Fragment #1 z książki "Labirynt na ciebie poluje"


Księga pierwsza 

 

1.

 

León zrobił dwa kroki i uderzył w ścianę. Zaskoczony dotknął czoła, którym przyłożył w przeszkodę. Po głowie rozszedł mu się tępy, tętniący ból. 

„Cholera, będzie z tego porządny guz” – pomyślał.

Gdy opuścił lodowe miasto, był przygotowany na wiele sytuacji, ale nie na zamknięte pomieszczenie. Powoli opuścił rękę i rozejrzał się dookoła. Był w pokoju wielkości mniej więcej cztery na cztery metry, bez okien i mebli. Otaczała go pustka – nic oprócz idealnie białych ścian, gładkich i bez żadnych szczelin. 

Chociaż nie widać było źródła światła, nie panowała tu ciemność. Pomieszczenie było spowite miękkim, białym światłem, które emitowały chyba podłoga i sufit. 

León zamknął oczy i głęboko odetchnął.

Tu, w środku, panowała cisza. Całkowita. Przerywał ją tylko jego oddech, jakby nie z tego świata. 

„Gdzie jestem?”– zastanawiał się.

León zdziwiony spoglądał na szeregi liczb, które biegły po nagich ścianach. Nie dostrzegał w ich ciągu żadnej logiki, dlatego przestał zwracać na nie uwagę. Położył dłonie na ścianie przed sobą i zaczął ją gładzić. Nie mógł wyczuć żadnych nierówności. Po kolei obmacywał ściany. Pukał zgiętymi palcami w nienaturalnie gładki mur. Odgłos był wszędzie taki sam, tępy i głuchy. Zdradzał mu, że nie ma za murem ukrytych drzwi ani pustych przestrzeni.

Bardziej palące niż pytanie, gdzie jest, stało się to, jak się stąd wydostać. I gdzie są inni. Jenna, Jeb, Mary i Misza. 

León wołał ich po imieniu. Najpierw ostrożnie, potem coraz głośniej, w końcu wywrzaskiwał imiona. Robił przerwy i nasłuchiwał. Ale nic się nie działo.

Żadnej odpowiedzi. Tylko dźwięk własnego głosu odbijał się od nagich i pustych ścian.

W końcu się poddał.

Usiadł po turecku na środku pomieszczenia, na gołej podłodze, przycisnął dłonie do skroni i analizował ostatnie wydarzenia.

Kilka dni temu obudził się w obcym świecie. Najpierw był sam, ale potem znaleźli go młodzi ludzie, którzy byli w takiej samej sytuacji co on. Najgorszy był dla Leóna moment, gdy Tian przy pokonywaniu wąwozu spadł w przepaść. Tian nie żył, zamordowany przez Kathy, która chciała mieć pewność, że nie zabraknie dla niej bramy do kolejnego świata. Kathy, ta suka, później tak nagle i nieoczekiwanie poświęciła się dla Mary. Zupełnie nie rozumiał Kathy. W końcu została w lodowym świecie. Oszalała. Głośno zgrzytnął zębami. Cokolwiek jej się przytrafiło, ta puta nie zasłużyła na nic innego. 

Zostali w piątkę. León nie wiedział, czy reszta również się tu pojawiła. En la nada, w tej nicości. I nie miał pojęcia, jak do nich dotrzeć, jeśli są w pobliżu.

„Cholera, co to znów za gówno?” – pomyślał.

Jeśli się tu nie pojawili, to dobrze. Głównie dla niego, bo nie będzie walki o bramy. Wówczas w każdym kolejnym świecie czekałaby na niego następna brama i wcześniej czy później wróciłby do domu. Przynajmniej taką miał nadzieję, bo pewnie gdzieś był jego dom, choć nie bardzo go pamiętał. Problem, przed którym León w tej chwili stanął, był prosty. Znajdował się w pomieszczeniu bez okien, z którego nie prowadziły żadne drzwi. Ani jakiekolwiek bramy, przez które mógłby uciec. W tym momencie nie mógł nic zrobić. Poczuł, że to pomieszczenie kryje jakąś tajemnicę, a on musi ją odkryć. Nikt nie zamknie go jak zwierzęcia. Nikt.

León zdjął kurtkę i odłożył na bok. Panowała tu umiarkowana temperatura. Nie było ani ciepło, ani zimno, nie potrzebował kurtki. Siedząc, wpatrywał się w przeciwległą ścianę. Wiedział, że się coś zmieni. Był na to gotowy.

Patrzył na puste ściany i powoli ogarniało go zmęczenie. Oczy mu się zamknęły, a broda opadła na pierś. Zdecydowanie poderwał głowę. Nie mógł sobie pozwolić na sen. Musiał pozostać czujny.

Wkrótce jednak ciało odebrało swój haracz za wysiłek, dzięki któremu pozostał przy życiu.

 

Jenna wychodziła z siebie. Wściekle waliła pięściami w nagie białe ściany. Choć były gładkie i idealnie równe, wkrótce knykcie palców Jenny krwawiły i zostawiały czerwone smugi na nieskazitelnej dotąd powierzchni.

Była uwięziona i sama. Gdzie podział się Jeb? Ten chłopak tak szybko wkradł się do jej serca, że czuła, jakby go znała całe wieki. Jeb zaryzykował życie, żeby uratować ją w pierwszym świecie. Potrzebowała go, a bez jego krzywego uśmieszku nie wyobrażała już sobie życia. 

– Dlaczego mi to robicie?! – wrzeszczała w białą pustkę pokoju. – Nie dość już wycierpiałam, pieprzone dupki? Bawi was przyglądanie się, jak cierpię jeszcze bardziej?

Jej twarz płonęła gniewem. Cofnęła się dwa kroki i rzuciła całym ciałem na ścianę. Jeszcze raz i jeszcze raz. Wykrzykiwała imię Jeba, ale odpowiadała jej cisza.

Wściekła, wyczerpana i bez tchu opadła na podłogę i płakała. Nagle zakrztusiła się własnymi łzami i zaczęła kaszleć. To zmusiło ją do opamiętania i próby oceny sytuacji.

Była w zamknięciu i musiała się wydostać, żeby poszukać Jeba. Ktokolwiek zatroszczył się o to, żeby wylądowała w pustym pomieszczeniu, raczej nie chciał, żeby umarła z głodu i pragnienia. To nie miałoby sensu. Jej śmierć, a także śmierć ich wszystkich mógłby spowodować już wcześniej. Albo sprawić, by nie byłoby bram, a żadne z nich nie wylądowałoby w następnym świecie. Nie, nie, to wszystko nie służyło temu, by ich zabić. To było dla Jenny jasne.

„Spieprzaj” – rzuciła w duchu. 

Ktokolwiek wymyślił ten piekielny żart, nie zastraszy jej.

„Wyjdę z tego pomieszczenia, znajdę Jeba, nawet jeśli to będzie ostatnia rzecz, jaką zrobię” – postanowiła.

Ślepa furia uleciała, ustąpiła miejsca wyrachowanemu gniewowi, który pomógł Jennie się skupić.

„Obszukam to pomieszczenie, gdzieś musi być ukryty mechanizm, który otwiera niewidzialne drzwi” – kalkulowała.

Uczepiła się myśli, że koniec nie może nadejść tu i teraz. W przeciwnym razie wszystko to nie miałoby sensu. Musiał być jakiś dalszy ciąg, musiała walczyć dalej. Teraz chodziło tylko o to, żeby się nie poddała. Może coś przeoczyła? Zakiełkowała w niej wiara i Jenna rozejrzała się jeszcze raz.

Potem nagle zapanowała całkowita ciemność.

 

Mary przykucnęła w najdalszym kącie pokoju, jak najdalej od drzwi, nieco uchylonych, przez które do ciemnego pomieszczenia wpadał promień światła.

Wszystkie wrażenia, wszystkie jej myśli uciekły, uniesione strachem, że będzie na je go łasce.

Był gdzieś tam na zewnątrz. Słyszała jego kroki.

Drzwi otworzą się nieco szerzej, nie całkiem, co to, to nie. Zaraz jego długi cień ułoży się na podłodze i stopi z ciemnością w pokoju. 

Matka nic nie podejrzewała, a może nie chciała wiedzieć, co działo się nocą w tym pokoju?

– Jesteś rozpuszczoną podfruwajką, która nie wie, co jej wolno, a czego nie – beształa często córkę. – Trzeba za tobą wszystko nosić, bo jesteś leniwa.

A to nie była prawda, bo ojciec brał od Mary wszystko bez jej próśb. Zawsze był obok, nosił jej tornister, podnosił książki, kiedy upadły na podłogę, jakby chciał wynagrodzić córce to, co przeskrobał poprzedniej nocy. 

Wszystkie te obrazy i wspomnienia, o których miała nadzieję zapomnieć lub je wyprzeć, nagle wróciły. Wszystko inne zniknęło. Nie mogła sobie przypomnieć niczego z poprzedniego życia, tylko to jedno.

Nagle kroki ustały. Ale on nie wchodził. Mary usłyszała coś innego. Cichy szloch. Słaby, jakby lęk, który się w nim krył, nie miał skrzydeł.

– Tato, proszę, nie. Proszę.

Mary nie mogła opanować drżenia. David. To był jego głos. Jej ciało się napięło, drgnęła, jakby przeszedł przez nią prąd. Poczuła, jak robi jej się niedobrze, i z odrazy, jaka ją ogarnęła, zwymiotowała na podłogę. Dyszała, z kącika ust ciekła jej gorzka ślina. Pod zamkniętymi powiekami tańczyły krwistoczerwone plamy i nagle zakręciło jej się w głowie. 

– Proszę.

Tylko jedno słowo. Błaganie, w którym był sam lęk.

Mary wytarła usta rękawem kurtki. Powoli wstała. Nogi jej drżały, wahała się, czy podejść do światła, które wpadało z zewnątrz, ale zmusiła stopy, by zrobiły krok.

Potem jeszcze jeden.

Serce biło jak oszalałe, ale już nie zwlekała.

Najwyższy czas, żeby z tym wszystkim skończyć.

 

Misza wpatrywał się w ścianę przed sobą. Nic nie widział. Przed chwilą było jeszcze jasno, teraz przykucnął w całkowitej ciemności. Nie bał się. Nie groziło mu tu bezpośrednie niebezpieczeństwo. Nie panował piekielny upał ani siarczysty mróz, nic go nie bolało, nie był głodny i nie paliło go pragnienie. Wszystko było prostą geometryczną formą, której zagadkę miał rozwiązać.

 

Kiedy czekał, w pokoju znów zrobiło się jaśniej. Nieprzenikniona czerń zamieniła się w mętną szarość, a potem w bladą biel. Nie potrafił odkryć, skąd pochodzi światło, ale o wiele bardziej interesowało go to, że ściany już nie były tylko białe. Teraz wędrowały po nich w postaci bladego, szarego światła liczby w pozornie nieuporządkowanych ciągach. Od lewej do prawej i odwrotnie, od dołu do góry i w drugą stronę.

Małe i duże liczby.

Misza patrzył na ściany i wtedy coś sobie przypomniał. Liczby i kształty to była jego przeszłość. Jego życie przed labiryntem. Liczby odgrywały w nim ważną rolę. Uwielbiał liczby, matematykę. Jego serce podskoczyło. Czyżby wrócił do domu?

Nie. Z tym otoczeniem nie wiązały go żadne wspomnienia. Wszystko tu było obce. Zimne. Tylko liczby były czymś znajomym.

A potem pojął, w czym rzecz. To wszystko było zagadką, a jej rozwiązanie kryło się w wędrujących liczbach. Jeśli wda się w tę grę i rozwiąże zagadkę, wyjdzie z tego pomieszczenia i znajdzie resztę grupy.

Gdzieś za tymi białymi ścianami były bramy, które zaprowadzą go dalej, przeniosą kawałek bliżej prawdziwego życia.

Liczby! Co w nich było szczególnego?

Misza obserwował, jak przesuwały się po ścianach, ale nie odczytywał ich tajemnicy. Były różnej długości, czasem dwunasto-, czasem tylko czterocyfrowe, albo była pomiędzy nimi jakaś grupa cyfr. Wszystkie miały ze sobą coś wspólnego, coś, czego nadal nie potrafił pojąć. 

Spokojnie i rytmicznie jak na morzu, którego fale liżą brzeg, liczby poruszały się po ścianach.

Misza był skonsternowany.

Wiedział, że to w nich tkwi rozwiązanie zagadki. Musiał sobie tylko coś przypomnieć. Kim był przed labiryntem i kim prawdopodobnie jest nadal. Pojawiało się przed nim coraz więcej liczb i nagle przestały być znajome, a stały się groźne. Niespodziewanie pojawiła się nowa liczba, większa od pozostałych, czerwona. Widniała pośrodku każdej ściany. Liczba była nieruchoma, a inne ślizgały się wokół niej, jak gdyby jej ustępowały.

24:00

Liczba powoli migała jak wyzwanie, ale po co? Potem się zmieniła. Misza uparcie ją obserwował.

23:59

23:58

23:57

Po chwili zrozumiał. Trwało odliczanie. Ktoś mierzył czas. A czas mijał. Pomyślał, że gdy licznik dotrze do zera, coś się stanie i nie będzie to nic dobrego. Zgrzytnął zębami.

Dwadzieścia cztery?

Dwadzieścia cztery godziny.

Czas, który mu został, żeby coś zrobić?

Nie musiał się nad tym zastanawiać. Dwadzieścia cztery godziny, żeby wyjść z tego pomieszczenia i znaleźć bramy, które przeniosą go w kolejny świat.

„Cholera” – pomyślał.

Gdzie byli pozostali?

Jebowi brakowało tchu. Odkąd wylądował w tym pomieszczeniu, czuł ucisk w krtani. Przyciskał pięści na przemian do piersi i do ust, chwytał powietrze, pompował tlen do płuc, więcej i coraz więcej, a mimo to miał wrażenie, że się dusi. 

Znalazł się w jasnej, zamkniętej przestrzeni. Bez okien i drzwi. To zamknięcie zdusiło w nim wolę działania. Nie wiedział, skąd wziął się ten lęk, ale kiedy drżąc, przykucnął na podłodze, opanowały go obrazy z przeszłości. W błyskawicznym tempie przed oczami pojawiły się strzępy wspomnień.

Pijany ojciec wyzywa matkę. Ciasnota małego domu. Wolność jedynie w pobliskich lasach, w domu cicha rozpacz, który wydawała się wypełniać każdą cząstkę dzieciństwa.

Pojawił się przed jego oczami obraz matki. Niegdyś błyszczące czarne włosy teraz były siwe i bez blasku, podobnie jak jej spojrzenie. Widział w nich brak nadziei, kiedy po czternastu godzinach ciężkiej pracy wracała do domu i wynosiła do kosza butelki po wódce. Zgarbiona ciężarem życia płaciła cenę za to, że zakochała się w tym mężczyźnie.

„Dlaczego nie odejdziesz?! – bezgłośnie krzyczał na nią każdego dnia. – Dlaczego go nie zostawisz?”.

Została ze względu na niego. Tyle lat. A teraz było za późno, by zacząć wszystko od nowa. 

„Mam do ciebie tak wiele pytań, mamo, i teraz czuję się tak, jak ty musiałaś się czuć każdego dnia. Czy to, co się tu dzieje, to kara za to, że cię zostawiłem w potrzebie?”.

Jeb oddychał z trudem. Czuł, jak jego płuca się kurczą, a klatka piersiowa jakby się zaciska. Zacharczał. Chwycił się rękami za gardło, jakby chciał je zmusić, żeby się otworzyło.

Później nagle zapadła wokół niego ciemność. Jego krtań gwałtownie się zacisnęła. Dysząc w ciemności, próbował nabrać powietrza, ale gdy rozpaczliwie starał się unieść klatkę piersiową, by wpuścić do płuc zbawienny tlen… brakowało mu sił. Jakby ciało zbuntowało się przeciwko niemu, jakby Jeb sam chciał się udusić. Próbował krzyknąć, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.

Gdy chwilę później znów stało się trochę jaśniej, Jeb leżał bez ruchu na podłodze.

Nie widział liter i liczb, które przesuwały się po ścianach. Nie zauważył licznika, który się pojawił, gdy jego skurczone palce próbowały wczepić się w pustą podłogę. Nie ruszał się.

Nagle światło znów się zmieniło i ściany spowiła czerwona poświata. Rozległo się skamlenie. Jeb drgnął, podniósł głowę, jego wargi układały się w nieme słowa. Wzrok miał mętny, ale czuł, co się dzieje.

Powoli i bezgłośnie ściany wokół niego zapadały się w podłogę. W każdym kierunku rozciągała się z pozoru nieskończona, pusta przestrzeń, nad którą wydawało się unosić jasne światło. Jeb czuł, jak tlen wdziera się do jego płuc, miał pustkę w głowie i nie był w stanie myśleć. Ponad tym wszystkim słyszał szum krwi w swoich żyłach. Coś skłoniło go jednak do poruszenia się, do ucieczki z tego więzienia. Z trudem i stękaniem przesunął ciało kawałek naprzód. Jak ranne zwierzę czołgał się w stronę światła. 

 

2.

Leóna obudził dziwny dźwięk. Gdy ściany się poruszyły, zerwał się na równe nogi i stanął pośrodku pokoju. Obrócił się wokół własnej osi, instynktownie szukając wzrokiem wrogów i niebezpieczeństwa. Ale wokół była tylko pustka, biała przestrzeń. Zrobił krok naprzód i gdy nic się nie wydarzyło, podchodził do miejsc, gdzie ściany zniknęły w podłodze. Pochylił się, przeciągnął palcami po gładkiej, prawie nieskazitelnej podłodze. Nie dało się niczego wyczuć. Jakby ściany nigdy go nie otaczały.

León wyprostował się i powoli, starannie się rozejrzał.

Pusta przestrzeń rozpościerała się przed nim we wszystkich kierunkach. Wydawało się, że horyzont albo jakakolwiek ściana za tą powierzchnią nie istnieją. La nada. Nie, to było więcej niż nic. El infierno blanco.

Jedna myśl goniła drugą. Co ta pusta przestrzeń ma oznaczać? Czy zawsze tu była, za murami jego pomieszczenia? A może było tu więcej pomieszczeń, tylko nie mógł dostrzec, bo nie było ich ścian? 

Kiedy bezradnie kręcił się wokół własnej osi, zauważył w oddali jakiś ruch. Właściwie cień, który poruszył się kawałeczek z prawej do lewej, ale León instynktownie poczuł, że tam w oddali był jakiś człowiek. Może ktoś z jego grupy? Ułożył dłonie wokół ust i zawołał tak głośno, jak mógł.

– Halo!

Żadnej reakcji.

Jeszcze raz wrzasnął na całe gardło.

Bez sensu. Nie posunął się ani o krok dalej. Szybko pobiegł w stronę cienia.

„Skąd wiesz, że ten cień nie jest wrogiem?” – León szybko porzucił tę myśl, gdy zostawiał za sobą metr za metrem. Mógł to być przecież jeden z tych, którzy na nich polowali. Jak Mary ich nazwała? Duszopijcy? Nie, prześladowcy ze stepu nie ścigali ich w poprzednim świecie, dlaczego więc mieliby pojawić się tutaj, w tym osobliwym otoczeniu?

To musiał być ktoś z jego grupy. León miał nadzieję, że to ktoś z nich.

Wydawało mu się, że ma za sobą sto metrów albo i więcej, a do cienia się nie przybliżał. Rzucił spojrzenie przez ramię, żeby sprawdzić, czy w ogóle porusza się naprzód. Nie wiedział jednak, skąd wyruszył. Próbował dostrzec jakieś detale, ale obraz przed oczami drgał i nie był wyraźny. Oddech mu się rwał, a puls galopował z wysiłku. Pot zalewał oczy i sprawiał, że jeszcze trudniej było cokolwiek rozpoznać.

Po chwili…

…postać się poruszyła.

León wrzasnął, najgłośniej jak mógł, i cień się odwrócił. Wydawało się, że patrzy w jego stronę.

To przemykanie się, ten delikatny ruch… 

„To Mary – pomyślał. –To musi być Mary”.

Zawołał ją po imieniu, ale znów zabrzmiał ten dziwny żałosny dźwięk, który poprzedził zniknięcie ścian.

León czuł, co to może oznaczać. Biegł coraz szybciej. Gdzie teraz pojawią się ściany? Ściany bez okien i drzwi: jego więzienia. Nic nie mógł na to poradzić, nie wiedział, co ma zrobić, więc stanął zdyszany i rozejrzał się dookoła. Z podłogi podnosiły się nowe mury, nieprzerwanie rosły niezliczone ściany w najróżniejszych odstępach i pod różnymi kątami.

Nie było czasu na przemyślenia, jedynie czas na reakcję. León przeskoczył przez mur, który sięgał mu już do kolan, i stanął pośrodku nowo powstającego pomieszczenia. Zafascynowany i jednocześnie speszony przypatrywał się, jak ściany rosną ze wszystkich stron i zlewają się z sufitem, który nagle pojawił się na górnej krawędzi jednej ze ścian, wysunął się i chwilę później tworzył ze wszystkimi ścianami zamknięte, jasne pomieszczenie. Jego więzienie.

Zaklął. Ten syf, w którym tkwił, zaraz go pochłonie razem z głową, a on nie ma bladego pojęcia, co się dzieje.

Odkrył tu Mary i przekonał się, że ściany jego więzienia mogą znikać. To go trochę uspokoiło. Nie miał jednak żadnej kontroli nad tym, co się tutaj dzieje. I nienawidził tego uczucia. Bycia na czyjejś łasce. Bycia więźniem.

Co powinien zrobić, gdy ściany następnym razem znikną? O ile tak się stanie. Czy odnajdzie Mary? Kiedy te przeklęte mury znów się zapadną w ziemię? Gdzie są Jeb, Misza i Jenna? Nie widział ich, chociaż rozglądał się na wszystkie strony.

León westchnął i dokładnie rozejrzał się po nowym pomieszczeniu. Nie różniło się od poprzedniego. Miał wrażenie, jakby nie ruszył się z miejsca. Z czoła kapał mu pot, wargi były słone i przypominały, że dawno niczego nie pił. Nogi mu drżały. Uśmiechnął się. 

„Bywałem już w lepszej formie” – pomyślał.

Stanął pośrodku pomieszczenia. Następnym razem będzie gotowy, tego był pewien. Jego wola walki była niewzruszona.

„Wyjdę stąd. Nikt i nic mnie nie zatrzyma” – obiecał sobie.

Odchylił głowę i wykrzyczał swój gniew:

– Kimkolwiek jesteś, ty, który mi to robisz, znajdę cię, cabrón, przysięgam!

Nagle poczuł ruch za swoimi plecami. Błyskawicznie się odwrócił. Podniósł pięści, gotowy do walki.

– Kogo chcesz znaleźć, stary buntowniku? – Roześmiał się Misza i wszedł przez otwór do pomieszczenia. Przez otwór taki jak drzwi. León mógłby przysiąc, że wcześniej ich tu nie było. Ale stał przed nim Misza, i wszedł do jego pomieszczenia przez drzwi.

León czuł, jak uśmiech wkrada mu się na twarz.

Misza najpierw nie wiedział, jak zareagować, ale po chwili padł w objęcia Leóna i rozkoszował się jego bliskością. Nawet w najśmielszych snach nie wyobrażał sobie, że dotknie tego niedostępnego chłopaka, że będzie go trzymał w ramionach.

Ten uścisk przyszedł niespodziewanie i Misza wstrzymał oddech, żeby nie zepsuć nastroju chwili. Czuł ramiona Leóna, które z mocą obejmowały jego barki, a jego dłonie gładziły Leóna po plecach.

León cofnął się o krok i promieniał.

– Chłopie, jak dobrze cię widzieć.

– I vice versa. 

Misza niechętnie go puścił. Chociaż wciąż jeszcze czuł dotyk Leóna na swoim ciele, już tęsknił za jego bliskością.

– Widziałeś pozostałych? – León przerwał jego myśli. 

Pokręcił głową.

– A ty? Znalazłeś kogoś?

– Myślę, że widziałem Mary, gdy ściany się zapadały w ziemię. Biegłem do niej, wołałem ją, ale mnie nie zauważyła, tak myślę.

– Ściany co zrobiły?! – zapytał zdziwiony Misza. 

Na twarzy Leóna odmalowało się zdziwienie.

– A jak tutaj wszedłeś? – Jego wzrok powędrował do ściany, przez którą Misza wszedł do pomieszczenia, ale drzwi zniknęły. Zamiast nich była idealnie gładka ściana. Misza wzruszył ramionami.

– Matematyka.

– Co?

Misza wskazał ściany wokół nich, po których bez przerwy wędrowały kolumny liczb.

– Zagadka kryje się w tych liczbach, a rozwiązanie jest proste, jeśli się wie…

– To są zagadki? – przerwał mu speszony León i uniósł brwi. 

Jego wytatuowane czoło przecinały równe zmarszczki, pomiędzy którymi błyszczały krople potu. Misza chętnie wyciągnąłby rękę, żeby powieść palcami po tych czarnoniebieskich liniach. Zauważył jednak, że León wciąż patrzy na niego z ciekawością i stłumił to mimowolne pragnienie. 

– Tak, jeśli umie się je dostrzec. To zagadki matematyczne.

– A ty oczywiście umiesz je rozwiązać, zwariowany profesorku, i dzięki temu otworzyć drzwi, których nie ma.

– Właśnie tak. Nie mam pojęcia dlaczego, ale lubię łamigłówki. Wydaje się, że matematyka to moja specjalność. Gdy zobaczyłem te liczby, nagle pojawiły się wspomnienia i wiedza.

– To dobrze, bo… – zaczął León.

– …więcej niż dobrze, bo potrafię nas stąd wydostać – dokończył Misza.

– I znajdziemy tu gdzieś bramy.

– Tak, wszystko inne nie ma sensu. To przecież wynika z przesłania Jeba. Sześć światów, które trzeba przebyć, a ten jest dopiero trzeci. Jeśli przesłanie jest nieprawdziwe… to po co tyle zachodu? Ktokolwiek, czy cokolwiek, za tym stoi, na pewno dociągnie to aż do gorzkiego końca. Ktoś lub coś chce patrzeć, jak cierpimy, zabić nas, gdy będziemy walczyć o przeżycie.

León przy ostatnich słowach spojrzał na niego przenikliwie, a potem się odwrócił. 

– Co teraz robimy?

Misza poufale klepnął go po ramieniu.

– Cóż nam zostało innego? Wędrujemy od jednego zasranego pomieszczenia do następnego, dopóki nie znajdziemy bram.

– A reszta?

– Prawdopodobnie tak jak ty próbuje przebić głową mur.

– Dlaczego cię nie widziałem na odkrytej przestrzeni? – León krytycznie spojrzał na Miszę.

– Nie wiem, byłem pewnie zajęty kodem liczbowym. – Misza próbował z ostrożnym uśmiechem przełamać znów, teraz jawną, nieufność Leóna.

León odwrócił się do jednej ze ścian.

– Jak mamy tu znaleźć resztę naszej grupy? To niemożliwe.

– Znajdziemy ich po drodze.

– A jeśli nie?

Misza zastanawiał się, co się stanie, jeśli wszyscy dotrą do bram. Może dojść do walki, jeśli po drodze nikt się nie… podda.

„Jeb sprzymierzy się z Jenną, a León prawdopodobnie będzie chronił Mary, jak to robił przez cały czas” – pomyślał gorzko Misza.

A on? Przez chwilę miał nadzieję, że będzie u boku Leóna – ale ten czuły uścisk był jedynie wyrazem radości ze spotkania. Misza wiedział, że gdy pojawi się Mary, znów będzie po wszystkim. León miał do niej słabość, mimo że ciągle dawała mu kosza.

León uratował Mary ze straszliwego położenia. A droga od wdzięczności do miłości nie jest długa. Czy taki zamknięty facet jak León jest w ogóle zdolny do uczuć? Czy Misza nadal musi się obawiać, że ten wytatuowany chłopak w decydującym momencie obróci się przeciwko niemu? 

Misza miał nadzieję, że znajdzie bramy, zanim spotkają Jeba, Jennę czy Mary, ale León nie musiał o tym wiedzieć.

Powiedział więc tylko:

– Gdzieś ich tu przecież znajdziemy. Ten świat nie może nie mieć końca, a jeśli nadal będę otwierał drzwi, jest tylko kwestią czasu, kiedy znów będziemy razem.

– Naprawdę potrafisz wyczarować te zasrane drzwi?

Misza się uśmiechnął.

– Wiesz, czym jest ciąg Fibonacciego?

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

– Spójrz tu. Ciąg Fibonacciego zaczyna się od jednego, każda kolejna liczba jest sumą dwóch poprzednich. Jeden, dwa, trzy. Jeden plus dwa daje trzy. Czyli następnym krokiem będzie dodanie liczb dwa i trzy, by uzyskać kolejną liczbę w ciągu Fibonacciego.

– Czyli pięć, prawda?

– Zgadza się. Chwilę trwało, zanim na to wpadłem, ale to właściwie całkiem łatwe. – Misza wskazał ścianę. – To wszystko są liczby z ciągu Fibonacciego, i żeby stąd wyjść, muszę tylko przedłużyć ten ciąg o kolejną liczbę.

– To takie proste?

– Jeśli się to rozpozna, owszem. Ale myślę, że dalej to nie będzie łatwe, bo z ciągiem Fibonacciego można stworzyć setki zagadek. Każdą bardziej skomplikowaną od wcześniejszej To tutaj prawdopodobnie jest tylko rozgrzewką.

León milczał przez chwilę. 

– Bez ciebie byłbym tu sam i uwięziony.

– Niezupełnie. Mówiłeś, że te ściany mogą znikać. Co tu widziałeś?

– Niewiele. Ściany zapadały się w podłogę i przede mną rozpościerała się biała, pusta równina, która wyglądała na nieskończoną. Jak okiem sięgnąć nie było żadnych przedmiotów, żadnych punktów orientacyjnych czy czegokolwiek. Nic.

– Ale widziałeś Mary.

– Tak sądzę. Nie ruszała się i nie reagowała na moje wołanie.

– A Jenna i Jeb?

– Ich ani śladu. Nie rozumiem, dlaczego nie widziałeś, jak ściany się zapadły. Gdzie wtedy byłeś? – dopytywał się León.

Misza machnął ręką.

– W pomieszczeniu takim jak to. Odkąd się tu pojawiłem i rozwiązałem zagadkę z liczbami, wędruję od jednego pomieszczenia do drugiego. Wszystkie były puste. Ciągnęło mnie coraz dalej, bo szczerze mówiąc, jestem wściekle głodny i spragniony.

León spojrzał na niego przenikliwie.

– Nie musisz mi tego mówić. To następny punkt, który budzi moje podejrzenia. Dotychczas znajdowaliśmy wyposażenie, ubranie, jedzenie i wodę, a tu – nic. Nie ma nawet broni. Nóż, który miałem, zniknął. Jesteśmy bezbronni.

Misza skinął głową.

„Ale na szczęście nie ma też śmiertelnego zagrożenia – pomyślał. – Jesteśmy skazani na siebie, jeden na drugiego”.

Misza tłumił każdą kolejną myśl o tym, co by było, gdyby musieli się zwrócić jeden przeciw drugiemu, żeby przeżyć. Nie miał żadnych wątpliwości, że do tego dojdzie. Powiedział jednak głosem pełnym nadziei:

– Może znajdziemy coś w kolejnych pomieszczeniach. Cała ta historia wydaje się podobna do eksperymentu, w którym wpuszcza się do labiryntu szczury, aby odnalazły wyjście lub karmę.

– Człowieku, człowieku, compañero, masz naprawdę perwersyjną wyobraźnię. – Lewy kącik ust Leóna uniósł się w górę, a potem zatrzymał. – Ale możesz mieć rację, to mi trochę przypomina pewien kwartał ulic w moim mieście, ich układ. Tylko tego, kto go zna, nie tak łatwo wytropić.

– Znów o jedno wspomnienie więcej. Więc jak?

– Co jak?

– Zabieramy się do rzeczy?

León kiwnął głową, a Misza odwrócił się do ściany. Jego wzrok przemykał po liczbach. Potem obrócił się wokół własnej osi i obserwował trzy pozostałe ściany.

– To jest łatwe – powiedział w końcu. – Obydwie największe liczby z ciągu Fibonacciego to 89 i 144, co w sumie daje nową liczbę: 233.

Podszedł do ściany i dotknął miejsca, po którym właśnie wędrowała dwójka. Wydawało się, że liczba się rozświetliła i nagle zatrzymała się w miejscu. Misza dotknął dwóch trójek. Teraz cała liczba migotała i w ścianie bezszelestnie otworzyło się przejście.

– Mówiłem przecież – stwierdził Misza, wzruszając ramionami. – To całkiem proste.

León się uśmiechnął.

– Jesteś cholernym geniuszem.

Weszli do pomieszczenia, które było podobne do przedniego w najdrobniejszych szczegółach.

Jedyna różnica leżała przed nimi, pośrodku pomieszczenia. Brązowy plecak.

– Jak myślisz? Jedzenie? – zapytał Misza i najchętniej od razu by się na nie rzucił.

León zatrzymał go wyciągniętą ręką.

– Uważaj, to może być pułapka. Lepiej, żebyśmy byli przygotowani na wszystko.

Podszedł do plecaka i go sprawdził. Gdy podniósł wzrok, Misza zadrżał na widok jego przerażonej twarzy.

– Wiesz, co to jest? – zapytał León zachrypniętym głosem.

– Co takiego?

– To ten zasrany plecak, który straciłem pierwszego dnia na równinie. A teraz wyjaśnij mi jeszcze, do cholery, jak on się tu znalazł.

Labirynt - Labirynt na ciebie poluje

Autor: Rainer Wekwerth
Wydawnictwo: YA!
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 3/2016
Tytuł oryginalny: Das Labyrinth jagt dich
Liczba stron: 416
Format: 135x202 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788328021464
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,99 zł


blog comments powered by Disqus