Recenzja książki "Christine"

Autor: Harpen
Korekta: Bool, Sylwia Włodyga
22 lipca 2009

Nieurodziwy, pokraczny, podpadający, nielubiany, odrzucony i uciążliwy – taki właśnie jest Arnold Cunningham, główny bohater książki zatytułowanej „Christine”, którą 26 lat temu popełnił Stephen King. Powieść była pierwszym etapem kariery literackiej amerykańskiego pisarza. A wspomniana Christine to, niestety, nie kobieta. Nie jest to zatem historia o niespełnionej miłości zapryszczonego nastolatka do ukochanej, ale o afekcie do samochodu.

Stephen King ma to do siebie, że potrafi zaskakiwać. Nie notuje tendencji wzrostowej ani tym bardziej spadkowej, cały czas trzymając mniej więcej ten sam poziom. Od 36 lat, czyli od momentu, w którym pojawiła się „Carrie”, jego pierwsza książka. Nie inaczej jest tym razem.

Christine to Plymouth Fury z 1958 roku. Samochód, w którym Arnie zakochał się od pierwszego wejrzenia. O ile można to tak nazwać. Wóz był w bardzo kiepskim stanie, jednak pan LeBay postanowił sprzedać go z bliżej nieokreślonych powodów (piszę tak, gdyż nie chcę w żaden sposób zdradzać tej strasznej i jakże absorbującej historii). Cunningham, mimo negatywnej reakcji swojego jedynego przyjaciela, Dennisa Guildera, wyłożył 250 dolarów na jego zakup. Christine była w opłakanym stanie, ale sytuacja finansowa Arniego, a właściwie fakt, że zbierał pieniądze od dawien dawna, pozwoliły na wyremontowanie auta. Warto dodać, że wspomniana kasa była przeznaczona na studia. Między kolejnymi wizytami w Garażu Darnella pojawiła się także Leigh – dziewczyna, w której kochało się co najmniej 75 procent chłopaków ze szkoły. Jednak ta postanawia być z Arniem, który od momentu zakupu samochodu zmienił się. Nie tylko wewnątrz (stał się silniejszym psychicznie człowiekiem, już nie chłopcem, lecz mężczyzną), ale także zewnątrz (zniknęły pryszcze).

Z jednej strony, „Christine” można odbierać jako dosłowną historię miłości do samochodu. Ja jednak doszukałem się w niej drugiego dna. Jest to symboliczna opowieść o uzależnieniu, które powoduje, że osoba uzależniona przeznacza cały swój wolny czas na przedmiot uzależnienia. Proste, prawda? Ile razy zdarzyło Wam się siedzieć całymi godzinami nad jedną grą, nie reagując na to, co dzieje się dookoła? Rozumiem, kilka zarwanych nocy to jeszcze nie powód, by się martwić. King nie pisze o tym. Zwraca uwagę na głębię problemu. Na to, że zawsze znajdzie się ktoś, kto straci głowę dla… np. samochodu. Mnie nasuwa się porównanie historii o Arniem, Christine, Leigh i Dennisie do fanatyków gier MMO, którzy przestają jeść, pić, odwiedzać znajomych, tylko żyją w swoim świecie.

Jako że nie czytam książek Kinga po kolei, mam okazję porównać jego „współczesne” książki do tych starszych. W ubiegłym roku zapoznałem się z powieścią „Ręka Mistrza” i muszę przyznać, że gdyby nie moja znajomość chronologii powieści Stephena, nie odczułbym różnicy w stylu. „Christine” jest tak samo długa, jak wspomniana książka o Edgarze Freemantle’u. Oba dzieła charakteryzują się obszernymi, wnikliwymi opisami, złożonymi portretami psychologicznymi postaci, a także nutą grozy. Książka licząca 640 stron przez pierwszą połowę, no może trochę więcej, opisuje wyłącznie moment zakupienia wozu, jego remont oraz delikatne sugestie, że z Christine jest coś nie tak. Dopiero później akcja przyśpiesza na tyle szybko, że nie sposób odmówić sobie przeczytania powieści do końca.

„Christine” to istny majstersztyk. Gratka dla fanów Kinga oraz gatunku horrorów. Cóż więcej mogę rzec? Polecam serdecznie.

Christine (wyd. 2008)

Autor: Stephen King
Tłumaczenie: Arkadiusz Nakoniecznik
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 4/2008
Tytuł oryginalny: Christine
Rok wydania oryginału: 1983
Liczba stron: 648
Format: 140x200 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7469-737-8
Cena z okładki: 39 zł


blog comments powered by Disqus