Fragment #2 z książki "Ostatni zjazd przed Litwą"


Nie brak na świecie mistycznych budowli sakralnych, od wieków urzekających pięknem, i nic w tym dziwnego: budowniczowie katedr czynili wszystko, co w ich mocy, by dzieło było godne Boga. Mając w pamięci te cuda, trudno zrozumieć, czym kierowali się projektanci domu bożego stojącego w samym sercu Białegostoku. Betonowa bryła, przypominająca bardziej hipermarketowy parking aniżeli kościół, niewiele miała w sobie gotyckiej wyniosłości. Nie była też wzorem stylu modernistycznego, a już z pewnością nie wywierała należytego wrażenia na wiernych, którzy całkiem niedaleko mogli znaleźć zacisze do modłów w jednej z pereł europejskiej architektury sakralnej. Tyle, że tamten budynek zdobiły prawosławne krzyże.

Wnętrze betonowej świątyni też było surowe, białe jak oblicze śmierci, chłodne jak jej oddech, mimo że na dworze panował właśnie trudny do zniesienia upał. Drzwi zamknęły się za wchodzącym z głuchym łomotem, lecz nikt z obecnych nie odwrócił głowy. Przebrzmiały już akordy organów, za chwilę miało rozpocząć się kazanie; kapłan wspinał się po stopniach niewysokiej ambony.

- Jedno jest królestwo w niebiesiech... - głośno powiedział ubrany od stóp do głów na biało mężczyzna o długich siwych włosach i przeraźliwie szczupłej twarzy, wchodząc między ostatnie rzędy pustych ławek. - Czyż nie tak mówi Biblia?

Wierni jak na komendę odwrócili głowy ku idącemu nawą przybyszowi. Otwierający Pismo Święte kapłan zamarł z uniesioną do błogosławieństwa ręką, patrząc z nieskrywanym zaskoczeniem na zbliżającą się do ambony postać. W kompletnej ciszy każde zderzenie podkutych obcasów z marmurem posadzki brzmiało w uszach zgromadzonych niczym uderzenie kowalskiego młota.

- Dlaczego zatem, miast wspólnie głosić chwałę Zbawiciela, rozłupujecie wciąż Królestwo Chrystusowe na kolejne, niewiele różniące się od siebie odłamki? - zapytał przybysz, a głos miał mocny, donośny, choć zarazem bardzo spokojny.

Zgromadzeni w świątyni widzieli go teraz lepiej. Orli, wydatny nos. Zrytą zmarszczkami wychudłą twarz. Pokryte dwudniowym, ale rzadkim zarostem zapadłe policzki. I oczy... Niesamowite, lśniące i tak niebieskie jak królestwo, o którym mówił. Mężczyzna zatrzymał się przy pierwszych ławach. Przyklęknął ostrożnie na jedno kolano i przeżegnał się zamaszyście, pochylając głęboko głowę.

- Dla srebrników to czynicie, jak Judasz? - zadał kolejne pytanie, powstając z ironicznym uśmiechem na szerokich ustach. - A może dla chwili złudnej władzy?

- O kim... mowa? - wyjąkał zaskoczony proboszcz. W jego głosie dało się wyczuć niepewność i zbyt twardy jak na te strony akcent.

- O ludziach, którzy przybijają do wrót świątyń karteluszki ze swoimi prawami - odparł spokojnie nieznajomy. - O przepełnionych grzechem pychy sługach bożych buntujących się przeciw władzy innych, nie mniej godnych pogardy kapłanów. O chciwych wyznawcach bożka mamony, opływających w luksusy pośrodku morza biedy. O fałszywych autorytetach moralnych wyprowadzających swoimi postępkami wiernych ze świątyń. O tych wszystkich, którzy zwą siebie protestantami, prawosławnymi, katolikami, choć tak naprawdę, jako dzieci tego samego Boga, zwać się powinni jedynie chrześcijanami.

Mówiąc to, nie spojrzał nawet na ambonę, przyglądał się za to uważnie siedzącym wokół niego ludziom. Wierni bali się spojrzeć mu prosto w twarz, ale gdy odwracał wzrok, niepokojącego starca śledziły dziesiątki par oczu. Czuł te spojrzenia na plecach. Palące, pełne lęku, ale jeszcze nie nienawistne. Na chwilę zapadła absolutna cisza.

- Dlaczego przeszkadza pan w odprawianiu nabożeństwa?! - Tym razem pytanie z ambony padło ostrzejszym tonem. - Za kogo się pan uważa...?

Ktoś zakasłał w jednej z ostatnich ław po prawej. Ktoś inny natychmiast go uciszył przeciągłym syknięciem.

- Wiesz, kim jestem. Wy też wiecie... - Mężczyzna zatoczył koło, rozłożonymi rękami wskazując na ławy. - Choć nie chcecie w to jeszcze uwierzyć.

- Bluźnisz! - krzyknął ksiądz, opierając się dłońmi o rzeźbioną balustradę. Otwarta Biblia popchnięta jego wydatnym brzuchem zsunęła się z podpory i szeleszcząc kartami, poleciała wprost w wyciągnięte dłonie mężczyzny w bieli.

- Ja bluźnię? - Przybysz roześmiał się i delikatnie wyprostował zagięte strony.

- Nie masz prawa... - zaczął proboszcz, lecz nie dokończył.

Zatrzaśnięta z hukiem Święta Księga nie tyle zagłuszyła jego słowa, ile wcisnęła mu je z powrotem do krtani. Głos przybysza wydawał się teraz niemal szeptem, ale nie było w kościele osoby, która by nie drgnęła, gdy rozległy się wypowiedziane z wyraźną pogardą słowa:

- A jakie ty masz prawo do bycia pasterzem tej trzody, po tym, co stało się w Krzydlicach, Morągu, Piasecznie, Stalowej Woli? Czy twoje owieczki wiedzą, dlaczego opuszczałeś tamte paraf e nocą, po kryjomu, nierzadko w asyście ochrony...?

Nalana twarz kapłana spurpurowiała, zsiniała niemal, oczy wyrażały najpierw bezgraniczne przerażenie, ale po chwili górę wzięła nienawiść, kąciki ust zadrgały nerwowo. Mierzyli się wzrokiem. Kapłan i nieznajomy.

- Ty urbanowa, komunistyczna gnido... - wysyczał wreszcie ksiądz, a jego twarz pojaśniała. - Tak, już wszystko rozumiem. To on cię nasłał! Najpierw kłamliwie opisał, a teraz...

- Ten, który mnie przysyła - odpowiedział spokojnie mężczyzna w bieli, przyciskając Biblię do piersi - nie ma nic wspólnego z wymienionym przez ciebie człowiekiem.

- Tak, tak... Już ja doskonale wiem, skąd przychodzisz i kto ci płaci! - Proboszcz tryumfalnie wskazał palcem smutno się uśmiechającego mężczyznę. - Ale mnie tak łatwo nie przestraszysz, komuchu! Solą w oku wam stoimy, bo ludzi nie dajemy ogłupiać i ograbiać w biały dzień!

- A propos ograbiania... - przerwał mu bezceremonialnie człowiek w bieli. - Ta starowinka, którą namaściłeś przedwczoraj, miała całkiem sporo oszczędności w szaf e. Chyba jeszcze nie zdążyłeś ich wpłacić na to konto w City Banku, z którego finansujesz...

- Kłamca! Oszczerca! - wydarł się kapłan. Spojrzał błagalnie na swoich parafian, rozkładając ręce w papieskim geście. - A wy, co tak siedzicie i patrzycie, kiedy waszego proboszcza prowokatorzy poniewierają?

Przybysz spojrzał z rozbawieniem na ławki, w których paru mężczyzn zaczęło się nerwowo kręcić. Trzech właśnie wstawało, zachęcanych kolejnymi wezwaniami kapłana. Siwy wskazał palcem najbliższego z nich. Ubrany w wyświechtany śliwkowy garnitur, pamiętający zapewne wczesnego Gierka, był niższy od niego o głowę i znacznie grubszy.

- A kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem... - powiedział, patrząc prosto w zmrużone, zimne oczy w kolorze stali. Na wysokim czole wskazanego mężczyzny, mimo chłodu panującego w świątyni, pojawiły się krople potu. Spływały szybko, niknąc gdzieś w krzaczastych brwiach. - Pobijesz mnie, Włodziu, jak tę kobiecinę w zeszły piątek, która nie mogła oddać pożyczonych na leki pieniędzy? Skatujesz mnie, jak ją za marne dwieście złotych? A może pogrozisz mi kozikiem, który wciąż nosisz w kieszeni? Tym samym, którym pociąłeś tak dokładnie twarz Jadźki od Sobolaków. Pamiętasz ją na pewno, może i minęło już trzydzieści lat od tamtej chwili, ale przecież to była twoja pierwsza poważna robota, panie... Wsiowy Gangster. Nie lubisz, kiedy chłopcy Rogala na ciebie tak mówią... Nie lubisz, ale musisz słuchać za każdym razem, kiedy idziesz po swoje srebrniki...

Mężczyzna w śliwkowym garniturze zatrzymał się, słysząc te słowa, potem spojrzał niepewnie na twarz kobiety, która siedziała obok niego. Wymalowane wszystkimi odcieniami fioletu, okrągłe z przerażenia oczy mówiły same za siebie. Do tej pory Włodzimierz Praszka był dla ich właścicielki kochającym, może tylko nieco surowym mężem. Taksówkarzem z zamiłowania i zawodu. O jego dodatkowych zajęciach nie wiedziała, podobnie jak o wielu innych sprawach domorosłego egzekutora długów pobliskiego lombardu, ale o starym nożu noszonym podobno dla samoobrony musiała wiedzieć na pewno. Pociągnęła osłupiałego męża za rękaw, a on, z otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami, klapnął ociężale na tyłek, skupiając na sobie spojrzenia najbliżej siedzących.

- I ty, Brutusie, przeciwko mnie? - Palec przybysza powędrował ku następnemu obrońcy księdza.

Wskazany podchodził lekko pochylony z rękami wyciągniętymi jak do walki.

- Myślisz, Pawlik - siwy spokojnie patrzył mu prosto w oczy - że pójdzie ci ze mną tak łatwo, jak z człowiekiem, którego potrąciłeś tamtej sylwestrowej nocy na drodze za Patykami? On nie mógł się bronić, kiedy ściągałeś go na pobocze. Miał złamany kręgosłup, był całkowicie sparaliżowany, ale mógł mówić... I mówił, ciągle mówił, prawda? Błagał, żebyś się ulitował, żebyś wezwał pomoc, żebyś nie pozwolił mu umrzeć... Wiesz, jak długo jeszcze konał po tym, jak odjechałeś, zepchnąwszy go do wypełnionego śniegiem rowu? Wiesz, co się potem stało z jego rodziną?

Pawlik, a właściwie Paweł, bo zdrobnieniem nazywała go tylko żona i paru najbliższych kolegów, szedł nadal w kierunku mężczyzny w bieli, ale w jego postawie nie było już śladu agresji. Szedł jak automat, ręce opuścił, szczęka drgała mu spazmatycznie, oczy zaszły mgłą. Nie wiedział, co stało się z ofiarą wypadku, nie chciał też wiedzieć, co stało się z rodziną. Pragnął zapomnieć, ale nawet lata picia na umór nie uwolniły go od wspomnień.

- Wmawiałeś sobie, kiedy dopadały cię koszmary, że ten człowiek przeżył - sceniczny szept siwego dotarł do najdalszych rzędów - ale dobrze wiesz, że nie miał najmniejszych szans. Utrata takiej ilości krwi, hipotermia. To był środek naprawdę mroźnej zimy... Ty też nie będziesz miał szans, Pawlik, kiedy staniesz przed obliczem Najwyższego Sędziego. Może gdybyś wtedy nie zabrał portfela, gdybyś nie ściągnął obrączki... Gdybyś choć przestał jeździć po pijaku...

Mężczyzna zwany Pawlikiem upadł na kolana o krok od swojej niedoszłej ofiary. Płakał, bełkotał coś niezrozumiale, potem, nie wstając z kolan, rzucił się w stronę ławy. Usiłował chwytać siedzących najbliżej ludzi za nogi, ale oni po prostu się odsuwali.

Trzeci obrońca księdza sam grzecznie usiadł na miejscu, wszelako szmer w kościele narastał. Akustyka była naprawdę znakomita. Każde najciszej nawet wypowiedziane słowo z pewnością było słyszalne równie dobrze w ostatnim rzędzie, jak i tutaj, tuż pod amboną.

- Znam każdy wasz grzech i każde przewinienie - ciągnął siwowłosy, przechadzając się z wolna przed pierwszą ławą. - Mam adres twojej nowej kochanki, Jureczku... To już druga zaliczona sekretarka w tym roku, nieprawdaż? - Wskazany palcem nowobogacki zaśmiał się nerwowo i umilkł, widząc nienawistne spojrzenie eleganckiej żony. - O fagasie z niebieskim focusem, któremu już dwa razy rozorałaś podsufitkę obcasami, też wiem. - Nienawiść w oczach byłej miejscowej miss piękności natychmiast ustąpiła czystemu przerażeniu. - Siedem tysięcy dwieście osiemdziesiąt. - Szczupły chłopak w przydużej marynarce przełknął nerwowo ślinę, aż mu jabłko Adama zatańczyło na łabędziej szyi. - Tyle już ukradłeś z kasy osiedlowego sklepu, w którym pracujesz. A właściciel nadal myśli, że to on ciebie wykorzystuje, nie płacąc za nadgodziny. A pan listonosz ma może nadzieję, że nikt nie wie, kto zlecał w lipcu włamania na Antoniukowskiej?

I znów tylko kilka kroków dzieliło mówiącego od ambony. Proboszcz stał jak skamieniały, przypominając jedną z naturalistycznych rzeźb zdobiących zazwyczaj stare kościoły. Zapewne wiedział już, że przegrał tę walkę, ale wciąż zastanawiał się, kim jest mężczyzna ubrany na biało. W przeciwieństwie do parafian, nawet przez myśl mu nie przeszło, że wiedza, jaką dysponował tajemniczy przybysz, mogła pochodzić z zaświatów.

- A wracając do naszego pasterza... - Szmery rozmów umilkły nagle, jak jęki umierającego, który właśnie dokonał żywota. - Pani Wieczorkowa, proszę zapytać syna po powrocie do domu, gdzie to wyjeżdżał z księdzem dobrodziejem w soboty. A jeśli nie będzie chciał powiedzieć, to może kasety wideo, które znajdują się na plebanii, w skrzyni z drzewem obok kominka, tej dębowej, zamkniętej na kłódkę, wyjaśnią sprawę...

- Zamilcz... proszę zamilcz... - Zdawało się, że ksiądz zupełnie bezgłośnie porusza ustami, a mimo to wszyscy słyszeli, co mówi. Cud, a może tylko efekt kunsztu pozbawionego gustu architekta?

Siwy zamilkł, odwrócił się ku ambonie i wzniósł ramię w oskarżającym geście, lecz zanim się odezwał, inny głos przerwał ciszę. O wiele wyższy w tonacji i znacznie bardziej stanowczy.

Dobiegał od wejścia.

- Przedstawienie skończone, panie Lis!

Obejrzeli się prawie wszyscy, prócz mężczyzny w bieli i księdza, który patrzył w tamtą stronę cały czas. Siwy opuścił powoli wyciągniętą rękę i zmełł w ustach ciche przekleństwo, tak ciche, że tym razem nikomu nie udało się go usłyszeć.

Przy wejściu stało trzech mężczyzn w czarnych garniturach. Dwaj potężnie zbudowani o byczych karkach i niemal identycznych twarzach trzymali się za plecami trzeciego, znacznie szczuplejszego i niższego od nich. Niski był, już na pierwszy rzut oka, o wiele starszy od swoich towarzyszy. Miał wysokie, blade czoło, przyprószone siwizną włosy, wodniste oczy, wąską szczelinę ust niemal całkowicie pozbawioną warg i orli nos, na którym opierały się grube okulary o lekko przyciemnionych szkłach. Ci, którzy siedzieli najbliżej, gdyby mieli dobry zmysł obserwacji, mogliby zobaczyć jeszcze jeden szczegół: cieniutką kolistą bliznę na skroni.

- Urząd Ochrony Państwa - oznajmił nadchodzący...

Ostatni zjazd przed Litwą

Autor: Robert J. Szmidt
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 6/2007
Seria wydawnicza: Bestsellery polskiej fantastyki
Liczba stron: 320
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-60505-10-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 27,99 zł


blog comments powered by Disqus