Robert J. Szmidt

Ur.: 26 lipca 1962 , Wrocław
zdjęcie

O sobie samym:

Mimo tego, że napisałem już parę milionów słów, dziwnie się czuję mając przed sobą pusty dokument i zadanie przedstawienia swojej osoby. Od czego zacząć, co opisać, tak wiele się wydarzyło w ciągu tych 41 lat (rocznik 1962). Nawet, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko to, co wiąże mnie z pisaniem i fantastyką. A więzy te są stare, jak świat.
Tym, którzy może się dziwią, czemu facet z Katowic tak wiele pisze o Wrocławiu chciałbym wyjaśnić. Urodziłem się we Wrocławiu, spędziłem w nim dzieciństwo i całą młodość też. Tam też zaczęła się moja przygoda ze science-fiction.

Pierwszy kontakt z literaturą przeżyłem, gdy zapisano mnie do dzielnicowej biblioteki. Miałem wtedy może siedem lat. Pamiętam jednak do dzisiaj, że przetrzebiłem półki tej szacownej instytucji, mając za ulubioną lekturę Muminki i Doktora Dolittle. Wtedy odkrywałem dopiero te serie, więc lektury wystarczyło mi na miesiące, zważywszy, że trzeba było na niektóre tomy poczekać. Chyba właśnie wtedy łyknąłem bakcyla fantastyki. Potem przyszedł Juliusz Verne i kolejne związane z nim fascynacje.
Może dzisiaj wyda się to śmieszne, ale byłem człowiekiem, na którego literatura wywierała duży wpływ. Dość powiedzieć, że 20 000 mil podmorskiej żeglugi okazało się tak wielkim przeżyciem, iż zdecydowałem, że będę pływał. Efekt tego marzenia: kilka lat szkoły o profilu marynistycznym - niestety w żegludze śródlądowej, książeczka marynarska z kilkoma (wiwat MS Kaczuszka!) wpisami i zakończenie przygody podczas stanu wojennego, kiedy to cała szkoła została, prócz dwóch osób zmilitaryzowana. Jak się domyślacie byłem jednym z dwóch szczęśliwych nieszczęśliwców.
Jeśli się dobrze zastanowić, to właśnie temu momentowi mojego życia możecie zawdzięczać fakt, że dzisiaj macie możliwość czytania Science Fiction. Podczas stanu wojennego zająłem się pracą (zatrudniony jako ślusarz w Zakładach Metalowych Pilmet) a w wolnym czasie szukałem kolejnych doznań fantastycznych i handlowałem książkami. Najlepszy podówczas antykwariat mieścił się na ulicy Szewskiej, niemal na wprost studenckiego klubu Index. Któregoś dnia, wracając do domu po udanych łowach (wtedy to były łowy, nie zakupy), zauważyłem na ulicy plakat informujący o spotkaniu Wrocławskiego Klubu Miłośników Fantastyki. Skwapliwie skorzystałem z oferty i wkrótce dołączyłem do grona znamienitych osobistości, które w owym czasie stanowiły trzon klubu. Wtedy nie było nas wielu, ale wyobraźcie sobie spotkania w sali uniwersyteckiej, na które przybywali: Andrzej Drzewiński, Andrzej Ziemiański, Eugeniusz Dębski, Ryszard Krauze, Adam Cebula, że tylko wspomnę tych, którzy są wam mniej lub bardziej znani i odcisnęli swoje piętno na scenie fantastycznej.

Autorzy czytali swoje nowe teksty, potem dyskutowaliśmy nad nimi, do rytuału należało składanie kolejnych numerów fanzinów (Tly, No Vawe), odbijanych na uniwersyteckim powielaczu w zawrotnej liczbie 300 egzemplarzy - tu nie mogę oprzeć się małej dygresji; nie tak dawno u Adama Cebuli przeglądałem jeden ze starych "No Vawe" i ze zdumieniem odkryłem artykuł o komiksie, który napisałem wspólnie z Andrzejem Ziemiańskim. Takie to były czasy...
Sielanka trwała lat kilka. W tym czasie niespecjalnie myślałem o pisaniu, choć pomysły na niemal wszystkie teksty, które mieliście okazje poznać w Science Fiction wtedy właśnie powstały. Mówiąc szczerze, wydaje mi się, że do pisania trzeba dojrzeć. Trzeba swoje przeżyć, przeczytać a dopiero później przelewać myśli na papier. W każdym razie młody RJS był aktywnym działaczem fandomu. Wtedy konwenty wyglądały nieco inaczej niż dzisiaj. Spotykała się na nich śmietanka fandomu, sto, może trochę więcej osób, które znały się jak łyse konie i trzymały razem, mając za wroga w godzinach pracy (zaraz wyjaśnię dlaczego) PSMF. Rzeczone stowarzyszenie widziało się nam, niezależnym działaczom, jako organ ciemiężycieli, kanalizujących skądinąd spontaniczny ruch fanowski. Walczyliśmy zatem wszelkimi sposobami z Maćkiem Makowskim, Sławkiem Pikułą i ich zastępami. Na forum, bo po godzinach, gościliśmy się wzajemnie, przyjaźniliśmy itp. Różniła nas doktryna ale nie uczyniła z nas wrogów.
Bardzo milo wspominam te lata. Tym bardziej, że mam na koncie kilka niezaprzeczalnych sukcesów. W 1983 lub 1984 roku na konwencie w Łodzi, na wieczornej imprezce, w towarzystwie Konrada Zielińskiego, Romka Szoki oraz kilku innych osób z gronaprezesowskiego zaproponowałem ufundowanie przez fanów nagrody dla najlepszego polskiego pisarza. Propozycja zyskała poklask większości zebranych, wypiliśmy za nią i następnego dnia przedstawiliśmy światu (istnieje takie nagranie telewizji łódzkiej wykorzystane w którymś z programów redaktora Berestowskiego) ideę pomysłu, która po czasie wyewoluowała w nagrodę Janusza A. Zajdla. Ale to tak na marginesie. Kolejnym sukcesem, który chyba mogę sobie przypisać w tamtych latach, było wprowadzenie na polski rynek postaci Conana. Tak, rzucajcie pomidorami, zgniłymi jajami i ściskajcie mi prawicę wedle upodobań, ale to właśnie ja odkopałem Cymmerianina (kto nazywa go Cymmeryjczykiem ten kiep) i przedstawiłem go polskim czytelnikom, najpierw w klubówkach, potem oficjalnie inicjując wspólnie z Piotrem Kasprowskim serię, którą do dzisiaj prowadzi Amber. Reszta to była harówka, prezesowanie Wrocławskiej SFerze, organizacja konwentów, z których najbardziej pamiętne były Fantasycony - zresztą w znakomitym felietonie Andrzeja Ziemiańskiego o konwentach znajdziecie wiele anegdot, w których miałem przyjemność osobiście uczestniczyć. Możecie je tam znaleźć. Choćby na stronie Andrzeja, która znajduje się obok mojej.

Tyle zasług dla fantastycznej ojczyzny, odległe to czasy, więc i nie ma co szat rozrywać nad tym co było. Działalność klubowa nie dawała wiele czasu na własną twórczość, dlatego w tamtym okresie raczej nie powstało wiele prac, które dzisiaj mógłbym pokazać. Pamiętam jednak, że kilka krótkich tekstów pojawiło się w fanzinach. Prócz nich były też rysunki, tłumaczenia, recenzje. Wiele z nich zniknęło bezpowrotnie. Niektóre odnajdują się po latach w archiwach moich dawnych znajomych. To, co udało się odnaleźć, znajdziecie na tej stronie.
Pierwszy z nich, zachowany już tylko w pamięci, a może gdzieś na kartach, któregoś zapomnianych wydawnictw klubowych, traktował o alpiniście, któremu znana firma zaproponowałapromocję nowego robota, asekuratora we wspinaczce. Napisałem to opowiadanie na konkurs literacki w klubie i o dziwo, wygrałem. Wtedy to, po raz pierwszy poczułem ten nieuchwytny smak sławy... Pamiętam, że moje opowiadanie kończyło się sceną odpadnięcia bohatera od ściany (w sumie była to humoreska), robot perfekcyjnie przewidywał każdy następny krok wedle prawdopodobieństwa, a alpinista działał instynktownie, w końcu nie zdzierżył i rzucił nękającej go maszynie zdawkowe "spadaj"...
To był mój niezaprzeczalny debiut, potem przyszło słynne skądinąd opowiadanie Jaycenty z Inglocyi, dzięki któremu stałem się też postacią literacką. Rzecz pomyślana była jako żart z Jacka Inglota, podówczas młodego autora, który do naszej paczki dołączył gdzieś w 1985 roku. Śmieszne, przynajmniej w moim mniemaniu, opowiadanko rozjuszyło rzeczonego do tego stopnia, że w czas jakiś później, na łamach "Fantastyki", znalazłem w jegotekście Roberto "Sucker Smittona", czarny charakter czernią najbardziej kalorycznego węgla skreślony, właściciela wirtualnego burdelu i zbója jak się patrzy. Zadra Jaycentym spowodowana w Inglocie do dziś pozostała i na nowo znać o sobie dała niedawno. Ale to juz zupełnie inna historia,
cholewa Po Jaycentym zająłem się tłumaczeniami (Skrzydła nocy Silverberga dla "Fantastyki", Ziele czasu Spinrada dla Iskier, Fundacja dla wydawnictw klubowych) i wydawaniem bezdebitowych książeczek, wśród nich pierwszych Conanów, kiełkujące pomysły na teksty zostawiając z boku. Nie sposób dzisiaj określić ile tych klubówek było. W każdym razie oryginalny Conan Howarda został przerobiony w całości, prócz jedynej powieści. Wtedy to udało mi się przymusić do tłumaczenia (brakowało talentów na tym polu w fandomie) luźno związanego z klubem Zbigniewa A. Królickiego, który zajmował się zawodowofarmaceutyką. Dzisiaj Zbyszek jest jednym z najbardziej wziętych tłumaczy literatury anglosaskiej.
Potem były teleturnieje. W sumie wygraliśmy ich siedem, dochodząc z drużyną w skład której wchodzili Zbyszek Adamski, Andrzej "Generał" Sawicki i niżej podpisany, do absolutnego finału Kosmicznego testu. Tam w spotkaniu z reprezentacja ŚKF-u, dzisiaj mogę to ujawnić, doszło do swoistego kompromisu, na mocy którego uzgodniliśmy wynik boju na nierozstrzygnięty, a to ze względu na nieprzyjemny wyczyn organizatora, który pomimo wcześniejszych zapowiedzi nie zorganizował nagród dla zwycięzcy. Okazało się wtedy, że jedynym profitem dla zwycięskiego klubu będzie zepsuta lampa do kamery, która oprawiono w sreberka i wbito w deskę. Do dziś stoi to trofeum w siedzibie ŚKF-u. Finał był zawzięty, za pierwszym razem nie było problemu z remisem, wszystko wyglądało naturalnie, ale w rewanżu finał wygladał bardziej niż ciekawie. Przegrywaliśmy wtedy w drugim, decydującym starciu z ŚKF-em, reprezentowanym przez Piotra W. Cholewę, Janusza Ferencowicza i Ryszarda Borysa jednym zaledwie punktem i właśnie ostatnie pytanie przypadło stronie przeciwnej. Brzmiało: "Jakie nazwisko nosi bohater Mad Maxa?". Nie aktor, ale postać przez niego grana. Wie ktoś? Ja pamiętam... Swoją drogą posiadam jeszcze kasetę VHS z nagraniami tych programów, boska rzecz, choć jeszcze w Secamie... i niech ktoś powie, że ten nośnik jest zły. Prawie 20 lat a taśma jak nowa. AGFA HG (to kryptoreklama, ale naprawdę płynąca z głębi serca).
W tym czasie byłem też zarządcą pokaźnej filmoteki fantastycznej, którą prowadziłemdla Zrzeszenia Studentów Polskich na Politechnice Wrocławskiej.

bridget Tak zamknął się pierwszy rozdział mojego życia, związany z Wrocławiem. W 1986 roku wyjechałem do Katowic, gdzie do dzisiaj mieszkam, aktualnie na szczycie najwyższego mieszkalnego budynku w Polsce. Na 25-tympiętrze dokładnie rzecz biorąc. Widok przepiękny, w bezchmurny dzień widać góry na horyzoncie, a bliżej panoramę parku Chorzowskiego. W każdym razie zieleń po horyzont, co na Śląsku zdaje się być niemożliwe.

Układy jakie wyrobiłem sobie mając kontakty z video sprawiły że, że stałem się fachmanem w branży filmowej i tak upłynęło mi kilkanaście następnych lat, gdy prowadziłem małe wydawnictwo zajmujące się wydawaniem pism dla wideotek ("Video Business" - logo tego pisma tak spodobało się amerykanom, że je sobie po prostu... wzięli, i "Video Premiery" - to z kolei było przeznaczone dla klientów wypożyczalni i pewnie wielu z Was miało okazję się z nim zapoznać). Dzięki tym pismom miałem wiele okazji do zwiedzania świata i poznania znakomitości małego i dużego ekranu.

jack Wypiłem drinka z Jackiem Nicholsonem, wtulałem się w sztuczny biust Birgitte Nielsen słuchając o jej polskich korzeniach, pogawędziłem z Quentinem Tarantino, zanim został słynnym reżyserem, miałem nawet sesje zdjęciową z Nicolasem Cage, na plaży w Cannes to ciekawa historia, opisał ją nawet swego czasu Super-Ekspress i cholerka nie oddał najciekawszych zdjęć. A było totak zakolegowałem się z Jeffem Wincottem, gwiazdą filmów akcji i znanym kobieciarzem. A wiadomo, Polki to piękne dziewczyny, więc Jeff korzystał a ja przy nim:-). Pewnego dnia podczas festiwalu, poszedłem z Jeffem na przyjęcie filmu Kiss of Death. Cage był gwiazdą, a Wincott robił dla niego kaskaderkę w tym obrazie, znali się z planu, więc zaczęli rozmawiać, a ja, chcąc nie chcąc znalazłem się obok. Po kilku zdaniach ktoś krzyknął: Photo Session! I zaczęło się. Gdy spojrzałem otaczał nas półokrąg fotoreporterów z całego świata. Co było robić, zacząłem pozować razem z nicolas Nicolasem i Jeffem, ale najlepsze przyszło potem, po zdjęciach przyszedł czas wywiadów. Do mnie przybiegło MTV. Olali Samuela Jacksona, który też tam grał i chcieli przesłuchać mnie. Wiedzieli, że nie jestem Caruso, na tyle mieli twarze oblatane. Padło pierwsze pytanie: A właściwie kim pan jest? Ja na to: Producentem. Panienka pyta: Filmu? A ja spokojnie mówię: Nie, chipsów. Trzeba było widzieć minę Jacksona, który o mało nie pękł ze śmiechu i samej wywiadowczyni.... wiele by opowiadać o tamtych czasach, przyjęciach w willi "Playboya", spotkaniach z aktorami (Charlie Sheenowi wmówiłem, że jestem jego kumplem, nawet mnie nie kazał zabić gorylom, choć mieli na to wyraźną ochotę). W tamtych czasach świat nie miał dla mnie granic, zwiedziłem Europę, przejechałem Amerykę, odwiedziłem Afrykę i Azję. Pomimo tego, że nie umiałem pływać, nurkowałem w oceanie a pomimo lęku wysokości spróbowałem sił ze spadochronem... Ale to temat na inną bajkę. Epoka filmowa minęła razem z boomem video w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Kolejną fascynację przeżyłem oglądając gdzieś na zachodzie demo Tomb Raidera. Natychmiastowy zakup konsoli PlayStation przesądził o kolejnej pasji. Zabrałem się do eksplorowania virtualnej rzeczywistości i jak to u mnie bywa, przekułem rozrywkę w interes. Zebrałem w jednym tomie i wydałem wszystkie dostepne kody ułatwiające granie i rozpocząłem ich sprzedaż. Okazało się, że to prawdziwy hit, niejednokrotnie odwiedzając giełdy znajdowałem kserówki Wielkiej Księgi Kodów, nakład mimo wysiłków piratów zszedł jednak do czysta. Od 1996 roku zacząłem wydawać poradniki dla graczy. "PlayStation Plus", a potem "Player Station Plus" (Sony podpuszczane przez konkurentów nakazało zmianę tytułu, choć wcześniej udzieliło nań zgody) co miesiąc dostarczało najnowszych opisów do gier. Byliśmy tak dobrzy, że czasem wyprzedzaliśmy Internet. Do dzisiaj mam światowe pierwszeństwo w rozpisaniu tabel uzbrojenia do Vagrant Story. Byłem też pierwszy w przechodzeniu Tomb Raidera z sekretami. Bóg raczy wiedzieć, ile tysięcy graczy korzystało z moich opisów przechodząc kolejne gry tej serii, do dzisiaj, choć minęło już tyle czasu najbardziej zawzięci potrafią mnie znaleźć i wypytywać o szczegóły któregoś sekretu. Faktem jest, że nakład gazety z tymi opisami schodził w 90 procentach, czego w "Science Fiction" chyba nie dożyjemy. Na zakończenie boomu na tanie konsole udało mi się wydać jeszcze Encyklopedię Playstation 1995-2000 zawierającą kody i porady do ponad 1000 gier. Mimo ogromnej ceny i rozprowadzania tylko przez EMPiKi i kioski książka ta sprzedała się zadziwiająco dobrze. Dzięki niej moglismy bez problemu sfinansować magazyn "Science Fiction".
I tak dochodzimy doostatniego rozdziału w mojej dotychczasowej zawodowej karierze. Do powrotu do korzeni, do wydania "Science Fiction". A zaczęło się to wszystko podczas LOF-u, na który pojechałem po wieloletniej przerwie. Chciałem namówić znajomych autorów do złożenia tomiku opowiadań o Wrocławiu, a wyszło pismo. Może to i lepiej...

Bibliografia:

Opowiadania

  • Umrzeć w Lea Monde ("Science Fiction" nr 1/2001)
  • Ognie w ruinach ("Science Fiction" nr 2/2001 oraz jako prolog do powieści Apokalipsa według Pana Jana)
  • Ciemna strona Księżyca ("Science Fiction" nr 5/2001)
  • Cicha Góra ("Science Fiction" nr 6/2001)
  • Aniołowie ("Science Fiction" nr 7/2001)
  • Mrok nad Tokyoramą ("Science Fiction" nr 15/2002)
  • Mały ("Science Fiction" nr 20/2002)
  • Alpha Team ("Science Fiction" nr 28/2003)
  • Ostatni zjazd przed Litwą ("Science Fiction" nr 38/2004)

 

Powieści

  • Toy Land , "Science Fiction" nr 11 /2002
  • Apokalipsa według Pana Jana , D.W. Ares, Katowice 2003
  • Zaklinacz , D.W. Ares, Katowice 2003

Inne:

  • Wielka ksiega kodów, Wydawnictwo Ares2, Katowice 1999
  • Encyklopedia PlayStation 1995-2000, Wydawnictwo Ares2, Katowice 2000

Bibliografia:



blog comments powered by Disqus