Fragment książki "Adam"


Przedostatnia cela po tej stronie była pusta.
Ostatnia też, tylko szary koc zwisał z drutu przeciągniętego między drewnianymi słupkami a tylną ścianą.
Daniel odwrócił głowę i zobaczył, że Brit sprawdził już cele po drugiej stronie. Z ruchu jego ust wyczytał: "czysto".
Co to znaczy? Że Ewa zabrał następną ofiarę ze sobą? Czy że to nie Ewa?
Zobaczył, że Lori wyminęła go i wpatruje się w kąt ostatniej celi. Gdzie szary koc wisiał jak zasłona. Nie przy samej ścianie, jak mu się zdawało, tylko półtora metra od niej. Przysunął się bliżej, by zobaczyć, co przykuło uwagę Lori.
Wiedziona czymś bliskim paniki wbiegła przed niego, podbiła ręką prymitywny drewniany rygiel i wpadła do boksu.
Wtedy zajrzał między deski i zobaczył ofiarę. Siedziała na metalowym krześle między kocem a kamienną ścianą, z wypisanym na czerwono imieniem "Ewa" za plecami. Ubrana była w taki sam brudny biały fartuch szpitalny, w jakim znajdowano wszystkie ofiary Ewy.
Na głowie miała jutowy worek.
I drżała.
Żyła.
- Czekaj! - Daniel rzucił się naprzód, wpadł do boksu i ominął Lori.
Z sercem łomoczącym jak pompa parowa podszedł do koca, odciągnął go i wbił wzrok w dziewczynę.
- Jest w szoku - szepnęła Lori.
Daniel odwrócił się do Brita, który wszedł za nimi.
- To on. Ustawcie blokady, na południu do Pueblo, na północy do Monument. Zamknijcie dwudziestą czwartą w obu kierunkach, na siedemdziesiąt kilometrów stąd. Niech zespół taktyczny przeszuka okoliczne urwiska. Chcę, żeby znaleźli wszystkie ścieżki w górę i w dół, zwłaszcza prowadzące w stronę autostrady. Jak wypatrzą duże ślady butów czy cokolwiek, co pasuje do jego portretu psychologicznego, niech to oznakują.
Brit rzucił rozkazy dwóm ludziom, którzy poszli tunelem za nimi.
- Był tu nie dalej niż pół godziny temu - powiedziała Lori, wskazując mokrą plamę krwi na ziemi. - Musimy włożyć rękawiczki. A skoro już o tym mowa, jej choroba może być zakaźna. Jedno kichnięcie i zarazki znajdą się w powietrzu.
- Nie mamy czasu - stwierdził Daniel. Ewa nigdy dotąd nie zostawił ofiary w takim stanie; nie mogli ryzykować, że ją stracą. Lori nie zaprotestowała przeciwko naruszeniu procedury.
Ciszę w grocie mąciło tylko kapanie wody. I słabe skrzypienie metalowego krzesła, na którym siedziała ofiara Ewy.
Była chuda - pięćdziesiąt kilogramów, nie więcej. Blada. Sine żyły przebiegały pod przejrzystą, pokrytą plamami skórą na ramionach; był to jeden z objawów zapalenia opon mózgowych, które zabiło pozostałe ofiary. Brudne, drżące ręce zwisały luźno u jej boków. Nogi były bose.
Nic nie wskazywało na to, że jest świadoma ich obecności.
Lori przerwała ciszę.
- Ona umiera. Musimy zabrać ją do szpitala. Może już być za późno! - Sięgnęła do ręki dziewczyny i dłonią w rękawiczce delikatnie dotknęła plamistej skóry. - Nie bój się, kochanie. Chcemy ci pomóc. Słyszysz nas?
Daniel wysunął się naprzód, wziął róg brązowego worka w palce i pociągnął w górę. Musieli utrzymać dziewczynę przy życiu - była jedynym ogniwem łączącym ich z Ewą.
Worek podnosił się powoli, odsłaniając smukłą szyję, potem podbródek. Drżące usta, na których lśniła ślina. Zaciśniętą szczękę.
Oczy szeroko otwarte, ale uciekły w głąb, tak że tęczówki były schowane. Białe niewidzące gałki oczne patrzyły prosto przed siebie.
Z nozdrzy wypływał śluz mieszający się z pianą cieknącą z ust. Blond włosy zwisały w dygoczących strąkach opadających za uszy.
Dziewczyna się poruszyła. Powoli odwróciła ku nim głowę. Rozchylone usta zaczęły łowić powietrze krótkimi, urywanymi haustami. Nozdrza rozszerzały się przy każdym wdechu.
Daniel stał jak wryty. Wielogodzinne dyskusje o przyczynach śmierci ofiar Ewy nie przygotowały go na obraz spustoszeń czynionych przez chorobę w żywym organizmie.
Lori się cofnęła.
- Jej oczy... - Danielowi brakowało słów, by wyrazić niepokój, który odczuwał na widok oczu dziewczyny.
- Światłowstręt to klasyczny objaw zapalenia opon mózgowych - powiedziała Lori. - Ona tak reaguje na światło.
Dziewczyna rozchyliła szerzej wargi i warknęła na nich. W kącikach ust utworzyły się pieniste bąbelki.
A potem jej szczęki się zwarły i zaczęła pojękiwać. Rozpaczliwe wołanie o pomoc z pomarszczonej twarzy. Oczy o źrenicach poszarzałych od choroby przez chwilę patrzyły prosto przed siebie, ale zaraz znów uciekły w głąb.
Daniel poczuł, że serce podchodzi mu do gardła. Palce mu drżały, może nawet bardziej niż palce dziewczyny.
Lori stanęła za dziewczyną. Niepewnie położyła dłonie na jej ramionach.
Żadnej reakcji. Tylko grymas i przyspieszony oddech.
- Daniel, musimy jej pomóc.
- Jak? - zapytał ochryple.
- Trzeba zawieźć ją do szpitala.
Nigdy jeszcze nie widział choroby o tak przerażających objawach i nie wiedział, do czego dziewczyna jest zdolna, ale nie mieli czasu na ostrożność.
Podszedł i wsunął jedną rękę pod jej nogi, a drugą pod plecy. Nie opierała się, ale i nie uspokoiła.
Podniósł jej drżące ciało i niezgrabnie wstał. Rozciągnęła usta w bezgłośnym krzyku; trzęsła się tak gwałtownie, że Daniel omal jej nie upuścił.
Lori położyła dłonie na policzkach dziewczyny.
- Ciii, ciii... nie bój się, kochanie. Nic ci nie będzie. - Jednak jej oczy wezbrały łzami. Zajmować się zmarłymi to nie to samo co patrzeć na żywego człowieka, który tak cierpi, nawet gdy jest się lekarzem sądowym. - Mięśnie osiowe całkowicie rozluźnione - powiedziała. - Nie ma konwulsji. - Nie wiedziała, co z tego wynika. Napotkała spojrzenie Daniela. Oboje byli zdezorientowani.
Wypadli z boksu. Z powrotem w głąb komory. W górę ciemnego korytarza, ze światłem latarki Lori. Dziewczyna trzęsła się w jego ramionach jak mikser.
Ewa zabijał ofiary, zarażając je egzotyczną chorobą mającą wiele wspólnego z zapaleniem opon mózgowych - to wiedzieli już od ponad roku. Zabójstwo pierwszego stopnia rozmyślne: wystawienie drugiego człowieka na działanie substancji zagrażającej życiu.
Wyskoczyli z jaskini. Brit Holman gorączkowo dyskutował na temat autostrady 24 z Nate'em Sinclairem. Nate usiłował skłonić drogówkę Kolorado, by zamknęła przełęcz.
- Zadzwoń do FBI z Denver - warknął Daniel. - Niech zablokują okolicę. I do Nate'a: - Gdzie jest najbliższy szpital?
Nate utkwił oczy w ciele dygoczącym w ramionach Daniela.
- Dwadzieścia minut drogi stąd.
- Jedziesz z nami. Ustaw blokadę, Brit, nieważne jak. On jest blisko.
- A ty co?
- Jest naocznym świadkiem. Muszę utrzymać ją przy życiu.

*  *  *

- Którędy będzie najszybciej? - warknął Daniel.
- To zależy od...
- Bez gadania! Tą samą trasą, którą przyjechaliśmy?
- Tak.
Nate siedział obok Daniela wciąż zaszokowany stanem dziewczyny. Z tyłu samochodu Lori trzymała głowę ofiary na swoich kolanach i przygotowywała strzykawkę z antybiotycznym koktajlem z cefalosporyny i ampicyliny. Wkrótce się dowiedzą, czy w tym przypadku to też zapalenie opon mózgowych, czy ma podłoże wirusowe, czy bakteryjne. Jeśli Lori była poruszona jękami dziewczyny, jej strasznymi oczami, pianą na ustach, zupełnie tego nie okazywała. Przygotowanie medyczne wzięło górę.
Daniel wszedł w ostry zakręt i wcisnął gaz do dechy. Musieli dotrzeć do szpitala, zanim dziewczyna dostanie krwotoku z narządów wewnętrznych. Duże dawki antybiotyków mogły odeprzeć atak bakterii, ale tylko pod warunkiem że zostaną podane, zanim zajdą nieodwracalne uszkodzenia, i tylko jeśli rzeczywiście była to infekcja bakteryjna. To ledwie drobna część tego, czego Daniel w ciągu ostatniego roku dowiedział się o zapaleniu opon mózgowych.
Lori klepnęła dziewczynę w rękę, by rozszerzyć żyłę.
- Światło, potrzeba mi światła!
Daniel włączył lampkę nad przednią szybą.
- Trzymaj się, kochanie - mówiła Lori do dziewczyny. - Zostań z nami. Wszystko będzie dobrze. - Wbiła igłę w żyłę obwodową i wstrzyknęła pełną dawkę. Oby było tego dość, by spowolnić rozwój infekcji.
Daniel w tym momencie gotów był wypróbować wszystkiego, byle zwiększyć szanse dziewczyny na przeżycie. Mógłby nawet ściągnąć księdza, gdyby jakiś znał się na leczeniu psychiatrycznym. Był niewierzący, ale znał kojący wpływ religii na ludzki umysł. A ofiara na pewno będzie potrzebować ukojenia.
Zerknął na Nate'a Sinclaira.
- Zadzwoń po księdza. Chcę, żeby był w szpitalu, kiedy tam przyjedziemy.
- Księdza? - spytała Lori. - Ona jest chora.
- Ale może o tym nie wiedzieć.
Nate chwycił radiostację i wykrzyczał żądanie na kanale otwartym.
Samochód pędził po wąskiej asfaltowej szosie, na każdym zakręcie przechylał się na bok. Daniel wytarł wilgotne dłonie w spodnie.
- Reaguje?
- Nie wiem. Jest za wcześnie. Nie, jeszcze nie.
- Możesz dać jej więcej?
- Trzeba zrobić transfuzję. Jesteśmy w zwykłym samochodzie, nie w karetce.
- Daj jej więcej. Może wtedy...
- Stój, stój, stój, stój!
Daniel poderwał oczy i zobaczył, dlaczego Lori zaczęła krzyczeć. Reflektory samochodu oświetlały człowieka idącego z naprzeciwka środkiem drogi.
Nate właśnie rozmawiał z pogotowiem; głos uwiązł mu w gardle.
Daniel wciąż wciskał gaz, jego mięśnie zastygły jak skute lodem.
- Stój! Stój! - wrzeszczała Lori na całe gardło.
Przeniósł nogę na pedał hamulca i wcisnął do oporu. Koła się zablokowały i samochód z piskiem opon wszedł w długi poślizg. Lori wpadła na oparcie fotela kierowcy.
A ten człowiek wciąż szedł, ślepy i głuchy, a może obojętny na to, że miał przed sobą rozpędzoną masę metalu, która mogła go wgnieść w asfalt.
Nate nerwowo mówił do radiostacji:
- Cywil na drodze. Na środku drogi! Idzie w naszą stronę.
Daniel widział wszystko jakby w zwolnionym tempie, zauważał najdrobniejsze szczegóły.
Mężczyzna. Wysoki, chudy. Ubrany w ciemne spodnie z obniżonym krokiem i rozchełstaną, brudną koszulę z długimi rękawami, spod której wyłaniała się blada naga pierś. Na nogach brązowe buty robocze. Potargane rzedniejące włosy. Ciemnoblond.
Prawa ręka opuszczona do boku. Błysk metalu. Miał broń.
Samochodem zarzuciło w lewo, w prawo, aż wreszcie stanął z piskiem opon niecałe trzydzieści metrów od mężczyzny. Nate wpadł na deskę rozdzielczą i upuścił radiostację. Zaczął szukać jej po omacku.
A mężczyzna wciąż się zbliżał, wielkimi krokami, jego wychudła twarz wyrażała spokój i determinację, broń trzymał luźno u boku. Miał głęboko osadzone oczy, wypukłe czoło, kwadratową szczękę i wydatne kości policzkowe.
To Ewa, prawda? To musi być on.
Daniela przez krótką chwilę korciło, żeby ruszyć samochodem prosto w niego, ale wiedział, że jeśli to zrobi, Ewa jakby nigdy nic zejdzie z drogi i zniknie.
Pistolet Daniela tkwił między siedzeniem a oparciem na rękę, gdzie go wcisnął, kiedy ruszał w pośpiechu. Teraz tam sięgnął. Zostało dość czasu, by wycelować i strzelić.
W dłoni jednak poczuł kaburę z kydeksu, nie pistolet. Musiał go wyciągnąć!
- Strzelajcie! - krzyknął.
Kiedy uwalniał pistolet z kabury, zauważył, że Nate Sinclair wciąż jest zdezorientowany. Lori, odwrócona plecami, zajmowała się ofiarą, która razem z nią runęła na podłogę. W radiostacji rozległ się zniekształcony trzaskami głos Brita żądającego więcej informacji.
Musiał wystawić broń z samochodu. Jeśli strzeli przez przednią szybę, kula przy przejściu przez hartowane szkło zmieni kierunek i chybi celu.
Chwilę szarpał się z klamką, wreszcie otworzył drzwi na oścież, postawił lewą nogę na ziemi, przeniósł broń nad kierownicą, po czym, wychylony z samochodu, położył rękę na drzwiach i wycelował.
Docierało do niego, że Lori gramoli się na tylne siedzenie. Że Nate patrzy prosto przed siebie w milczeniu, z krótkofalówką przyciśniętą do ust. Że jemu serce wali jak młot.
Kiedy pistolet Daniela wysuwał się zza przedniej szyby, człowiek na drodze, nie zwalniając kroku, spokojnie uniósł broń i z odległości dziesięciu metrów strzelił Danielowi prosto w twarz. Nie mógł chybić.
Daniel nie czuł strachu, tylko - przez ułamek sekundy - żal.
A potem palący ból.
W ostatniej chwili życia zastanawiał się, czy Heather by się zgodziła, by do niej wrócił. I runął w ciemną otchłań.

Adam

Autor: Ted Dekker
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 1/2009
Tytuł oryginalny: Adam
Rok wydania oryginału: 2008
Liczba stron: 328
Format: 140x200 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-89325-08-2
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90 zł


blog comments powered by Disqus