Fragment #2 z książki "Carrie"


Weszła do salonu i stanęła pośrodku na wyblakłym, w wielu miejscach poprzecieranym dywanie. Zacisnęła mocno powieki i obserwowała małe iskierki migocące w mroku. W skroniach pulsował mdlący ból.

Sama.

Mama pracowała w pralni "Błękitna wstęga" mieszczącej się w centrum Chamberlain, w dziale ekspresowego prasowania i pakowania odzieży. Pracowała tam, odkąd Carrie skończyła pięć lat i pieniądze otrzymane z towarzystwa ubezpieczeniowego jako odszkodowanie za wypadek ojca zaczęły się wyczerpywać. Praca trwała od siódmej trzydzieści rano do czwartej po południu. Pralnia była "bezbożna". Mama tyle razy jej to powtarzała. Szczególnie "bezbożny" był kierownik, pan Elton Mott. Mama mówiła, że szatan zarezerwował w piekle specjalne miejsce dla Elta, jak go nazywano w "Błękitnej wstędze".

Sama.

Otworzyła oczy. W salonie stały dwa krzesła o prostych oparciach i stół do szycia z lampą, gdzie Carrie czasem szyła wieczorami sukienki, podczas gdy mama szydełkowała koronkowe serwetki i opowiadała o Dniu, Który Nadejdzie. Bawarski zegar z kukułką wisiał na ścianie naprzeciwko drzwi.

W salonie znajdowało się mnóstwo świętych obrazów, ale Carrie najbardziej lubiła ten, który wisiał na ścianie nad jej krzesłem. Był na nim Jezus prowadzący baranki na wzgórze porośnięte trawą tak zieloną i miękką, jak trawa na polu golfowym w River-side. Pozostałe nie były tak idylliczne: przedstawiały Jezusa wypędzającego przekupniów ze świątyni, Mojżesza ciskającego z góry tablice przykazań na bałwochwalców wielbiących złotego cielca, niewiernego Tomasza wkładającego palce w ranę w boku Chrystusa (och, ta pełna strachu fascynacja, jaką w niej wzbudzał, kiedy była mała, i te koszmary, które jej się potem śniły!), arkę Noego, która przepływa ponad tonącymi, skręcającymi się w agonii grzesznikami, Lota i jego rodzinę, jak uciekają z płonących Sodomy i Gomory.

Na małym podręcznym stoliku stała lampa, a obok leżał stos broszurek religijnych. Na wierzchu był obrazek przedstawiający grzesznika (o jego upadku moralnym jednoznacznie świadczyło śmiertelne przerażenie malujące się na jego twarzy), który próbował odczołgać się za wielki głaz. Podpis pod obrazem krzyczał: "Nawet skała cię nie skryje TEGO DNIA!".

Ale najbardziej rzucającym się w oczy elementem wyposażenia pokoju był ogromny gipsowy krucyfiks na ścianie na wprost drzwi. Mama sprowadziła go z St. Louis specjalną przesyłką pocztową. Miał cztery stopy wysokości. Przybity do krzyża Jezus zastygł w groteskowym skurczu bólu, z mięśniami napiętymi do ostateczności, z ustami rozwartymi szeroko i wykrzywionymi w bezgłośnym jęku. Spod korony cierniowej na czoło i skronie spływały szkarłatne strumyczki krwi. Spojrzenie gasnących oczu, wbite w sufit, wyrażało całą mękę agonii w sposób typowy dla sztuki średniowiecza. Dłonie także ociekały krwią, a stopy były przybite do niewielkiego gipsowego postumentu.

Ten widok w swoim czasie również powodował u Carrie niekończące się koszmary, w których okaleczony Chrystus ścigał ją przez mroczne korytarze, wymachując drewnianym młotem, pokazując jej gwoździe i błagając, żeby zgodziła się przyjąć swój krzyż i poszła za nim. Ostatnio te sny przybrały inną formę, niezbyt zrozumiałą, ale tym bardziej złowrogą. Nie obracały się już wokół tematu morderstwa, ale wokół czegoś o wiele gorszego.

Sama.

Ból w nogach i w podbrzuszu trochę zelżał. Nie myślała już, że wykrwawi się na śmierć. Kluczowym słowem była "menstruacja" i nagle wszystko wydało się jej logiczne i nieuniknione. To był Jej Czas. Wyrwał jej się dziwaczny zduszony chichot, mącąc uroczystą ciszę salonu. To brzmiało jak w telewizyjnym kwizie. I ty również możesz wygrać darmową wycieczkę na Bermudy w Swoim Czasie. Podobnie jak pamięć o dniu, w którym spadły kamienie, wiedza o menstruacji wydawała się od dawna tkwić w jej świadomości, czekając tylko na właściwą chwilę, żeby się ujawnić. Odwróciła się i ciężkim krokiem zaczęła wchodzić na schody. Łazienka miała drewnianą podłogę, wyszorowaną niemal do białości (nieczystość idzie zaraz za bezbożnością) i stała w niej wanna na żeliwnych nogach. Woda ściekająca z kranu zostawiła rdzawe plamy na porcelanie. Prysznica nie było. Mama mówiła, że prysznice są grzechem.

Carrie weszła do łazienki, otworzyła szafkę z ręcznikami i zaczęła ją przeszukiwać dokładnie, lecz zachowując ostrożność i odkładając wszystkie rzeczy na miejsce. Mama była spostrzegawcza.

Niebieskie pudełko leżało na samym spodzie, za stertą starych ręczników, których nie używały. Na wieczku narysowana była niewyraźna postać kobiety w długiej, powłóczystej szacie.

Wyjęła jeden tampon i przyjrzała mu się ciekawie. Używała ich publicznie do ścierania szminki, którą chowała w torebce przed mamą; kiedyś nawet robiła to na ulicy. Teraz przypomniała sobie (albo wydawało jej się, że pamięta) zaszokowane, niedowierzające spojrzenia przechodniów. Twarz jej zapłonęła. Oni jej wtedy powiedzieli. Rumieniec zniknął, zastąpiło go bliżej niesprecyzowane uczucie złości. Weszła do swojej maleńkiej sypialni. Na ścianach wisiało tam jeszcze więcej świętych obrazków, jeszcze więcej baranków i scen przedstawiających ofiary sprawiedliwego gniewu bożego. Na komodzie leżała Biblia i stała plastikowa figura Jezusa, która świeciła w ciemnościach, a nad tym wszystkim wisiał szkolny proporczyk.

Rozebrała się - najpierw bluzka, potem znienawidzona, długa do kolan spódnica, halka, pas do pończoch, pończochy, majtki. Popatrzyła na stos ciężkiej odzieży, na te wszystkie guziki i zatrzaski, z nagłą, beznadziejną rozpaczą. W szkolnej bibliotece znalazła zeszłoroczne wydanie magazynu mody dla dziewcząt "Siedemnastolatka" i przeglądała go po wielekroć, udając jak idiotka, że tylko przypadkowo wpadł jej w ręce. Modelki wyglądały tak zgrabnie i lekko w krótkich, jasnych spódniczkach, dobrze skrojonych spodniach i kolorowej, wesołej, ozdobionej falbankami bieliźnie. Oczywiście "lekkie" było jednym z ulubionych słów mamy (wiedziała z góry, co mama może powiedzieć) na ich określenie. Wiedziała, że nigdy nie mogłaby się tak ubrać. Czułaby się okropnie - obnażona, zepsuta, napiętnowana grzechem ekshibicjonizmu; powiewy wiatru lubieżnie gładzące jej uda, rozbudzające pożądanie. I wiedziała, że one od razu by to odgadły. Zawsze tak było. Znalazłyby jakiś sposób, żeby znowu ją upokorzyć, znowu wystawić na pośmiewisko. Takie właśnie były ich metody. A przecież mogłaby, mogłaby

(co)

Carrie (wyd. 2007)

Autor: Stephen King
Tłumaczenie: Danuta Górska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 10/2007
Tytuł oryginalny: Carrie
Rok wydania oryginału: 1974
Liczba stron: 208
Format: 140x200 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7469-601-2
Cena z okładki: 29,00 zł


blog comments powered by Disqus