory, których nie można było w tym momencie ogłosić, bo oznaczałoby to kompromitację całej klasy politycznej; a gdy już je ogłosić było można i Kaczyński to zaproponował (po rozpadzie "paktu stabilizacyjnego"), to Tusk się nie zgodził, rozumując, że im dłużej Kaczyński będzie się miotał, tym pewniejsze i większe będzie później zwycięstwo  Platformy.
Marcinkiewicz nie miał żadnego powodu, by w chwili wydania swojej książki wspierać wersję Kaczyńskiego, z którym był już wtedy mocno pokłócony. Przeciwnie, gdyby miał koloryzować, rozsądek nakazywałby raczej dowalać byłemu szefowi i podlizywać się zwycięskiemu Tuskowi. Na dodatek podaje Marcinkiewicz sensownie brzmiące argumenty, z których głównym jest ten, że gdyby Tusk traktował negocjacje z PiS poważnie, to na pewno wydelegowałby do nich kogoś, do kogo miał zaufanie. Pozostawienie ich całkowicie w ręku Rokity oznaczało jasno, że nic z nich nie ma wyniknąć. Niedoszły "premier z Krakowa" po wyborach 2005 już tylko wydawał się bowiem postacią w partii znaczącą. Lista kandydatów do sejmu ułożona została tak, że Rokita w przypadku konfliktu z Tuskiem praktycznie nie mógł w klubie PO liczyć na nikogo poza siedmioma, dziewięcioma osobami. Po Płażyńskim, Olechowskim i Gilowskiej Tusk pozbywał się zręcznie kolejnego konkurenta - ściślej, już się go wtedy pozbył, choć nawet sam eksterminowany mógł jeszcze nie zdawać sobie z tego sprawy, biorąc swą częstą obecność w mediach za dowód znaczenia.
W potocznym mniemaniu to Kaczyński uchodzi za "eksterminatora", wymagającego od współpracowników całkowitego podporządkowania i bezwzględnie pozbywającego się odmawiających tego, a Tusk za polityka chętnego do współpracy z każdym i uszanowania wszelkich różnic. Ktoś, nie jestem w stanie przypomnieć sobie w tej chwili kto, napisał obrazowo, że jeśli porównywać obu liderów do ojców chrzestnych mafii (proszę wybaczyć, ale do polityków takie porównanie pasuje), to Kaczyński będzie tym, który lubi, żeby o zleconych przez niego egzekucjach wszyscy wiedzieli i drżeli ze strachu. A Tusk tym, który z powodzeniem stara się uchodzić za zwykłego, kryształowo czystego biznesmena, nic doprawdy niemającego wspólnego z tym, że jego przeciwnikom przydarzają się jakieś nieszczęśliwe wypadki i a to się który utopi w wannie, a to wypadnie z okna albo zaciuka go nieznany sprawca w ciemnym zaułku. On, pytany, wznosi tylko jasne oczy ku niebu i rozkłada ręce w geście niewinności.
Nie chciałbym brnąć zbyt głęboko w polityczną technologię, ale warto tu zauważyć, że - jak wszystko, co opisuję w tym rozdziale - wykoszenie przez Tuska Rokity mogą Państwo oceniać, zależnie od przyjętego założenia podstawowego, pozytywnie lub negatywnie. Dlatego właśnie nie cenię sobie moralistyki towarzyszącej, która feruje wyroki bardzo łatwo, ale też bardzo łatwo je potem zmienia. Być może skasowanie Rokity wynikało wyłącznie z żądzy władzy, chęci ugruntowania swego przemożnego wpływu na partię - a być może z przekonania, że mając w partii większą grupę zwolenników, Rokita przyjąłby od Kaczyńskiego ofertę premierostwa w zamian za dokonanie w PO rozłamu i utworzenia w ten sposób sejmowej większości. Kaczyński podobno taką ofertę był gotów złożyć już w roku 2005; otwarcie złożył ją przed wyborami 2007, zresztą z częstą u siebie niekonsekwencją, bo było to niedługo po tym, jak na okoliczność szafy Lesiaka nazwał tegoż samego Rokitę "zbrodniarzem", który za swój udział w nielegalnych operacjach tajnych służb przeciwko politykom opozycji  powinien gnić w więzieniu.
Czy mając rzeczywiście wystarczająco wielu stronników, aby po połączeniu z PiS stworzyć w parlamencie rządową większość, Rokita by takie premierostwo przyjął - to już czyste spekulacje. Rokita, jak już pisałem, jest politykiem nietypowym. Jeśli chodzi o kwestie merytoryczne, uważam, że byłby najlepszym premierem spośród wszystkich, którzy w ostatnich latach byli wymieniani jako kandydaci na to stanowisko; przygotowywał się do jego sprawowania rzetelnie i długo. Ale zarazem jest kompletnie pozbawiony cech, które są niezbędne, aby w ogóle mieć podstawy o fotel premiera się ubiegać. Wydaje się fizycznie niezdolny do zabiegania o ludzi, wiązania ich ze sobą wzajemnymi przysługami, tworzenia własnej koterii, bez czego w polityce, zwłaszcza naszej, ani rusz. Podobnie jak u Kaczyńskiego, naturalnym odruchem Rokity, gdy styka się z kimś zupełnie obcym i do niczego mu w danej chwili niepotrzebnym, jest podejrzliwość - i to, by raczej go do siebie zrazić, niż na wszelki wypadek pozyskać. Panuje opinia, że nigdy nie okazał wdzięczności ludziom, którzy na niego pracowali, a łatwość, z jaką pozwolił Grzegorzowi Schetynie (nawiązując do przykładu z ojcami chrzestnymi, temu, który zwykle dla Tuska owe nieszczęśliwe wypadki organizował) wykosić swych stronników z list wyborczych, zupełnie ich nie broniąc, był na pewno dla szeregowych platformersów sygnałem, iż z Rokitą trzymać nie warto.
Dla jakiejkolwiek przyczyny Tusk postanowił Rokitę "wypinkować" (określenie wprowadził do politycznego żargonu bodajże Wiesław Walendziak; sam niedługo potem "wypinkowany" z PiS przez Kaczyńskiego, choć nie wdając się w szczegóły, niejako na własne życzenie), przyznam, że jednego nie rozumiem. Skasować rywala to w polityce normalne, ale Rokita został także przez Tuska publicznie upokorzony - przez wiele miesięcy przewodniczący obiecywał mu funkcję szefa klubu parlamentarnego PO, jednocześnie demonstracyjnie utrzymując wakat, aż w końcu wybrano tym szefem Bogdana Zdrojewskiego. Myślę, że nie szło tu wcale o robienie Rokicie na złość, nie była to kwestia personalnego konfliktu - akurat na Rokicie skrupiła się boleśnie polityczna wolta, jaką Tusk z całą partią poczuł się w pewnym momencie zmuszony wykonać.
Tak czy owak, kończąc tę dygresję - Donald Tusk obrachował sobie we wrześniu 2005, że wchodzenie w koalicję rządową z partią Jarosława Kaczyńskiego w sytuacji, gdy w Belwederze zasiada Lech Kaczyński, a więc będąc skazanym na odgrywanie w tej koalicji roli elementu słabszego, mu się nie opłaca. I tu zostawmy już sprawę różnych logik, jakimi kierowali się protagoniści, a spójrzmy na polityczną układankę w taki sposób, jak patrzył na nią profesjonalista. Bo bez względu na to, czy Tusk po michnikowsku wierzył, iż Kaczyński u władzy sprowadzi na Polskę nacjonalistyczną katastrofę, i czy istotnie zależało mu na tym, aby ochronić jak najwięcej z "ustrojowego dorobku" III RP, Tusk niewątpliwie jest w polityce doświadczonym zawodowcem. I jako taki uznał, że o ile być może dałoby się rządzić z Kaczyńskimi, występując wobec nich z pozycji siły, to z Kaczyńskimi zwycięzcami rządzić się po prostu nie opłaca.  Że  wchodzenie z nimi w koalicję mniej mu się opłaca niż  niewchodzenie. Bo skoro wejdzie, będzie musiał tańczyć  tak, jak mu koalicjanci zagrają. Przedsmak tego dawały przecież już pierwsze rozgrywki Kaczyńskiego w parlamencie - widać było, że Kaczyński zamierza szachować koalicyjnego partnera możliwością dogadania się w różnych konkretnych sprawach z Lepperem i Giertychem, a jednocześnie szantażować go propagandowo, jeśli spróbowałby dla ratowania się rozegrać cokolwiek wspólnie z lewicą. Cholernie niewygodna sytuacja.

Czas wrzeszczących staruszków

Autor: Rafał A. Ziemkiewicz
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 5/2008
Liczba stron: 480
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7574-012-7
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,99 zł


blog comments powered by Disqus