"Żywe Trupy #3 - Upadek Gubernatora" - recenzja książki


Nieco stęchlizny
 
To z pewnością zmęczenie materiału. Choć ciężko powiedzieć, po której leży stronie – autora czy czytelnika. Seria książek ze świata The Walking Dead zaczęła się nieźle – od Narodzin Gubernatora. Kontynuacja – Droga do Woodbury – też wypadła pomyślnie, między innymi dzięki zabiegowi zmiany perspektywy narracyjnej. Tymczasem Upadek Gubernatora nie prezentuje się już tak dobrze.
 
Zamknięcie trylogii (które okazało się wcale tym zamknięciem nie być, co wyjaśniam na końcu recenzji) nie oferuje czytelnikowi w zasadzie niczego nowego. Jesteśmy już oswojeni z formą prozy, która – początkowo świeża i dość dobrze budująca napięcie – staje się już nużąca. Robert Kirkman i Jay Bonansinga prowadzą odbiorcę przez ciągi niepotrzebnych opisów. Każda scena, każda strona zawiera akapity tekstu, który w żaden sposób nie tworzy całości, tekstu zbędnego, pozbawionego znaczenia dla akcji, fabuły, klimatu czy pogłębiania charakterów. Tekstu-wypełniacza. Podobnie rzecz wygląda na poziomie zdania: ilość przymiotników i przysłówków jest olbrzymia, choć ich zakres już nie. Powtórzenia są tu na porządku dziennym. Sztuczne rozbudowywanie fraz zmniejsza dynamikę tekstu i fabuły. Powieść staje się koszmarem szkolnego polonisty, który widzi, jak uczniowie rozpychają wypracowania, by tylko przekroczyć pułap wymaganych znaków. I nudzi, przede wszystkim nudzi.
 
Od strony fabularnej także nie doświadczymy zbyt wiele świeżości. Misternie konstruowana w poprzednim tomie rebelia przeciwko tyranicznym rządom Gubernatora nie powiodła się. Pozostał on przy władzy, a jego postępowanie nie zmieniło się ani trochę. Nadal jest bezwzględny i żądny krwi, jednocześnie dbając o swój wizerunek obrońcy uciśnionych i wybawiciela ocalałych. Skutecznie udaje, że sprawuje kontrolę nad całą sytuacją, co oczywiście nie jest i nigdy nie było prawdą. Zapasy jedzenia kurczą się, a nowe dostawy są obarczone coraz większym ryzykiem. Tymczasem u bram Woodbury pojawiają się Rick, Glenn i Michonne – znani widzom serialu. Gubernator postanawia ich uwięzić, co trochę ożywia fabułę. Jednak Upadek Gubernatora to więcej dramy, więcej emocjonalnych rozpamiętywań i knutych podstępów niż wartkiej akcji i starć z zombie. To specyfika całego uniwersum The Walking Dead, w którym prawdziwe zagrożenie czyha wewnątrz – w ludzkiej potworności, przy której snujące się na zewnątrz żywe trupy są relatywnie niewielkim zagrożeniem. Ale też brakuje trochę posoki, flaków i latających kończyn. Raz jeszcze: zbyt to nudne.
 
Proza spod znaku The Walking Dead pełni w zasadzie jedno główne zadanie: wypełnić lukę pomiędzy komiksem a serialem. Lukę, jaka powstała przy znaczącej zmianie kreacji jednej z ważnych postaci – Philipa Blake'a, tytułowego Gubernatora. W komiksie jawi się on jako postać jednoznacznie zła, w serialu jest inaczej. Nawet, jeśli nie staje się pozytywnym bohaterem, to jego charakter komplikuje się, jego motywacje nie są do końca jasne, ale jednoznaczna ocena przestaje być możliwa. Staje się bardziej ludzki i w tym ludzkim wydaniu widz może chcieć go zrozumieć. Zaspokojeniu tej chęci służy właśnie powieściowa trylogia. Tyle, że nie jest w tym do końca przekonująca. Kirman i Bonansinga mają pewne trudności z kreowaniem wiarygodnych bohaterów, podejmowane przez postaci działania są często zaskakujące i niezrozumiałe, a tłumaczenie tego kontekstem ekstremalnej sytuacji, postapokaliptycznej scenerii – jest rozwiązaniem zbyt łatwym. Twarda polityka Gubernatora i jego totalitarne zapędy – okej, niebezpieczne czasy wymagają rządów silnej ręki. Ale towarzyszące temu moralne świństwa, bezzasadne okrucieństwa? To już nie jest zło konieczne. To zło – po prostu. Nie tylko ta centralna dla książek postać jawi się ostatecznie jako mało wiarygodna. Podobnie z innymi, powiedzmy "pozytywnymi" bohaterami, jak Lilly, z której perspektywy znów prowadzona jest znaczna część narracji. Jej emocjonalne rozchwianie, ogromny narcyzm, koncentracja na własnych emocjach i egoistycznych pobudkach w momencie, gdy na zewnątrz grasują legiony zombie i jedyną szansą na przetrwanie jest kooperacja i praca na rzecz wspólnego dobra – to lekka przesada. Oczywiście istnieją ludzie, którzy nieustannie użalają się nad sobą. Ale zwykle nie muszą przejmować się drapieżnymi nieumarłymi. Dziwi już, jak Lilly udało się przetrwać tak długo po apokalipsie zombie. Introwertycy to łatwa kolacja.
 
Proza The Walking Dead miała zamknąć się w trylogii. Teoretycznie nawet tak się stało. W praktyce jednak ostatni tom został rozbity na dwie części, w efekcie z 3 książek robiły się 4. Przy czym część pierwsza zajmuje około 230 stron, kosztuje jednak tyle samo, co poprzednie tomy, co oznacza, że przez rozbicie ostatniego tomu na dwie części – czytelnik będzie musiał wydać na niego dwa razy więcej. Czy w zamian otrzyma dwa razy więcej akcji, dwa razy więcej trzymającej w napięciu fabuły, dwa razy więcej intrygi i wiarygodnych charakterów? Sądząc po części pierwszej – nie. Dostanie dwa razy więcej zbędnych i nudnych opisów oraz dwa razy więcej psychicznych rozterek w samym środku świata opanowanego przez zombie.

Żywe trupy #3 - Upadek Gubernatora

Autor: Jay Bonansinga, Robert Kirkman
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 2/2014
Tytuł oryginalny: Walking Dead: The Fall of the Governor
Rok wydania oryginału: 2013
Format: 140x205 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788379241408
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,90 zł


blog comments powered by Disqus