Fragment książki "Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy"


Felek Zdankiewicz, legendarny przestępca, okrzyknięty nawet przez niektórych piszących o nim literatów „królem złodziei warszawskich”, przy bliższym przyjrzeniu się jego faktycznej „karierze” w sposób obiektywny na pewno nie zasługuje na takie miano. Był to bowiem pospolity bandyta, który zaczął swoją zbrodniczą działalność „na mokro” i tak samo ją skończył. Miał tylko to szczęście, że jego sławę wyolbrzymiła wieść gminna utrwalona w podwórzowej balladzie. W ten sposób stał się herosem szemranego folkloru.
To o nim stołeczna ulica śpiewała popularną w tych kręgach piosenkę jako o zabójcy trzech policyjnych agentów, gdy ci przyszli go aresztować. To właśnie jemu – „polskiemu urlopownikowi” – było „żal koleżków rzucić”, gdy dostał przepustkę czy też zdezerterował z wojska, jak chcą niektórzy. Nie zawahał się w obronie swej wolności użyć „majchra”, czyli „kosy”, jak wówczas nazywano nóż sprężynowy.
Gdy wzięto go do wojska, był zaledwie złodziejskim „konikiem”, czyli praktykantem; za zabójstwo „panów agentów” został skazany na dożywotnią katorgę na Syberii. Zesłano go aż na Sachalin, gdzie spędził 12 lat w pojedynczej celi, a następne 5 lat ciężko pracował w kopalni węgla. W 1912 roku udało mu się zbiec i zrabował blisko pół miliona rubli ze skarbca jakiegoś atamana; tak sam opowiadał pod koniec życia, gdy ktoś postawił mu wódkę i skłonił do zwierzeń. Opowiadał wtedy, że kupił sobie kamienicę w Warszawie, otworzył restaurację i poślubił starszą od siebie znaną miejscową piękność – Jadźkę, która go okradła i uciekła z kochankiem-kelnerem. Ile w tym było prawdy, ile upiększonych zmyśleń, sam tylko wiedział.
Na łamy prasy trafił w połowie maja 1928 roku. Wtedy to właśnie w Sądzie Okręgowym toczył się proces, w którym Zdankiewicz występował jako wspólnik zabójcy 60-letniej Józefy Wrześniewskiej, handlarki owoców zamieszkałej na Tamce. Liczył wtedy sobie 72 lata, „twarz miał czerstwą, rumianą, okoloną długą siwą brodą i gęste siwe włosy na głowie” – jak sportretował go ktoś ławy z prasowej. Podobno w tym czasie współpracował z policją, obiecując wyśledzić jakiegoś rabusia. Przedtem, już po wojnie – jak odnotował dobrze poinformowany sprawozdawca „Kuriera Warszawskiego” – „miał zatargi z władzami bezpieczeństwa i odsiadywał kilkakrotnie karę więzienia za kradzież”. Kamienica, restauracja i „piękna Jadźka” – to raczej legenda, by łatwiej naciągać fundatorów na kieliszek w podrzędnej knajpie.
Handlarkę owoców zamordował – co szybko ustaliła policja – 25-letni Władysław Strzelczyk, który naprawiał piec w jej mieszkaniu. Gdy kobieta płaciła mu za usługę, a przedtem trochę wypili, spostrzegł, że w woreczku, który zwyczajem stołecznych handlarek nosiła zawieszony na tasiemce na piersiach, ma sporo pieniędzy. Podzielił się tym spostrzeżeniem z mieszkającym obok niego Zdankiewiczem, a ów natychmiast wyczuł dobry interes.
Poszli do Wrześniewskiej we dwóch; Strzelczyk, którego rejestr karny też był gęsto zapisany, przedstawił kumpla jako inżyniera, który przyszedł sprawdzić wykonaną robotę. Zdun zamordował kobietę, a potem upozorował samobójstwo, wieszając zwłoki na haku od lampy. Policja jednakże nie dała się na to nabrać i po przepytaniu sąsiadów dość łatwo trafiła na ślad sprawcy. [...]

Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy

Autor: Stanisław Milewski
Wydawnictwo: Iskry
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 5/2009
Liczba stron: 228
Format: 165 x 235 mm
Oprawa: twarda z obwolutą
ISBN-13: 978-83-244-0108-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 41 zł


blog comments powered by Disqus