Fragment książki "Wszystko jest względne"


1408

– Cygaro?
– Nie, dziękuję. Nie palę.
Spojrzenie Olina musnęło zatkniętego zawadiacko papierosa za prawym uchem Mike’a. Tak dawny cwany reporter mógłby zatknąć następnego szluga tuż pod legitymacją prasową, wsuniętą za wstążkę fedory. Papieros stał się do tego stopnia częścią jego samego, że przez chwilę Mike naprawdę nie rozumiał, na co patrzy Olin. Potem się roześmiał, wyjął go, sam na niego spojrzał i wrócił spojrzeniem do Olina.
– Nie zapaliłem ani jednego od dziewięciu lat – powiedział. – Mój starszy brat umarł na raka płuc. Rzuciłem po jego śmierci. Ten papieros za uchem… – Wzruszył ramionami. – Częściowo z sentymentu, częściowo chyba z powodu przesądów. Tak jak koszula hawajska. Albo te papierosy, które czasami ludzie trzymają na biurkach lub ścianach, w takich małych skrzyneczkach z napisem W RAZIE POTRZEBY ZBIĆ SZYBKĘ. Czy w 1408 można palić? Pytam na wypadek, gdyby wybuchła wojna atomowa.
– W rzeczy samej.
– No pięknie – rzucił jowialnie Mike. – O jedno zmartwienie mniej podczas nocnego czuwania.
Pan Olin znowu westchnął, ale to westchnienie nie miało takiego niepocieszonego brzmienia jak w holu. Tak, to przez ten gabinet, zrozumiał Mike, gabinet Olina, jego miejsce. Nawet tamtego popołudnia, gdy Mike przybył w towarzystwie Robertsona, prawnika, Olin wydawał się mniej zdenerwowany, kiedy znaleźli się tutaj. Zresztą dlaczego nie? Gdzie można się czuć panem sytuacji, jeśli nie na swoim? Gabinet Olina był pomieszczeniem z dobrymi obrazami na ścianach, dobrym dywanem na podłodze, dobrymi cygarami w skrzyneczce. Od roku 1910 wielu kierowników bez wątpienia prowadziło tu interesy; na swój sposób ten gabinet był równie nowojorski jak blondynka w czarnej sukni bez ramion, zapach jej perfum i niesprecyzowana obietnica wyrafinowanego nowojorskiego seksu nad ranem.
– Nadal się panu wydaje, że nie da się pan odwieść od tego swojego pomysłu, prawda? – spytał Olin.
– Nadal to wiem – odparł Mike, wkładając papierosa z powrotem za ucho. Nie przygładził włosów brylantyną, tak jak to miały w zwyczaju te barwne dziennikarskie typki w fedorach, ale codziennie zmieniał papierosa, tak jak bieliznę. Za uszami człowiek się poci; kiedy przyglądał się papierosowi pod koniec dnia, zanim wrzucił jego niewypaloną śmiercionośną pałeczkę do toalety, widać było niewyraźny żółtopomarańczowy osad potu na cienkiej białej bibułce. Nie poskramiało to pokusy zapalenia. To, jak palił niemal przez dwadzieścia lat – trzydzieści fajek dziennie, czasem czterdzieści – miał już za sobą. Dlaczego to robił – pozostawało jeszcze lepszym pytaniem.
Olin wziął stosik książek z arkusza bibuły.
– Mam szczerą nadzieję, że się pan myli.
Mike rozsunął zamek bocznej kieszeni małego nesesera. Wyjął dyktafon Sony.
– Nie przeszkadza panu, że będę nagrywać naszą rozmowę?
Olin machnął ręką. Mike wcisnął nagrywanie, zapaliło się czerwone światełko. Kółeczka zaczęły się obracać.
Tymczasem Olin powoli przeglądał książki, czytając tytuły. Jak zwykle na widok swoich książek w cudzych rękach Mike Enslin doznał najdziwniejszej mieszanki emocji: dumy, zażenowania, rozbawienia, buntu i wstydu. Nie musiał się ich wstydzić, utrzymywały go na całkiem niezłym poziomie od pięciu lat, i nie dzielił się dochodem ze specjalistami od promocji („wydawnicze dziwki”, jak nazywał ich jego agent, być może częściowo z zazdrości), ponieważ sam wpadł na chwyt reklamowy. Zresztą kiedy pierwsza książka sprzedała się tak dobrze, tylko kretyn by go nie zauważył. Co można zrobić po „Frankensteinie”, jeśli nie „Narzeczoną Frankensteina”?
A jednak pojechał do Iowa. Studiował z Jane Smiley. Niegdyś uczestniczył w dyskusji ze Stanleyem Elkinem. Raz ubiegał się (żaden z jego obecnych przyjaciół i znajomych nie miał o tym najbledszego pojęcia) o wydanie go jako Młodego Poety Yale. I kiedy kierownik hotelu zaczął odczytywać głośno tytuły, Mike pożałował, że w ogóle nastraszył Olina dyktafonem. Później będzie słuchać jego wyważonego głosu i wyobrazi sobie, że słyszy w nim pogardę. Dotknął papierosa za uchem, nie zdając sobie z tego sprawy.
– „Dziesięć nocy w dziesięciu nawiedzonych domach” – czytał Olin. – „Dziesięć nocy na dziesięciu nawiedzonych cmentarzach”. „Dziesięć nocy w dziesięciu nawiedzonych zamkach”. – Spojrzał na niego z lekkim uśmiechem w kącikach ust. – Przy tej okazji przejechał się pan do Szkocji. Nie wspominając o Lasku Wiedeńskim. I wszystko da się odpisać od podatku, prawda? Nawiedzone miejsca są niezbędne dla pańskiej pracy.
– Pan do czegoś zmierza?
– To pańskie czułe miejsce, prawda?
– Czułe – tak. Słabe – nie. Jeśli chce mnie pan wyprosić z hotelu, krytykując moje książki…
– Nie, skąd. Byłem tylko ciekawy, to wszystko. Dwa dni temu, kiedy wystąpił pan ze swoją… prośbą… wysłałem po nie Marcela, naszego pracownika do spraw rezerwacji.
– To było żądanie, nie prośba. I nadal jest. Słyszał pan, co powiedział pan Robertson: prawo stanu Nowy Jork, nie wspominając już o dwóch ustawach federalnego prawa cywilnego, zabrania odmawiać mi konkretnego pokoju, jeśli proszę właśnie o ten konkretny pokój i jest on pusty. A numer 1408 jest pusty. Ostatnio zawsze jest pusty.
Ale pan Olin nie dał się tak od razu oderwać od tematu ostatnich trzech książek Mike’a – wszystkie były bestsellerami „New York Timesa”. Po prostu zaczął je przeglądać po raz trzeci. Łagodne światło lampy odbijało się od ich lśniących okładek. Było na nich mnóstwo fioletu. Fiolet sprzedaje horrory lepiej od wszystkich innych kolorów, powiedziano Mike’owi.
– Aż do wieczora nie miałem okazji się w nie zagłębić – powiedział Olin. – Byłem dość zajęty. Jak zwykle. Delfin jest mały jak na nowojorskie standardy, ale mamy dziewięćdziesiąt procent zajętych pokoi i zwykle z każdym gościem pojawia się u nas nowy problem.
– Tak jak ze mną.
Olin uśmiechnął się lekko.
– Powiedziałbym, że pan jest problemem specjalnym. Pan, pan Robertson oraz wasze groźby.
Mike znowu się zjeżył. Nikomu nie groził, chyba że sam Robertson był już groźbą. A zaangażował go z konieczności, tak jak z konieczności wyważa się łomem zardzewiały sejf, gdy klucz na nic się już nie zdaje.
To nie twój sejf, powiedział jakiś wewnętrzny głos, choć prawo tego stanu i kraju twierdziły co innego. Prawo twierdziło, że pokój 1408 w hotelu Delfin należy do niego, jeśli on go pragnie, pod warunkiem że wcześniej nie dostał go ktoś inny.
Zdał sobie sprawę, że Olin się mu przygląda, nadal z tym bladym uśmieszkiem. Tak jakby śledził jego wewnętrzny dialog niemal słowo po słowie. Było to niewygodne wrażenie, a Mike zaczął dochodzić do wniosku, że całe to spotkanie w niespodziewany sposób także stało się niewygodne. Od chwili kiedy wyjął dyktafon i go włączył (co na ogół działało onieśmielająco), czuł się jak oskarżony.
– Jeśli dąży pan do czegoś, chyba straciłem to z oczu. A miałem ciężki dzień. Jeśli nasza potyczka o pokój 1408 już się skończyła, chciałbym pójść na górę i…
– Przeczytałem jeden z… hm… jak je pan nazywa? Eseje? Opowieści?
Czeki, tak je nazywał, ale nie zamierzał tego powiedzieć przy włączonym magnetofonie. Nawet przy własnym.
– Opowiadania – zdecydował się Olin. – Przeczytałem po jednym opowiadaniu z każdej książki. Ta o domu Rilsbych w Kansas z książki o nawiedzonych domach…
– A, tak. Morderstwa za pomocą siekiery. – Gość, który porąbał na kawałki całą sześcioosobową rodzinę Eugene’a Rilsby’ego nigdy nie został złapany.
– Otóż to. I ta o nocy, którą spędził pan przy grobach tych kochanków z Alaski, co popełnili samobójstwo – tych, którzy podobno zjawiają się w okolicach Sitka – oraz relację z nocy w zamku Gartsby. Ta była całkiem zabawna. To mnie zaskoczyło.
Mike miał doskonale wyostrzony słuch na nutki pogardy pobrzmiewające nawet w najbardziej neutralnych uwagach na temat jego książek i nie wątpił, że czasami słyszał pogardę, której tam nie było – jak się przekonał, niewiele stworzeń na tym świecie ma taką paranoję, jak pisarz, który głęboko w sercu wierzy, że poszedł na łatwiznę – ale tutaj nie wychwycił żadnego pogardliwego tonu.
– Dziękuję – powiedział. – Chyba.
Zerknął na dyktafon. Zwykle jego czerwone oczko wydawało się obserwować tego drugiego, prowokowało, żeby powiedział coś nie tak. Dziś zdawało się wpatrywać w Mike’a.
– O tak, to miał być komplement. – Olin poklepał książki. – Zamierzam je przeczytać… ale tylko ze względu na styl. To styl mi się podoba. Z zaskoczeniem przekonałem się, że śmieję się z pańskich całkiem nie nadprzyrodzonych przygód w zamku Gartsby, i z równym zaskoczeniem doszedłem do wniosku, że jest pan dobry. I subtelny. Spodziewałem się więcej krwi i mordów.
Mike przygotował się na to, co niemal z całą pewnością miało paść zaraz potem, na jakąś wersję „Co taka miła panienka robi w takim miejscu”. Olin, wielkomiejski hotelarz, gospodarz jasnowłosych kobiet, które w czarnych sukniach wychodziły w noc, pracodawca starszych, zaniedbanych mężczyzn we frakach, którzy brzdąkali w hotelowym barze stare standardy w rodzaju „Night and Day”. Olin, który prawdopodobnie w czasie wolnym czytywał Prousta.
– Ale te książki są także niepokojące. Gdybym do nich nie zajrzał, prawdopodobnie nie zadałbym sobie trudu i nie czekałbym na pana. Ledwie zobaczyłem prawnika z aktówką, wiedziałem, że uparł się pan zamieszkać w tym przeklętym pokoju i że żadne moje słowo nie odwiedzie pana od tego zamiaru. Ale te książki…
Mike wyłączył dyktafon – od tego czerwonego wytrzeszczonego oczka zaczęły go przechodzić ciarki.
– Chce pan wiedzieć, dlaczego się prostytuuję? O to chodzi?
– Zakładam, że dla pieniędzy – odparł Olin łagodnie. – I nie można mówić o prostytucji, przynajmniej według mnie… choć to interesujące, że tak szybko doszedł pan do takiego wniosku.
Mike poczuł ciepło pełznące mu po policzkach. Nie, to się zupełnie nie toczyło w sposób, którego się spodziewał. Jeszcze nigdy dotąd nie wyłączył dyktafonu w środku rozmowy. Ale Olin nie był taki, jak się spodziewał. Zwiodły mnie te jego ręce, pomyślał Mike. Te pulchne małe ręce kierownika hotelu, ze zgrabnymi białymi półksiężycami na wymanikiurowanych paznokciach.
– To, co mnie zaniepokoiło… co mnie przeraziło… to świadomość, iż czytam tekst inteligentnego, utalentowanego człowieka, który nie wierzy w żadną z opisywanych przez siebie rzeczy.

Wszystko jest względne. 14 mrocznych opowieści

Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 2/2009
Tytuł oryginalny: Everything's Eventual: 14 Dark Tales
Rok wydania oryginału: 2002
Liczba stron: 472
Format: 140 x 200 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 978-83-7648-073-2
Wydanie: III
Cena z okładki: 32


blog comments powered by Disqus