Recenzja książki "Religia rocka"

Autor: Kormak
17 stycznia 2011

“Takie naświetlanie zagadnienia nie jest bynajmniej kolejną próbą demonizowania zjawiska, lecz tylko krytycznym wglądem w to, co znajduje się po drugiej - niewidocznej dla publiczności - stronie kolorowej imaginacji, jaką aplikuje nam show-biznes” - pisze we wstępie do Religii rocka autor książki, Sławomir Hawryszczuk. Jak głosi notka biograficzna, z wykształcenia on jest filozofem i teologiem, z zamiłowania kompozytorem i poetą. Podjął on się próby analizy przemysłu muzycznego pod kątem jego powiązań z okultyzmem, destruktywnymi kultami oraz tajnymi stowarzyszeniami, które jego zdaniem poprzez muzykę właśnie próbują deprawować słuchaczy, odciągając ich od moralności i duchowości chrześcijańskiej. I na tym można byłoby właściwie poprzestać i z miejsca odrzucić książkę jako wybitnie stronniczą, z góry założoną tezą, którą autor poprzez wybiórcze i mocno naciągane fakty stara się udowodnić. Czemu nie - ma prawo pisać tak, jak chce oraz stawać po stronie wyznawanego przez siebie światopoglądu. Problem pojawia się, kiedy swojemu wywodowi nadaje pozory naukowości.

Religia rocka ma swojego recenzenta naukowego w postaci socjologa Pawła Karpowicza, a posłowie napisał dr Zenon Waldemar Dudek, psychiatra i znawca psychologii jungowskiej, założyciel i redaktor świetnego kwartalnika “ALBO albo”. Książka ma nawet konstrukcję pracy naukowej, ale nią nie jest, bibliografia obfituje bowiem w wątpliwej jakości źródła, a treść naszpikowana jest spekulacjami, dawno zdementowanymi plotkami bądź miejskimi legendami. Sprawy komplikuje jednak to, że co jakiś czas pojawiają się tam prawdziwe informacje. Owszem, zdarzają się artyści spragnieni transgresji, których duchowe poszukiwania zaprowadziły do różnych (czasem kontrowersyjnych) ezoterycznych praktyk, a wytwórnie płytowe uciekają się do najbardziej perfidnych psychologicznych trików, by przyciągnąć słuchaczy do swoich produktów. Rzeczywistość, którą jednak autor kreśli przed czytelnikiem, istnieje tylko w jego głowie. Jak inaczej można zareagować na rewelacje, że współczesna muzyka rozrywkowa powstała wskutek machinacji lóż masońskich oraz Iluminatów Bawarskich, a swoje trzy grosze dorzucili komuniści oraz sam Szatan, który potwierdził to podczas egzorcyzmu?

Korzeni takich tez i uproszczonej wizji świata szukać należy za Oceanem, w Ameryce, w środowiskach chrześcijańskich fundamentalistów, którzy nagle zaczęli tracić kontrolę nad swoimi owieczkami. Wraz z rewolucją seksualną, zmianami społecznymi i kulturowymi oraz eksplozją nowych gatunków muzycznych, młode pokolenie nagle odkryło, że nie muszą żyć tak, jak ich rodzice oraz dziadkowie. Alternatywne sposoby organizowania wspólnot, mnogość religii, substancje poszerzające świadomość, wschodni i zachodni mistycyzm... dla wielu ludzi to zachłyśnięcie się wolnością skończyło się źle. Wpadali w nałogi czy stawali się ofiarami sprytnych szarlatanów i podrzędnych guru, oferujących szybkie i proste sposoby na rozwikłanie wszystkich problemów. Wśród tych ludzi byli również muzycy i to doświadczenia odbiły się na ich twórczości.

Środowiska kościelne od samego początku demonizowały wszelkie kontrkulturowe zjawiska, a muzycy stali się łatwym celem purytańskiego oburzenia, zaczynając od lubieżnych pchnięć bioder Elvisa Presleya, poprzez “ukryte przekazy” w piosenkach Beatlesów, Led Zeppelin i Judas Priest, aż po obrazoburcze teledyski Madonny. Ostatnie lata to prawdziwy rozkwit internetowych teoretyków spiskowych, którzy poddają dogłębnej analizie twórczość np. Lady Gagi, Beyonce i Jaya-Z, dopatrując się wszędzie symboliki okultystyczno-iluminackiej. Jaka w tym zasługa Iluminatów, a jaka równie złowrogich speców od kreowania wizerunku, pozostaje kwestią dyskusyjną. W zależności z kim się będzie rozmawiało, otrzyma się inną odpowiedź. Nasi rodzimi “specjaliści” bezkrytycznie małpują anglojęzycznych kolegów po fachu. Walka o rząd dusz z konkurencją trwa również u nas, najlepiej więc wszystkich wrzucić do jednego worka z napisem “Szatan i masoni”. Wszystko, co wykracza poza ramy chrześcijaństwa, należy traktować co najmniej z podejrzliwością.

Jak już napisane zostało wcześniej, Sławomir Hawryszczuk ma prawo do wyciągania własnych wniosków. Jak jednak na książkę o muzyce, to autor wykazuje się żenująco niskim wręcz poziomem wiedzy. Robi błędy i literówki w nazwiskach artystów i nazwach zespołów, komicznie przekręca tytuły i znaczenie tekstów, myli nazwy grup z piosenkami. Otóż wg Religii rocka autorem przeboju Don’t fear the reaper jest Black Sabbath, a nie Blue Oyster Cult, najbardziej znana piosenka Ronniego Jamesa Dio to nie Holy diver, a Holy driver (jak usłużnie dodaje Hawryszczuk, tłumaczy się to jako: Święty kierowca). Johnny Cash, głęboko religijny piosenkarz, okazuje się satanistą. Członkowie Deep Purple podczas koncertów “demonstrowali przenoszenie przedmiotów siłą myśli”. Kiedy zaś przychodzi do podania tytułów piosenek grupy Death In June, wszystkie z nich okazują się być utworami... zespołu Of The Wand & The Moon. Fakt, że jedynie połowa z tytułów jest przekręcona, uznać należy za sukces.

Praktycznie każda strona przynosi wybuch śmiechu u nawet średnio zorientowanego melomana. “Wiedza” autora składa się w większości z bezmyślnego kopiowania z innych, równie niekompetentnych, źródeł. Koszmarne ilości błędów wskazują też na to, że osoba stojąca za redakcją i korektą nie zna się zupełnie nie tylko na tematyce książki, ale i nie przykładała się do swojej roboty. Skąd bowiem różne sposoby zapisu nazwiska czy nazwy grupy, zmieniające się co parę stron? Zasłonę milczenia opuśćmy też na rozdział poświęcony homoseksualizmowi i innym “aberracjom seksualnym”, za których promocję odpowiada, naturalnie, muzyka techno. Drobne okruchy cennej wiedzy (tak, zdarzają się i one) toną w oceanie podobnego chłamu.

Religia rocka to książka fatalna. Tendencyjna, pełna przekłamań, naszpikowana błędami i przestarzałymi informacjami. Bardziej nadająca się na własnym sumptem wydany pamflet, a nie na pozycję w katalogu cenionego wydawnictwa. Jej przekaz trafi jedynie do osób, które podzielają wizję rzeczywistości postulowaną przez autora, jak również jego dyletanctwo w zakresie wiedzy na temat muzyki czy okultyzmu. Niektórzy mogą przeczytać tę książkę tylko po to, żeby się pośmiać, gdyż jest to rzecz z gatunku “tak złe, że aż dobre”. Jeśli ktoś szuka porządnego źródła wiedzy, niech omija tę pozycję szerokim łukiem.

Religia rocka

Autor: Sławomir Hawryszczuk
Wydawnictwo: Eneteia
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 3/2010
Liczba stron: 247
Format: 135x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788361538189
Wydanie: I
Cena z okładki: 32 zł


blog comments powered by Disqus