Rozdział I

Autor: Richelle Mead

 

Rozdział 1
Byłam pijana.
Nie wiedziałam, kiedy się upiłam, ale najprawdopodobniej wtedy, kiedy mój przyjaciel Doug założył się ze mną, że nie dam rady wypić trzech drinków z wódką szybciej od niego. Obiecał, że jeśli przegra, weźmie moją zmianę w weekend, natomiast gdyby wygrał, ja miałam przez tydzień pilnować dostaw do księgarni.
Kiedy skończyliśmy, nic nie wskazywało na to, żebym w ten weekend pracowała.
– Jak udało ci się z nim wygrać? – zdziwił się mój przyjaciel Hugh. – Jest dwa razy większy od ciebie.
Poprzez tłum wypełniający moje mieszkanie spojrzałam w stronę zamkniętych drzwi do łazienki.
– Miał w tym tygodniu grypę żołądkową. Zdaje się, że grypa i wódka to niezbyt dobre połączenie.
Hugh uniósł brew.
– Kto przy zdrowych zmysłach założyłby się o coś takiego po tym, jak miał grypę żołądkową?
Wzruszyłam ramionami.
– Doug.
Licząc na to, że Dougowi nic się nie stanie, przyjrzałam się innym uczestnikom przyjęcia, tak jak królowa z zadowoleniem ogląda swoje włości. Przeprowadziłam się tu w lipcu i od dawna zbierałam się do zorganizowania parapetówki. Kiedy w końcu nadeszło Halloween, uznałam, że połączenie go z parapetówką będzie doskonałym rozwiązaniem. W związku z tym moi goście byli przebrani w najróżniejsze kostiumy, poczynając od wypracowanych strojów z epoki renesansu, po leniów ograniczających się do włożenia spiczastego kapelusza.
 
A ja byłam przebrana za Sierotkę Marysię – a w każdym razie byłabym, gdyby Sierotka była striptizerką i/albo bezwstydną ladacznicą. Moja falbaniasta niebieska spódniczka kończyła się tuż powyżej połowy uda, a biała bluzka z bufkami miała tak głęboki dekolt, że musiałam uważać, gdy się schylałam. Ukoronowaniem stroju, i to w dosłownym znaczeniu tego słowa, była burza lnianoblond włosów uczesanych w dwa kucyki związane błękitną wstążką. Wyglądały doskonale, zupełnie jak prawdziwe, bo… no cóż, były prawdziwe.
 
Umiejętność zmiany postaci zawsze się przydawała w pracy sukuba, a na Halloween była po prostu na wagę złota. Zawsze miałam najlepsze kostiumy, bo po prostu mogłam przybrać postać, jaką chciałam. Oczywiście musiałam się trochę ograniczać. Zbyt wiele zmian mogłoby wzbudzić podejrzenia u ludzi, wśród których się obracałam. Ale inny kolor włosów i inna fryzura nikogo nie dziwi. O tak, umiejętność zmiany wyglądu była bardzo praktyczna.
Ktoś dotknął mojego łokcia. Odwróciłam się i na widok Romana, mojego socjopatycznego współlokatora, moje zadowolenie z siebie trochę osłabło.
– Zdaje się, że ktoś się pochorował w łazience – stwierdził. Roman był nefilimem, pół człowiekiem, pół aniołem, o miękkich czarnych włosach i zielonych jak morze oczach. Gdyby nie to, że czasami popadał w szał mordowania nieśmiertelnych, a ja znajdowałam się na jego liście „do odstrzału”, byłby niezłą partią.
– Tak – odpowiedziałam. – To Doug. Przegrał zakład o picie wódki.
Roman się skrzywił. Miał diabelskie rogi i czerwoną pelerynę. Załapałam ironię.
– Mam nadzieję, że nie chybi. Nie chciałbym tego czyścić.
– Co? To sprzątanie też cię nie obowiązuje? – zapytał Hugh. Dowiedział się ostatnio, że Roman nie płaci czynszu, bo „szuka pracy”. – Nie powinieneś tu trochę pomagać?
Roman rzucił Hugh ostrzegawcze spojrzenie.
– Nie mieszaj się w to, Roosevelcie.
– Jestem Calvinem Coolidge’em, trzydziestym prezydentem Stanów Zjednoczonych! – wykrzyknął obrażony Hugh. – Podczas inauguracji miał na sobie taki sam surdut.
Westchnęłam.
– Hugh, nikt już tego nie pamięta. – To była jedna z wad nieśmiertelności. Wraz z upływem czasu nasze wspomnienia stawały się przestarzałe. Hugh, diablik, który skupował dusze dla piekła, był znacznie młodszy niż ja czy Roman, ale i tak był o wiele starszy niż którykolwiek z obecnych na przyjęciu ludzi.
Zignorowałam dysputę panów i poszłam porozmawiać z gośćmi. Kilkoro kolegów z księgarni, w której pracowałam z Dougiem, stało przy wazie z ponczem, więc zatrzymałam się przy nich na chwilę. Natychmiast zasypali mnie komplementami.
– Masz niesamowite włosy!
– Ufarbowałaś je?
– W ogóle nie wyglądają na perukę!
Zapewniłam ich, że to bardzo dobra peruka i odwzajemniłam się komplementami. Ale jedną osobę skwitowałam tylko smutnym kiwnięciem głową.
– Masz więcej inwencji twórczej niż wszyscy tutaj razem wzięci i tylko na tyle cię stać? – zapytałam.
Seth Mortensen, autor bestsellerów, odwrócił się do mnie z jednym z tych swoich charakterystycznych, lekko skrzywionych uśmiechów. Mimo że od wódki kręciło mi się w głowie, to ten uśmiech sprawił, że moje serce zaczęło bić szybciej jak zawsze.
 
Chodziliśmy kiedyś ze sobą, a Seth odkrył przede mną głębię miłości, jakiej nigdy sobie nawet nie wyobrażałam. Bycie sukubem oznaczało między innymi to, że przez wieczność miałam uwodzić mężczyzn i kraść ich energię życiową, więc prawdziwy związek wydawał mi się niemożliwy. I tak też ostatecznie było. Seth i ja zerwaliśmy ze sobą, dwa razy, i mimo że zazwyczaj godziłam się z tym, iż on sobie z tym jakoś poradził i żył dalej, wiedziałam, że będę go kochać zawsze. Jak dla mnie „na zawsze” oznaczało naprawdę coś poważnego.
– Nie mogę jej marnować na przebieranki – odpowiedział. Jego bursztynowobrązowe oczy spojrzały na mnie czule. Nie wiedziałam, czy nadal mnie kocha. Wiedziałam tylko, że zależy mu na mnie jak na przyjaciółce. I starałam się sprawiać takie samo wrażenie. – Inwencję twórczą muszę oszczędzać na następną książkę.
– Marne wytłumaczenie – parsknęłam. Seth włożył koszulkę z Freddym Kruegerem, co można by uznać za znośne przebranie, gdyby nie to, że podejrzewałam, iż miał ją na długo przed tym Halloween.
Seth pokręcił głową.
– I tak nikogo nie obchodzi, w co przebiorą się na Halloween faceci. Liczą się tylko kobiety. Rozejrzyj się.
Tak zrobiłam i uświadomiłam sobie, że ma rację. To kobiety miały wymyślne, seksowne stroje. Poza kilkoma wyjątkami mężczyźni zdecydowanie ustępowali im pola.
– Peter się przebrał – zauważyłam. Seth podążył za moim wzrokiem i spojrzał na jednego z moich nieśmiertelnych przyjaciół. Peter był wampirem, szalenie drobiazgowym i obsesyjno-kompulsywnym. Był ubrany w strój z przedrewolucyjnej Francji, włącznie z frakiem w wytłaczane wzory i upudrowaną peruką kryjącą jego cienkie brązowe włoski.
– Peter się nie liczy – stwierdził Seth.
Przypomniawszy sobie, jak w zeszłym tygodniu Peter pracowicie odrysowywał łabądki na listwach przypodłogowych w łazience, nie mogłam się nie zgodzić.
– No racja.
– A za kogo przebrał się Hugh? Jimmy’ego Cartera?
– Calvina Coolidge’a.
– Skąd wiesz?
Nie musiałam odpowiadać, ponieważ pojawiła się narzeczona Setha i jedna z moich najbliższych przyjaciółek, Maddie Sato.
 
Była przebrana za wróżkę. Miała nawet skrzydełka i zwiewną suknię, której daleko było do zdzirowatości mojego stroju. W czarne, upięte w kok włosy wplotła sztuczne kwiaty. Do tego, że jest z Sethem, też się już mniej więcej przyzwyczaiłam, ale byłam pewna, że zawsze będzie mnie to trochę drażniło. Maddie nie wiedziała, że kiedyś się spotykaliśmy i nie miała pojęcia, jakie odczucia budził we mnie ich związek.
Spodziewałam się, że weźmie Setha pod ramię, ale to mnie złapała i odciągnęła na bok. Zachwiałam się odrobinę. Zazwyczaj dziesięciocentymetrowe szpilki nie stanowiły dla mnie problemu, ale wódka trochę komplikowała sprawę.
– Georgino! – wykrzyknęła, gdy odsunęłyśmy się wystarczająco od Setha. – Potrzebuję twojej pomocy.
Wyciągnęła z torebki dwie kartki wyrwane z kolorowych pism.
– W czy… och. – Żołądek podszedł mi do gardła i mało brakowało, a dołączyłabym do Douga w łazience. To były zdjęcia sukien ślubnych.
– Prawie się zdecydowałam – wyjaśniła. – Co myślisz o tych?
Przyznanie, nawet z trudem, że mężczyzna, którego kocham, żeni się z jedną z moich najlepszych przyjaciółek, to jedno, ale pomoc przy organizowaniu ich ślubu to już zupełnie co innego. Z trudem przełknęłam ślinę.
– Och, Maddie. To nie moja para kaloszy.
Spojrzała na mnie rozszerzonymi ze zdziwienia oczami.
– Żartujesz? To ty mnie nauczyłaś, jak należy się ubierać!
Najwyraźniej nie wzięła sobie do serca moich rad. Te suknie co prawda doskonale prezentowały się na anorektycznych modelkach, ale na Maddie wyglądałyby fatalnie.
– No nie wiem… – Nie zabrzmiało to przekonująco i odwróciłam wzrok. Te suknie nasuwały na myśl obraz Maddie i Setha idących do ołtarza.
– Oj przestań – nalegała. – Wiem, że masz wyrobione zdanie na ten temat.
 
Miałam. I to złe. I szczerze mówiąc, gdybym była dobrym sługą piekieł, powiedziałabym, że w obu wyglądałaby doskonale. Albo wskazałabym najgorszą. To nie moja sprawa, co zamierzała włożyć. I może gdyby pojawiła się na ślubie w czymś koszmarnym, to Seth uświadomiłby sobie, co stracił, kiedy się rozstaliśmy. Ale mimo to… Nie mogłam. Mimo wszystkiego, co się wydarzyło, nie mogłam Maddie na to pozwolić. Była dobrą przyjaciółką, nigdy nie podejrzewała, że coś zaszło między mną a Sethem ani przed ich związkiem, ani w trakcie. I mimo że małostkowa, egoistyczna część mnie tego chciała, nie mogłam jej pozwolić iść na ślub w nieodpowiedniej sukni.
– Żadna z nich nie jest dobra – wydusiłam w końcu. – W tej bezie będziesz wyglądała na niską. A kwiaty na dekolcie tamtej będą cię pogrubiały.
– Serio? – zapytała zaskoczona. – Nigdy… – Przyjrzała się zdjęciom i uśmiech zniknął jej z twarzy. – Cholera. A już myślałam, że wreszcie mam to opanowane.
Moje kolejne słowa musiały być skutkiem ilości wypitego alkoholu.
– Jeśli chcesz, to w przyszłym tygodniu możemy się przejść po sklepach. Poprzymierzasz sukienki, a ja powiem, w czym ci do twarzy.
Maddie się rozpromieniła. Nie była śliczna w tradycyjnym stylu jak modelki, ale kiedy się uśmiechała, była piękna.
– Naprawdę? Och, dziękuję. I może znajdziesz coś dla siebie.
– Dla mnie?
– No… – Uśmiechnęła się szelmowsko. – Będziesz przecież druhną.
W tym momencie przemyślałam kwestię tego, czy może być coś gorszego od pomagania w planowaniu ich ślubu. Bycie druhną na tym ślubie było nieporównywalnie gorsze. Ci, którzy twierdzą, że sami tworzymy sobie piekło na ziemi, musieli mieć właśnie coś takiego na myśli.
– No nie wiem…
– Musisz! Nie chcę nikogo innego.
– Nie jestem typem druhny.
– Oczywiście, że jesteś. – Nagle Maddie spojrzała na coś za mną. – Och, Doug się odnalazł. Sprawdzę, jak się czuje. Pogadamy o tym później. I tak się poddasz.
 
Maddie odmaszerowała do brata, a ja stałam jak słup soli. Stwierdziłam, że zaryzykuję podróż do Rygi, byle tylko jeszcze się napić. To przyjęcie poszło zdecydowanie w złą stronę. Ale kiedy się odwróciłam, nie poszłam do barku, tylko na patio. Jedną z największych zalet mojego nowego mieszkania był wielki balkon, który wychodził na zatokę Puget, a w tle widać było wieżowce Seattle. Ale kiedy tam stałam, to nie widoki przyciągnęły moją uwagę. To było… coś innego. Coś, czego nie potrafiłam wyjaśnić. Ale było ciepłe i cudowne i przemawiało do wszystkich moich zmysłów. Miałam wrażenie, że widzę kolorowe światło, takie jak pasma zorzy polarnej. Słyszałam też niezwykłą muzykę, której nie dało się opisać żadnymi słowami i która nie miała nic wspólnego z dobiegającymi z głośników mojej wieży dźwiękami Pink Floydów. Przestałam zwracać uwagę na odgłosy dobiegające z mieszkania i powoli zaczęłam iść w stronę balkonu. Drzwi były otwarte, by wpuścić trochę świeżego powietrza, a moje koty Aubrey i Godiva leżały przy progu i wyglądały na zewnątrz. Przeszłam nad nimi, przyciągana przez to nienazwane i niewyjaśnione coś. Kiedy tak szłam za wezwaniem, otoczyło mnie ciepłe jesienne powietrze. To coś było wszędzie wokół mnie, a zarazem poza zasięgiem. Wołało mnie, przyciągało do czegoś, co było tuż przy brzegu balkonu. Zaczęłam nawet rozważać, czy mimo wysokich obcasów nie wspiąć się na barierkę i nie wyjrzeć. Musiałam dotrzeć do tego cudownego czegoś.
– Hej, Georgino.
Głos Petera wyrwał mnie z transu. Zaskoczona, rozejrzałam się wokół. Nie było żadnej muzyki ani kolorów, nic mnie nie wzywało. Były tylko noc, piękny widok i meble ogrodowe na moim balkonie. Odwróciłam się i spojrzałam mu w oczy.
– Mamy problem.
– Mamy wiele problemów – mruknęłam, myśląc o sukni ślubnej Maddie i o tym, że prawie wyskoczyłam z balkonu. Zadrżałam. Na pewno nie wypiję następnego drinka. Mdłości to jedno. Ale halucynacje to już zupełnie co innego. – To co się dzieje?
Peter zaprowadził mnie do środka i powiedział:
– Cody się zakochał.
Spojrzałam na Cody’ego, też wampira i ucznia Petera. Cody był młodym nieśmiertelnym, ujmującym i pełnym optymizmu. Przebrał się za kosmitę, z blond czupryny wystawały mu zielone antenki, a stopień dopracowania srebrzystego kombinezonu sugerował, że Peter pomagał mu zrobić kostium. W tym momencie Cody gapił się z otwartymi ustami na kogoś po drugiej stronie pokoju. Wyglądał tak, jak ja się czułam kilka chwil temu.
Obiekt uczuć miał na imię Gabrielle i niedawno zaczął pracować w mojej księgarni. Malutka jak skrzacik, w czarnych kabaretkach i porwanej czarnej sukience, miała nastroszone czarne włosy i czarną szminkę na ustach. Prosty dobór kolorów. Cody wpatrywał się w nią tak, jakby była ósmym cudem świata.
– Ehm… – wykrztusiłam. Hugh często umawiał się na randki, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że wampiry, a już zwłaszcza Peter, mogły wchodzić w jakieś romantyczne relacje.
– Myślę, że spodobał mu się jej strój wampira – stwierdził Peter.
Pokręciłam głową.
– Prawdę mówiąc, ona zawsze tak się ubiera.
Podeszliśmy do Cody’ego. Zauważył nas dopiero po chwili i wyraźnie ucieszył się na mój widok.
– Jak jej na imię? – zapytał przejęty.
Próbowałam ukryć uśmiech. Widok zakochanego Cody’ego był jedną z najsłodszych rzeczy, jakie zdarzyło mi się oglądać, a także przyjemną odmianą po dotychczasowych wydarzeniach wieczoru.
– Gabrielle. Pracuje w księgarni.
– Ma kogoś?
Spojrzałam na nią, akurat gdy roześmiała się z czegoś, co powiedziała Maddie.
– Nie wiem. Mam spytać?
Cody się zarumienił, na tyle, na ile to możliwe u bladego wampira.
– Nie! To znaczy… no chyba że to nie będzie takie oczywiste? Nie chcę sprawiać kłopotu.
– To żaden kłopot – powiedziałam, gdy przechodził obok nas Doug. – Hej. – Złapałam go za rękaw. – Wyświadcz mi przysługę, a będziesz miał wolny weekend.
Doug dzięki pochodzeniu japońsko-amerykańskiemu miał złocistą karnację, ale teraz jego skóra miała ten zielony od¬cień właściwy kosmitom.
– Wolałbym raczej odzyskać mój żołądek, Kincaid.
– Dowiedz się, jak tam stan cywilny Gabrielle. Cody jest zainteresowany.
– Georgino! – wykrzyknął przerażony Cody.
Bez względu na samopoczucie Doug nie mógł się oprzeć takiej propozycji.
– Nie ma sprawy.
Przeszedł przez pokój, przyciągnął do siebie Gabrielle i schylił się, żeby mogła go usłyszeć. W pewnym momencie spojrzał w naszą stronę, a Gabrielle podążyła za jego wzrokiem. Cody prawie padł z wrażenia.
– O Boże…
Doug wrócił pięć minut później i pokręcił głową.
– Przykro mi, chłopie. Jest wolna, ale nie jesteś w jej typie. Ona gustuje w gotach i wampirach. A ty jesteś zbyt main¬streemowy.
Akurat sączyłam wodę i prawie się zakrztusiłam.
– To właśnie – powiedział Peter, gdy tylko Doug gdzieś odszedł – nazywamy ironią.
– Ale jak to możliwe? – wykrzyknął Cody. – Jestem wampirem. Powinienem być dokładnie tym, kogo chce.
– Tak, ale nie wyglądasz na wampira – zauważyłam. Gdyby Gabrielle była fanką Star Treka, to Cody trafiłby w dziesiątkę.
– Wyglądam dokładnie jak wampir, bo nim jestem! Za kogo miałbym się przebrać? Hrabiego Kaczulę?
Przyjęcie trwało jeszcze kilka godzin, po czym goście wreszcie zaczęli się zbierać. Roman i ja, jako dobrzy gospodarze, staliśmy w drzwiach, uśmiechaliśmy się i życzyliśmy im spokojnej drogi do domu. Kiedy wreszcie wszyscy wyszli, byłam wykończona i naprawdę zadowolona, że już po wszystkim. Po wypadku na balkonie nie wzięłam więcej alkoholu do ust i właśnie dopadł mnie ból głowy, przypominający o wcześ¬niejszej rozpuście. Roman, patrząc na bałagan, wyglądał na równie zmęczonego jak ja.
– To zabawne, co? Urządzasz parapetówkę, żeby pochwalić się mieszkaniem, a ludzie zmieniają je w pobojowisko.
– Szybko się posprząta – mruknęłam, spoglądając na liczne butelki i papierowe talerzyki z resztkami jedzenia.
Aubrey zlizywała lukier z nadgryzionej babeczki, więc szybko odebrałam jej łup.
– Ale nie dziś. Pomóż mi pozbierać jednorazówki, a resztę zrobimy jutro.
– W haśle „sprzątanie” nie ma miejsca na słowo „my” – powiedział Roman.
– To bez sensu – stwierdziłam, zakręcając salsę. – I Peter ma rację, wiesz? Powinieneś więcej zajmować się domem.
– Zapewniam ci dobre towarzystwo. A poza tym i tak nie możesz się mnie pozbyć.
– Jerome się tym zajmie… – zagroziłam mu ojcem demonem, a zarazem moim szefem.
– Pewnie. Leć do niego i na mnie naskarż. – Roman pohamował ziewnięcie, pokazując, jak bardzo boi się gniewu ojca. Rzecz w tym, że miał rację. Nie mogłam się go sama pozbyć, a jakoś nie podejrzewałam, żeby Jerome chciał mi w tym pomóc. Ale mimo to trudno było mi uwierzyć, że Roman odmaszerował do swojego pokoju i zostawił mnie samą ze sprzątaniem. Nie sądziłam, że posunie się tak daleko.
– Dupek! – krzyknęłam za nim, ale w odpowiedzi tylko trzasnął drzwiami. Nie był złym współlokatorem, ale w związku z naszą skomplikowaną przeszłością często starał się wyprowadzić mnie z równowagi. I wyprowadzał. Wściekła, uprzątnęłam największy bałagan i pół godziny później pad¬łam na łóżko. Dołączyły do mnie Aubrey i Godiva, układając się obok siebie w moich nogach. Ich kontrastowe kolory sprawiały, że przypominały jakąś współczesną rzeźbę. Aubrey była biała z czarnymi plamkami na głowie, a Godiva składała się z pomarańczowych, brązowych i czarnych łat. Wszystkie trzy natychmiast zasnęłyśmy.
Jakiś czas później obudził mnie śpiew… czy raczej coś, co go przypominało. To było znów to coś, co wabiło mnie wcześ¬niej, przemawiało do każdej cząsteczki mojego ciała. Ciepłe, świetliste i piękne. Było wszędzie i wszystkim, i pragnęłam mieć tego więcej, pójść do tego światła o niesamowitych barwach. To było takie przyjemne, takie, że gdybym tylko do tego dotarła, mogłabym się w tym rozpłynąć. Miałam wrażenie, że widzę wejście, drzwi, które muszę tylko pchnąć i przez nie przejść, i …
Ktoś złapał mnie brutalnie i odwrócił do siebie.
– Obudź się!
Tak jak poprzednio, wszystkie niezwykłe odczucia zniknęły. Byłam sama w cichym, pustym świecie. Pieśń syreny ucichła. Przede mną stał Roman. Potrząsał mną i wpatrywał się we mnie z niepokojem. Rozejrzałam się. Byliśmy w kuchni. Nie pamiętałam, jak się tu znalazłam.
– Jak… co się stało? – wykrztusiłam.
Twarz, która wcześniej mnie przedrzeźniała, teraz pełna była niepokoju, to zaś napawało niepokojem mnie. Dlaczego ktoś, kto chce mnie zabić, miałby się o mnie martwić?
– To ty mi powiedz – odpowiedział Roman i rozluźnił uścisk.
Potarłam oczy i spróbowałam sobie przypomnieć, co się stało.
– N… nie wiem. Musiałam lunatykować.
Na twarzy Romana wciąż malowały się napięcie i niepokój.
– Nie… coś tu było…
Pokręciłam głową.
– Nie, to był sen. Albo halucynacja. Już wcześniej to miałam… Po prostu za dużo wypiłam.
– Czy ty mnie nie słyszysz? – I znowu maskowany złością niepokój o mnie. – Coś tu było. Jakaś siła. Poczułem to. To ona mnie zbudziła. Naprawdę nic nie pamiętasz?
Zapatrzyłam się w dal, próbując przypomnieć sobie to światło i dziwną melodię, ale nie mogłam.
– To było… cudowne. Chciałam… chciałam do tego iść… połączyć się z tym. – W moim głosie była nutka tęsknoty.
Roman spochmurniał. Byłam sukubem, niższym nieśmiertelnym, który w przeszłości był człowiekiem. Wyżsi nieśmiertelni, tacy jak anioły i demony, zostali stworzeni wraz z początkiem świata. Nefilimy się rodziły i trafiały gdzieś pomiędzy te dwie grupy. A w związku z tym ich moce i zmysły były potężniejsze niż moje.
Roman mógł wyczuć rzeczy, których ja nie mogłam.
– Nie rób tego – ostrzegł. – Jeśli znów to poczujesz, uciekaj od tego. Nie pozwól się wabić. Pod żadnym pozorem nie możesz do tego iść.
Spojrzałam na niego spod zmarszczonych brwi.
– Czemu? Wiesz, co to jest?
– Nie – odpowiedział ponuro. – I w tym właśnie problem.

Georgina Kincaid #5 - Cienie Sukuba

Autor: Richelle Mead
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 1/2011
Tytuł oryginalny: Succubus Shadows
Rok wydania oryginału: 2010
Liczba stron: 304
Format: 130x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324138661
Wydanie: I
Cena z okładki: 35,81 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus