Rozdział 1 i 2


Rozdział 1

Podniosła drinka do ust i upiła kolejny łyk. Ohyda. Smakował jak amol. Za dużo słodkiego wermutu. Mogła zamówić coś prostszego, ale chciała patrzeć, jak on go dla niej przygotowuje. Przyjął zamówienie, a teraz patrzyła, jak szuka czegoś pod ladą. Bawiło ją, że nie mógł znaleźć szklanki do martini. Wydawał się tym zawstydzony. Upokorzony. Podobało jej się to. Mógł przecież odmówić przygotowania drinka. Mógł zaproponować jej piwo albo wino. Nie zrobił tego. Przygotował jej Brandy Manhattan. Nawet znalazł gdzieś wisienkę. Dobry chłopiec. Czy nie był jednak zbyt dorosły? Czy da sobie z nim radę? Miał dwadzieścia dwa lata. Może dwadzieścia trzy. Starszy niż zazwyczaj. A jednak chłopcy z małych miasteczek byli łatwiejsi niż ci z miasta. Bardziej podatni na wpływy. Na początku niezręczni w łóżku, za wszelką cenę chcieli sprawić jej przyjemność. Ten był wysoki. Miał szerokie ramiona i twarz okoloną czarnymi włosami. Wysokie brwi, układające się w wyrazie wiecznego zaskoczenia nad ciemnymi oczami. Nos dość delikatny jak na mężczyznę. Gładki, a nie rzeźbiony. Pełne usta. Usta poety. Miał twarz Percy’ego Shelleya i ciało greckiego boga albo jakiegoś innego mitologicznego przystojniaka. Którego? Prometeusza. Tytana, który wykradł ogień. Znów pociągnęła łyk drinka i pomyślała, że chłopak chyba kuleje. To ją fascynowało. Obserwowała go, żeby się upewnić. Wiedziała, że sama ma skłonność do romantyzmu. Złe przyzwyczajenie. Wpędziło ją w wiele kłopotów. Nie. To nie było złudzenie. Lekko utykał. Schwytany i uwięziony Prometeusz. Dziobany przez orła, wysłannika Zeusa. Torturowany. Odstawiła kieliszek. Wzięła do ręki papierosa, zaciągnęła się głęboko, wypuściła dym z płuc i odłożyła papierosa do popielniczki. Podniosła długopis. Zaczęła szukać w pamięci odpowiedniego cytatu. Nabazgrała coś i odłożyła długopis. Wzięła do ręki kieliszek i wypiła do dna. Zagrzechotała pozostałym w kieliszku lodem i spojrzała na zegarek. Wkrótce będzie musiała wykonać swój ruch. Wyłowiła wisienkę spomiędzy kostek i zębami oderwała od ogonka.

Wiatr uderzył w szybę. Duchy dobijały się do środka. Wyjrzał na zewnątrz. Reflektory, zamontowane nad wejściem do baru, oświetlały opadające płatki śniegu. Tak białego, że wyglądał, jakby do szyby ktoś przykleił chusteczkę. Kiepska noc na stanie na zewnątrz i zeskrobywanie lodu z samochodu. Dobra noc na picie drinków w barze rozmiarów ogrodowej szopy. Drewniane podłogi skrzypiały, były nierówne, wydeptane i tak brudne, że sprawiały wrażenie prawie czarnych. Pachniały wilgocią i pleśnią. Wilgotny brud w ogrodowej szopie. Pod tym wszystkim zapachy szatni. Pot. Wilgotne skarpetki. Mokre włosy. I ostatnia warstwa smrodu: piwo. Wyciągnął szmatę spod blatu i podszedł do końca baru, kawałka drewna rozmiarów deski do prasowania. Idąc, krzywił się i utykał. Bolały go kostki. To pewnie na zmianę pogody, pomyślał. Przetarł bar owalnymi ruchami prawej ręki. Biceps napinał się pod rękawem podkoszulka. Wrzucił szmatę pod blat. Odwrócił się i wyłączył telewizor podwieszony pod sufitem. Nie podobało mu się, że tutaj wisi. Zawsze uderzał się w niego głową. Maggie nie chciała płacić za kablówkę, więc dało się odbierać tylko dwa kanały. Obraz śnieżył, a dźwięk łapał zakłócenia. Hałas był w porządku – zagłuszał wspomnienie innego dźwięku – ale on miał ochotę na coś więcej niż szum. Któregoś dnia dorobi się swojego własnego baru. Bez telewizora, ale z szafą grającą. I bardziej przyłoży się do wystroju. Bar Maggie był tandetny, z reklamami piwa przyklejonymi do ścian i plastikowymi obrusami w kratkę. Jedyną rzeczą, którą regularnie odmalowywała, były frontowe drzwi w kolorze czerwonym.
Rozejrzał się wokół. Cztery stoły stały puste. Ktoś rozlał colę na jeden z nich, ze swojego miejsca mógł dostrzec kałużę płynu. Na innym stały ułożone w kształt koła szklanki po piwie, wszystkie opróżnione do czysta. Bez względu na to jak ludzie w tym mieście byli narąbani, nigdy nie rozlewali piwa. Pieniądze na alkohol trudno było znaleźć, zwłaszcza teraz, kiedy zaczęły się zwolnienia w kopalni. Trzy albo cztery stoliki z ławami pod ścianą były zajęte. Przy tym najbliżej drzwi siedziało dwóch stałych klientów, górników mających na tyle dużo szczęścia, że wciąż jeszcze pracowali w kopalni takonitu. Harlan Siguard i Tommy Gille. Długie brody, beczułkowate torsy i ręce twarde jak skała. Wolałby, żeby nie nosili tutaj swoich myśliwskich kurtek. Sezon na jelenie dawno się skończył. Był w stanie znieść widok pomarańczowej kurtki na ulicy. Zawsze mógł odwrócić wzrok, ale nie tutaj. Przypomniał sobie, że górnicy byli miłymi facetami. Znali jego ojca. Mieszkali i pracowali w okolicach Hibbing, ale mieli chatę na jeziorze Whitewater Lake, niedaleko miasta Hoyt Lakes, gdzie polowali na ryby z harpunem. On też miał domek na Whitewater. Przy stoliku obok siedział kolejny stały bywalec. Floyd Petersen. Mieszkał na obrzeżach miasta. Przychodził tu często, odkąd jego żona umarła, a dzieci przeniosły się do Minneapolis. Nie prowadził już samochodu, ale zawsze udawało mu się namówić kogoś na podwózkę. Tej nocy przyszła kolej na górników. Postanowił, że pozbędzie się ich, ich kurtek i starego Petersena, a potem zamknie lokal.
Stolik na końcu. Nie był pewien, czy chciał, żeby ona wyszła równie szybko. Miała niebieskie oczy i wargi, które wyglądały na spuchnięte, jakby ciągle je przygryzała. Skórę koloru lodów waniliowych. A ponieważ piersi zawsze były o kilka tonów jaśniejsze niż twarz, doszedł do wniosku, że jej piersi muszą być bielsze niż padający na zewnątrz śnieg. Włosy długie, proste i lśniące. Żółte jak masło. Czy miała ładne ciało? Nie był w stanie powiedzieć. Kiedy weszła kilka godzin wcześniej, stał akurat odwrócony plecami. Od tamtej pory siedziała z nogami podciągniętymi pod siebie i zimową kurtką narzuconą na nie jak koc. Pisała coś w dzienniku. Kiedy podszedł do jej stolika, powiedziała tylko dwa słowa: Brandy Manhattan. Jej głos nie pasował do twarzy. Był głosem małej dziewczynki. Odwrócił się i przygotował drinka, nie mówiąc jej, jak śmieszne było zamawianie czegoś takiego w takim barze, w miasteczku tych rozmiarów. Trzeba jechać godzinę w każdym kierunku, żeby znaleźć najbliższą szklankę do martini. Podał jej drinka w kieliszku do wina. Znalezienie słodkiego wermutu było cudem. Przynajmniej miał wisienkę. Znalazł zakurzony słoik pod blatem. Dziś wieczór go wyrzuci. Nikt tutaj nie zamawiał trunków przybranych owocami.
Gdy przyniósł jej drinka, zamknęła swój dziennik i spojrzała na niego niebieskimi oczami. Potarła ramiona przez materiał koszuli. Zapytała tym swoim dziewczęcym głosikiem:
- Dlaczego tutaj jest tak zimno?
- Żeby jeżdżący na skuterach się nie przegrzali.
Wyciągnęła dłoń i kiedy stawiał przed nią drinka, musnęła jego nagie ramię palcami.
- Nie marzniesz?
Spodobał mu się jej dotyk, choć jednocześnie wprawił go w zdenerwowanie.
- Przyzwyczaiłem się.
Wzięła do ręki papierosa – jednego z tych długich i cienkich – i zaciągnęła się. Wypuściła dym z płuc, a potem spytała, spowita w siwą chmurę:
- Gdzie jestem?
Czyżby się zgubiła? Zagubiona mała dziewczynka.
- Północno-wschodnia Minnesota – powiedział. – Iron Range.
Uśmiechnęła się.
- Chodzi mi o nazwę tego miejsca.
- „Czerwone drzwi Maggie”. – Głową wskazał wejście.
- Tego miasteczka.
- Hoyt Lakes – wydukał i odszedł. Pewnie pomyślała, że jest idiotą. Kiedy wrócił, żeby sprawdzić, czy czegoś nie potrzebuje, podała mu czek.
- Możesz zapłacić cały rachunek potem – powiedział.
- Nie będę więcej zamawiać. – Przesunęła czek w jego stronę. – Jest tu też twój napiwek.
- Dzięki. – Wziął kawałek papieru, nie przyglądając się mu. Otworzył kasę, podniósł szufladkę z pieniędzmi i wsunął go pod spód. Spojrzy na niego później – bardzo chciał wiedzieć, jak ona się nazywa – a potem go podrze. Maggie nie przyjmowała czeków.
Kobieta wciąż pisała coś w dzienniku i przez cały czas bawiła się tym jednym drinkiem. Co taka laska robiła w takim nędznym barze, w takim nędznym mieście, sama i tak późno wieczorem? Miała na sobie kurtkę narciarską. Przyjechała do Giants Ridge na weekend. Ale mieli tam przecież bary. Dlaczego nie siedziała w jednym z nich?
Wyciągnął świeżą szmatę spod blatu i kuśtykając, wyszedł zza kontuaru. Podszedł do stolika górników.
- Czas kończyć, panowie.
- Jasne – powiedział Gille. Opróżnił swój kufel, odstawił go i wstał z ławy. Pogrzebał w kieszeniach kurtki. Z prawej wyciągnął czapkę. – Chodź, Siggy. Zbieraj tyłek w troki i spadamy. Dajmy Catchowi posprzątać i pójść do łóżka.
Barman podszedł do stolika. Przerzucił ścierkę przez ramię i pochylił się, żeby podnieść szklankę Gille’a. Siguard nie ruszył się. Siedział, trzymając w dłoniach pusty kufel.
- Po co ten pośpiech?
- Nie bądź dupkiem – powiedział Gille. Naciągnął czapkę na głowę.
- Idź się odlać i daj mi porozmawiać z chłopakiem – odparł Siguard.
- Dobra – zgodził się Gille. Poszedł na tył pomieszczenia, po drodze kątem oka spoglądając na kobietę.
Siguard poczekał do momentu, w którym usłyszał zamykające się drzwi toalety. Podniósł wzrok na barmana.
- Siadaj.
Catch zawahał się, wciąż trzymając w ręku brudną szklankę. Spojrzał na Petersena. Miał opuszczoną głowę, podbródek opierał na piersi. Kobieta siedziała zwinięta w kłębek przy swoim stoliku i wciąż coś pisała. Odstawił szklankę i usiadł naprzeciwko starszego mężczyzny.
- O co chodzi?
Siguard mówił cichym, ale pełnym napięcia głosem. Słowa wychodziły szybko. Widać było, że dusił je w sobie długi czas.
- O co chodzi? Powiem ci, o co. Co to za gówniane życie? Mieszkasz nad barem. Dzień i noc pracujesz jak wół w nędznej piwiarni. Ile Maggie ci płaci? Minimalną płacę? Dlaczego nie jesteś ze swoją mamą i siostrami w Duluth? Masz przecież jeszcze brata. Gdzie on jest? W St. Paul, prawda? Jedź do St. Paul. Idź do szkoły. Znajdź prawdziwą pracę. – Zamilkł na chwilę, po czym powiedział głośniej. – Po co tu się kręcisz, do diabła? Zmień swoje życie. Przeleć kogoś.
- Z tym akurat nie mam problemu.
- Maggie płaci ci w naturze czy co? – warknął starszy mężczyzna.
Barman poczerwieniał i spuścił wzrok.
- Nie.
- Jest dla ciebie za stara.
- Nie pieprzę się z Maggie.
Siguard mu nie uwierzył, ale złagodził ton głosu.
- Co się z tobą dzieje? Bawiłeś się gdzieś ostatnio? Kiedy ostatni raz miałeś w ręku kij hokejowy?
Z wciąż opuszczonym wzrokiem, chłopak odpowiedział niemal szeptem:
- Wiesz, że nie mogę. Od dawna nie jestem w stanie. Widzisz, co się ze mną dzieje. W niektóre dni ledwo mogę chodzić.
Siguard pociągnął kosmyk brody i wyjrzał na zewnątrz.
- Przepraszam. Nie wiem, dlaczego spytałem. – Westchnął i spojrzał ponad stolikiem na barmana. Dostrzegł tylko pochyloną głowę i czarne loki. – Polowanie. Byłeś ostatnio na polowaniu?
- Nie.
- Dlaczego? Przestań się bać. Wciąż chodzisz zdołowany. Musisz znów wziąć do ręki strzelbę. To już zbyt długo trwa.
- Nie wystarczy, żeby go sprowadzić z powrotem – powiedział młodszy mężczyzna i wstał. Idąc w stronę baru, bardzo starał się nie utykać. Nie udało mu się. Cały czas był odwrócony tyłem do Siguarda. Ściągnął ścierkę z ramienia i znów zaczął wycierać blat.
Usłyszał dźwięk spuszczanej wody. Drzwi toalety otworzyły się. Ukazał się w nich Gille, zapinający pasek. Marszcząc brwi, podszedł do Siguarda, który wciąż jeszcze siedział przy stoliku. Spojrzał na plecy barmana, a potem znów na przyjaciela. Postanowił zachować pytania na drogę powrotną. Zapiął kurtkę.
- Zbieramy się.
Siguard wstał. Wyciągnął czapkę z prawej kieszeni kurtki i naciągnął ją na głowę. Wyjął rękawiczki z lewej kieszeni i nałożył na dłonie. Skierował się w stronę drzwi. Położył rękę na klamce, odwrócił się i spojrzał na Gille’a.
- Ściągnij Floyda.
Gille podszedł do Petersena i dotknął jego ramienia.
- Obudź się, Floyd. – Petersen uniósł głowę. Okulary miał przekrzywione i zsunięte na koniec nosa. Tommy poprawił mu je obiema rękami. – Czas wracać do domu. – Petersen przesunął się po ławie, wstał i zachwiał się lekko. Wsunął dłonie do kieszeni dżinsów i podążył za Gillem w stronę drzwi.
Siguard po raz ostatni spojrzał na barmana. Chłopak stał za barem i wycierał szklanki. Harlan uchylił drzwi. Do środka dostał się powiew wiatru, niosąc ze sobą śnieg.
- Zadzwoń do mnie, Catch – powiedział do pleców barmana.
Trzej mężczyźni wyszli i zatrzasnęli za sobą drzwi.

Kobieta pstryknęła długopisem, włożyła go pomiędzy kartki i zamknęła swój dziennik. Starała się podsłuchać rozmowę i do jej uszu dotarły fragmenty dramatu: Po co się tu kręcisz, u diabła? Zmień swoje życie. Przeleć kogoś. A potem te gorące słowa: Musisz wziąć do ręki strzelbę. To za długo trwa. I zdanie, przy którym jej długopis przyspieszył: Nie wystarczy, żeby go sprowadzić z powrotem. Jaki orzeł dziobał tego młodego człowieka? To coś, co miało związek ze strzelbą. Jakaś tragedia. Był dla niej gotowy. Przeleci kogoś, o tak. Pogrzebała w torebce i wyciągnęła puderniczkę. Otworzyła ją i spojrzała w lusterko, nakładając puder na nos. Odłożyła puszek i zamknęła wieczko. Wrzuciła puderniczkę do torebki. Wstała i przerzuciła kurtkę przez lewe ramię. Wzięła swój dziennik i wsunęła go pod pachę. Jej koszula miała długie rękawy, ale była zrobiona z cienkiej bawełny. Wykorzysta to, że w pomieszczeniu było zimno. Ruszyła w stronę baru. Po drodze przesunęła po sutkach palcami prawej dłoni.
Stał do niej tyłem. Podeszła do baru, odłożyła zeszyt na blat i rzuciła kurtkę na stołek.
- Potrzebujesz pomocnej dłoni?
Zamarł, trzymając szklankę i ścierkę w dłoni.
- Mam dwie własne – powiedział do rzędu butelek z alkoholem.
- Chciałabym pomóc.
Odstawił szklankę i obrócił się twarzą do niej. Zauważył, że była smukła i wysoka. Nie tak wysoka jak on, ale niewiele niższa. Jej talia wydawała się ciągnąć bez końca. Nigdy nie widział kobiety z tak długą talią. Jak by to było, objąć ją ramieniem? Spodobała mu się. Jednak irytowało go to, że kobieta węszy. Zastanawiał się, ile usłyszała.
- Masz długie uszy.
- To dar obserwacji.
Rzucił ścierkę pod blat.
- Uważam, że wścibstwo to lepsze słowo.
- To mały bar. Nic nie poradzę na to, że słyszałam waszą rozmowę. – Uśmiechnęła się. – Pracuję z młodymi ludźmi. Młodymi mężczyznami. Lubię być ich przewodniczką.
- Naprawdę? – Zauważył jej sutki pod materiałem koszuli. Dziwaczna koszula jak na dorosłą kobietę. Różowa, z różową koronką wokół dekoltu. Jej kurtka też była różowa. Różowe ubrania małej dziewczynki, pasujące do jej głosu. Ale biust nie był biustem małej dziewczynki. Jak na tak kościstą kobietę miała duże piersi. Wciąż były jędrne, mimo że była od niego starsza. Co najmniej dziesięć lat. To mu jednak nie przeszkadzało. Chciała czegoś więcej niż tylko jeden numerek. Obserwowała go, jakby był owadem zamkniętym w słoiku.
- Jesteś kimś w rodzaju psychiatry?
- Dużo przeżyłam. Miałam w życiu problemy.
- Ja ich nie mam.
Usiadła na stołku.
- Opowiemy sobie swoje historie przy drinku?
Kciukiem wskazał na zegar, wiszący za nim na ścianie.
- Właśnie zamykałem.
Położyła ręce na blacie.
- Jesteś pewien, że nie chcesz pogadać?
On też oparł ręce na blacie i pochylił się w jej stronę. Widział puder na czubku jej nosa. Nakłada zbyt dużo makijażu, pomyślał.
- Jestem pewien. – Zauważył leżący pomiędzy nimi zeszyt. Był oprawiony w skórę i miał złocone brzegi. Catch przesunął go w swoją stronę i powiedział nienaturalnie wysokim głosem: - Drogi pamiętniku.
- Nie rób tego – powiedziała. Rzuciła się do przodu i próbowała wyrwać mu zeszyt, ale barman odwrócił się do niej tyłem.
Otworzył go na stronie, gdzie wsunięty był długopis i przebiegł oczami po zapisanych słowach.
- Spisywałaś prywatną rozmowę. Co to za gówno o orle i cierpieniu? To jakieś pisarskie bzdury. Nie mów mi, że jesteś jedną z tych krwiopijców, reporterów. – Odwrócił się w jej stronę.
Wyrwała mu dziennik z rąk i zatrzasnęła go. Otworzyła usta, żeby cos powiedzieć. Nie zdążyła, bo nagle ktoś pchnął drzwi i do środka dostał się kolejny powiew zimnego powietrza.
Do baru wszedł ubrany w strój do jazdy na skuterze śnieżnym mężczyzna. Tupnął kilka razy, otrzepując buty ze śniegu. Zdjął kask i kominiarkę. Przepocone włosy opadały mu na ramiona. Przez skołtunioną brodę prześwitywały pryszcze. Kurtkę miał czarną, z płomieniami na ramionach, takimi samymi jak na kasku. Wsunął go pod lewe ramię. Włożył kominiarkę do jednej kieszeni kurtki, potem ściągnął rękawice i wcisnął je do drugiej kieszeni. Rozpiął kurtkę, odsłaniając górę kombinezonu. Pod spodem nosił czarny golf. Spod niego, po prawej stronie szyi, wyłaniał się tatuaż kobry, prześlizgiwał się po jego gardle i dalej wspinał się po lewej stronie twarzy. Głowa węża, z wysuniętym, rozwidlonym językiem, znajdowała się nad lewą brwią mężczyzny.
Barman zastanawiał się, dlaczego nie usłyszał nadjeżdżającego skutera. Był widocznie zbyt zajęty rozmową z różową paniusią. Nawet jej nie znał, a już zaczynała go wkurzać.
- Proszę się nie rozbierać. Zamykamy.
- Do diabła z tym. – Mężczyzna podszedł do baru, chwiejąc się przy każdym kroku. Śmierdział spalinami i whisky. Był równie wysoki i potężny jak Catch, ale wyglądał na starszego o dwadzieścia pięć lat. Brodę przeplataną miał siwymi pasmami, a wokół oczu i ust widać było głębokie bruzdy. Nierówna blizna na czole wyglądała jak piorun uderzający w głowę kobry. Mężczyzna usiadł na stołku i postawił kask na barze. – Jeden szybki. Może być? – Zabębnił palcami o blat. Widać było na nich niezgrabne, ręcznie robione tatuaże. Spojrzał na butelki z alkoholem. – Kieliszek jacka danielsa wystarczy. Podwójny. – Spojrzał na kobietę. – Cześć, mała.
Zerknęła na niego i szybko odwróciła wzrok. Jej kurtka leżała na stołku pomiędzy nimi. Podniosła ją, położyła na kolanach i włożyła pamiętnik do jednej z kieszeni.
Barman wziął do ręki ścierkę i kuśtykając wyszedł zza lady. Zamknął drzwi, zasunął rolety i wyłączył światła na zewnątrz. Skierował się w stronę stołów. Wycierając je, zwrócił się do mężczyzny:
- Mówię poważnie, proszę pana. Nie mogę pana obsłużyć. Właśnie zamykam. Proszę posiedzieć i rozgrzać się. Ale potem musi pan stąd pójść.
- Masz telefon? Straciłem kumpli z oczu, a komórkę zgubiłem gdzieś na trasie.
- Przykro mi. Nie ma tu telefonu. Jest budka po drugiej stronie ulicy. W Saloonie Spike’a.
- Próbowałem – odparł mężczyzna. – Wszystko zamknięte. Światła pogaszone. Cała ulica jest ciemna.
Barman nie miał ochoty pomagać mężczyźnie. Nie wyglądał jak ci, którzy zazwyczaj jeżdżą skuterami.
- Stacja benzynowa jest otwarta. To kilka przecznic stąd, po tej samej stronie ulicy. Skuterem będzie pan tam w mgnieniu oka. – Wsunął ścierkę za pasek dżinsów i zaczął ustawiać puste szklanki jedna na drugiej. Usłyszał dźwięk ciężkich kroków. Podniósł wzrok i zauważył, że mężczyzna wszedł za bar. – Hej!
Facet chwycił jacka danielsa z półki, odkręcił nakrętkę i napił się prosto z butelki. Odwrócił się i postawił burbon na blacie. Skierował wzrok w stronę kasy, a potem niżej, pod ladę.
- Co my tutaj mamy? – Spojrzał na barmana i uśmiechnął się. W jego ustach zalśnił złoty ząb.
- Sukinsyn! – Catch odstawił szklanki na stół i, tak szybko jak mógł, ruszył w stronę baru. Za późno. Usłyszał dźwięk naboju przesuwanego do komory. Zatrzymał się przed kasą i uniósł ręce do góry. Wpatrywał się w skróconą lufę obrzyna, którego Maggie trzymała za barem. Usłyszał, jak ktoś gwałtownie wciąga powietrze. Różowa paniusia. Szybko odwrócił głowę i spojrzał na nią. Siedziała na stołku bez ruchu, z szeroko otwartymi oczyma, ściskając przed sobą kurtkę, jakby to była kamizelka kuloodporna. Spojrzał z powrotem na nieznajomego. – Nie warto.
- Zobaczymy, kuternogo. – Położył strzelbę na blacie po prawej stronie kasy, ale wciąż trzymał palec wskazujący na spuście. Palcami lewej ręki zaczął wciskać przyciski na kasie, dopóki szuflada się nie otworzyła. Wyciągając z niej banknoty, cały czas wpatrywał się w barmana, celując w niego.
- W kasie nic nie ma – powiedział chłopak.
Wzrok mężczyzny pobiegł w stronę banknotów, które trzymał w lewej pięści. Głównie jedynki i piątki.
- Co do tego masz cholerną rację. – Wcisnął pieniądze do kieszeni kurtki. Podniósł pojemnik na banknoty i zajrzał pod spód. Jeden czek. Nie miał zamiaru zawracać sobie nim głowy. Wrzucił pojemnik z powrotem do szuflady. Zatrzasnął ją, chwycił obiema rękami strzelbę i wyszedł zza baru. Wcisnął koniec lufy w bok Catcha. – Co jest na zapleczu?
- Nic. Kibel.
- Ktoś jest w środku?
- Nie.
- Tylne drzwi?
- Zamknięte.
- A te drugie?
Barman odwrócił się.
- Schowek na miotły.
- Dobrze. Nie ruszaj się.
- OK. – Chłopak czuł lufę na plecach. Poczuł ściskającą go w żołądku tęsknotę. Pragnienie, które codziennie zwalczał. Teraz miał szansę, żeby się mu poddać. Mógł to zakończyć. Nie zrobiłby tego własnymi rękami. Nie byłoby wstydu. Mógł stać się nawet bohaterem. Zamknął na moment oczy i spróbował zebrać się na odwagę, żeby zrobić coś, co sprowokuje mężczyznę do pociągnięcia za spust. Nagły ruch. Obraźliwe słowo. Potem pragnienie rozwiało się. Wyparowało jak już wiele razy przedtem. Otworzył oczy i rozejrzał się wokół, jakby nigdy wcześniej nie postawił nogi w tym barze. Po prawej stała kasa, po lewej stoliki z ławami. Spojrzał na kobietę. Wciąż siedziała bez ruchu, zwrócona twarzą do baru.
Rabuś spojrzał na nią ponad jego ramieniem.
- Gdzie twoja torebka, suko?
Odwróciła się na stołku i skinęła głową w stronę swojego stolika.
- Na ławie.
- Przynieś ją. Tylko żadnych numerów albo sprzątnę twojego chłoptasia. – Zsunęła się ze stołka, upuszczając kurtkę. Z kieszeni wypadł dziennik. Mężczyzna spojrzał na niego. – Co to jest?
- Nic – powiedziała cienkim głosem. Podniosła zeszyt i przycisnęła go do piersi.
- Widzę, że jesteś bardzo przywiązana do tego „nic”. Przynieś to tutaj.
- To nic cennego. Tylko moje osobiste zapiski.
Mężczyzna wycelował strzelbę w lewy bok barmana. Przesunął czubkiem języka po górnej wardze.
- Brzmi nieźle. Przynieś mi tutaj te twoje osobiste zapiski. – Nie poruszyła się. Przesunął lufę strzelby w jej stronę i wyciągnął lewą rękę. Otworzył dłoń. – Dawaj. – Podeszła do niego ze spuszczonym wzrokiem. – Stop – powiedział, kiedy znalazła się o długość ramienia od niego. Uniosła głowę i podała mu dziennik. Chwycił go i wcisnął do kieszeni kurtki. – Bliżej, dziwko. – Postąpiła dwa kroki do przodu. Wyciągnął lewą rękę i chwycił jej prawą pierś. Ścisnął mocno. – Te cycki są prawdziwe?
Odepchnęła jego rękę.
- Przestań!
- Zostaw ją – powiedział Catch.
- Zamknij się, kurwa! – Nieznajomy zamachnął się strzelbą i uderzył lufą w głowę barmana. Chłopak upadł na kasę i osunął się na podłogę. Mężczyzna wycelował obrzyna w jego ramię. – Wstawaj, kulasie.
Barman powoli wstał, prawą ręką opierając się o kasę, a lewą przykładając do głowy.
- Chryste – wymamrotał.
- Ręce do góry. – Catch uniósł ramiona. Nieznajomy wcisnął strzelbę w jego lewy bok. – Nie będziesz mi rozkazywał. Zrozumiano? – Znów spojrzał na kobietę. Stała nieruchomo przed nim z rękami założonymi ochronnym gestem na piersiach. – Nie martw się o te cycuszki. – Lufą wskazał jej stolik.
Odwróciła się i podeszła do niego. Opuściła ręce i dostrzegła smugę brudu na koszuli. Tłuste ślady rąk na jej prawej piersi. Jak piętno. Czuła jak jej twarz robi się gorąca z wściekłości i wstydu. Jej pierś pulsowała bólem. Nie zrobiła nic, żeby pomóc barmanowi. Nie powiedziała ani słowa, a on cierpiał teraz, ponieważ wstawił się za nią. Co gorsza, ten osiłek zabrał jej dziennik. Brzmi nieźle. W jej głowie pojawił się obraz. Duża, brudna dłoń zaciśnięta na członku. Sperma na stronach dziennika. Pochyliła się nad ławą i chwyciła pasek torebki. Pociągnęła ją w swoją stronę. Podniosła. Pomyślała, jak bardzo żałuje, że weszła do tego baru. Że wybrała się na wakacje. Powinna pojechać gdzieś, gdzie jest ciepło. Do Arizony albo na Florydę.
- Pospiesz się! – wrzasnął mężczyzna. Patrzył na kobietę, ale strzelbę znów skierował w stronę Catcha. Ponownie wcisnął mu ją między żebra. – Trzymaj ręce w górze. Co z twoimi nogami?
- Rozwalone kostki – powiedział barman cicho. – Dawno temu.
Kobieta cieszyła się, że stoi do mężczyzn tyłem. Włożyła dłoń do torebki. Próbowała przypomnieć sobie, co ma w portfelu. Za mało gotówki, żeby uszczęśliwić tego faceta. Jej komórka była... w samochodzie. Cholera. W torebce miała coś jeszcze i była na tyle wściekła, żeby tego użyć. Wyciągnęła to. Upuściła torebkę na ławę. Odwróciła się i wyprostowała rękę.
- Cholera – wyszeptał barman. Różowa paniusia miała pistolet.
Napastnik roześmiał się. Kolejny błysk złota. Odsunął strzelbę od ciała chłopaka i skierował ją w stronę kobiety.
- Lepiej, żebyś miała dobrego cela, suko.
- A ty? – Jej głos drżał, tak samo jak ręce. – A co z twoim celem?
- Głupia dziwka – odparł mężczyzna. – To strzelba. Wystarczy, że pomacham nią w twoim kierunku.
Barman doszedł do wniosku, że nie ma nic do stracenia. Dostanie albo od niego, albo od niej. Od różowej damulki przez przypadek, od napastnika rozmyślnie. Tak czy inaczej, już po nim. Stwierdził, że ta myśl jest przyjemna. Relaksująca. Poczuł, jak ogarnia go spokój. Przesunął wzrok z uzbrojonego mężczyzny na butelkę jacka daniela po prawej. Wyciągnął rękę i chwycił ją. Zacisnął pięść wokół szyjki i zamachnął się. Uderzył mężczyznę w twarz. Napastnik upuścił strzelbę na podłogę, chwycił twarz obiema rękami i upadł na kolana. Dziennik kobiety wypadł mu z kieszeni i wylądował na podłodze. Mężczyzna puścił swój nos i sięgnął po strzelbę. Barman odrzucił butelkę i zanurkował. Obaj leżeli obok siebie, na brzuchu. Napastnik chwycił kolbę prawą ręką, a barman lewą. Młodszy mężczyzna przesunął prawą rękę do przodu, chwycił strzelbę i wyrwał ją z uchwytu napastnika. Przekręcił się i wstał z grymasem bólu malującym się na twarzy. Odsunął się kilka kroków do tyłu i wycelował w mężczyznę leżącego na podłodze.
Napastnik wstał i uniósł obydwie ręce nad głowę. Twarz miał umazaną krwią. Cofał się, aż wyczuł za sobą jeden z barowych stołków. Dotknął swojego nosa i spojrzał na palce. Czerwone. Chwycił kask z blatu. Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
Różowy głos. Głos małej dziewczynki. Wysoki i wściekły.
- Zastrzel go! Nie pozwól mu uciec! Zastrzel łajdaka!
Barman spojrzał na strzelbę. Dobrze się ją trzymało. Była solidna, ciężka. Wywód Siggyego wrócił rykoszetem do jego bolącej głowy, wymieszany z jego własnymi słowami, obelgami napastnika i tym, co wyczytał w pamiętniku kobiety. Torturowany przez orła. Przestań się bać. Kuternoga. Musisz znów wziąć do ręki strzelbę. Wiesz, że nie mogę. Tak bardzo go boli. To jego kostki. Kuternoga. Nie wystarczy, żeby go sprowadzić z powrotem. Torturowany przez orła. Musisz znowu wziąć do ręki strzelbę. Orzeł. Weź strzelbę. Kuternoga. I różowy głos, zagłuszający ten chór. Wołający go po imieniu.
- Catch! Zastrzel go, Catch!
Chłopak postąpił dwa kroki do przodu. Strzelił mężczyźnie w plecy, kiedy ten próbował otworzyć zamek. Siła uderzenia rzuciła nim o drzwi. Barman przeładował strzelbę, wyrzucając pustą łuskę. Mężczyzna wciąż żył. Upuścił kask i opierał się o drzwi obiema rękami. Drugi strzał w plecy. Tym razem nie ze strzelby. Znów ten różowy głos.
- Wykończ go, Catch!
Barman załadował kolejny pocisk. Znowu pociągnął za spust. Mężczyzna poderwał się, po czym opadł na podłogę.
Drzwi Maggie stały się jeszcze bardziej czerwone.

Rozdział 2

Dwóch mężczyzn i jedna kobieta szli po piasku pustyni Sonoran na północny wschód od Phoenix. Jeden z mężczyzn – kościsty dwudziestolatek z blond włosami i piegami – ubrany był jak kowboj. Słomkowy stetson. Czerwona bandanka. Dżinsowa koszula. Dżinsy sztywne jak karton. Kowbojki z grubymi obcasami i szpiczastymi czubkami. Do pasa miał przypięte dwa futerały z pistoletami. Drugi mężczyzna i kobieta byli w szortach, podkoszulkach, trampkach i czapkach bejsbolowych drużyny Minnesota Wild. Kowboj prowadził parę w stronę kaktusa wysokości domu.
- To saguaro. Symbol pustyni Sonoran. Kiedy uderza piorun, ci staruszkowie obrywają, bo są najwyżsi w okolicy. Mogą osiadać wysokość piętnastu metrów i żyć dwieście lat albo i dłużej. Przed nami stoi pradziadek ich wszystkich.
Para zwolniła kroku i została kilka metrów w tyle. Kobieta wsunęła prawą rękę pod ramię partnera i wspięła się do jego ucha. Wyszeptała:
- Mówiłeś, że będę mogła postrzelać. Kiedy?
- Portier w hotelu powiedział, że od jedenastego września już na to nie pozwalają – odparł mężczyzna.
Kobieta puściła jego ramię.
- Beznadzieja.
- Niezłe z ciebie ziółko, skarbie. Ile kobiet wścieka się, ponieważ nie może walnąć z pistoletu?
Sierżant Paris Murphy nie przypominała innych kobiet. Wysoka – metr siedemdziesiąt pięć – była tylko kilka centymetrów niższa od swojego męża, Jacka Ramiera. Marsz po pustyni nie zmęczył jej. Miała silne łydki i uda biegaczki; wąską talię i szczupłe biodra, a przy tym duże piersi. Egzotyczną kombinację oliwkowej skóry, wysokich kości policzkowych, fioletowych oczu i długich rzęs zawdzięczała matce Libance i ojcu Irlandczykowi. Jej grube, czarne włosy sięgały za ramiona.
Kowboj zatrzymał się i poczekał, aż para go dogoni. Kiedy znaleźli się tuż za nim, wskazał na wysokiego do kolan kaktusa o beczułkowatym kształcie.
- Tego nazywają kompasem, bo zawsze rośnie na południe. Po dużym deszczu może nawet się przewrócić. Dlatego też czasami nazywają go kaktusem-samobójcą. – Kowboj zamilkł na chwilę. – Ale żaden z nich nigdy nie zostawił pożegnalnego listu. Po prostu wyciągają nogi, i tyle.
Jack roześmiał się. Wyciągnął cyfrowy aparat z przedniej kieszeni szortów. Wycelował obiektyw w kaktusa i spojrzał na mały ekran z tyłu urządzenia. Nacisnął guzik i oddalił trochę obraz. Kiedy kaktus był wykadrowany tak, jak sobie tego życzył, zrobił zdjęcie. Potem jeszcze dwa.
- Dziwak z ciebie – powiedziała kobieta. – Trzy zdjęcia jednego kaktusa. I to nawet nie jakiegoś dużego, tylko małego i grubaśnego.
Jack skierował aparat w jej stronę. Pstryknął jej fotkę, jak pokazywała mu język.
- Wspaniale – rzucił rozbawiony.
Miał czterdzieści dwa lata i był sześć lat starszy od żony. Miał kręcone brązowe włosy i brązowe oczy. Atletyczną budowę ciała zawdzięczał wiosłowaniu. Nie znosił biegania. Nie był też szczególnie zainteresowany pistoletami. Największa różnica zdań między nimi dotyczyła jej pracy w wydziale zabójstw w St. Paul. Ona ją uwielbiała, on nienawidził. Był lekarzem w Regions Hospital, najlepszym centrum urazowym w St. Paul i miał pewność, że pewnego dnia Paris znajdzie się u niego na pogotowiu. Na noszach.
Jack opuścił aparat, a kowboj poprowadził ich dalej. Murphy oddychała głęboko, rozkoszując się pustynnym powietrzem. Była zaskoczona jego chłodem. Przewodnik powiedział, że ziemia jest wilgotna, ponieważ styczeń był deszczowy. Poprzednio Paris bywała w Arizonie w lecie, kiedy temperatura sięgała czterdziestu stopni Celsjusza, a powietrze sprawiało wrażenie, jakby było wydmuchiwane z suszarki.
Jack obserwował, jak jego żona przygląda się krajobrazowi.
- To nie Dolina Śmierci, której się spodziewałaś, co?
- W ogóle jej nie przypomina.
- Więc ci, którzy na zimę jadą na południe, nie są tacy źli?
- Aż tak daleko bym się nie posuwała. – Murphy utrzymywała, że ludzie uciekający przed mrozem to zwyczajni tchórze. Uwielbiała zimy w Minnesocie. Jackowi jednak udało się namówić ją na wakacje. Ich małżeństwo tego potrzebowało.
Wziął ją za rękę.
- Myślisz, że mogłabyś tutaj zamieszkać?
Za każdym razem, kiedy odwiedzali ten stan, zadawał jej to samo pytanie. Był jedynym synem pary uniwersyteckich profesorów. Mieli dom w Minnesocie, ale spędzali w Arizonie tyle czasu, ile tylko mogli. Rodzice Jacka namawiali syna, żeby się tu przeprowadził, bo sami chcieliby na stałe przenieść się w cieplejszy klimat. Murphy doszła do wniosku, że nie interesowało ich, czy ona przeprowadzi się razem z nim, czy też nie.
- Nie wiem – odpowiedziała. – Ile jest rocznie zabójstw w Phoenix?
- Im więcej, tym lepiej? – spytał sucho, puszczając jej dłoń.
- Potrzebuję pracy – odparła.
Kowboj znów się zatrzymał i wskazał kaktusa z krótkimi, zielonkawożółtymi bulwami. Roślina wyglądała, jakby była porośnięta futrem.
- Kaktus teddy-bear1. Jego igły są ostre jak skalpel. – Przewodnik wyciągnął z kieszeni nóż i kombinerki. Chwycił czubek jednej z bulw cążkami, odciął ją nożem i uniósł w górę, żeby im pokazać. – Apacze używali ich jako broni. Rzucali tym w żołnierzy. – Zamknął nóż, schował z powrotem do kieszeni i wyciągnął zapalniczkę. Włączył ją i przytrzymał pod bulwą. – Są jadalne, a jeśli się je pali, dym daje lekkie efekty halucynogenne.
Kiedy Jack robił zdjęcia przewodnikowi palącemu kawałek kaktusa, Murphy czubkiem buta przesunęła kamień. Wybiegł spod niego skorpion i szybko ukrył się pod sąsiednią skałą. Kowboj zgasił zapalniczkę i upuścił spaloną bulwę na ziemię.
- Proszę pani. Ostrzegałem, żeby tak nie robić. Mnóstwo paskudztwa kryje się pod kamieniami. – Wsunął kombinerki i zapalniczkę z powrotem do kieszeni, odwrócił się i ruszył przed siebie, mówiąc: - Żaden przewodnik ani gość Wild West Jeep Tours nigdy nie został ugryziony, a ja nie chcę dzisiaj zaprzepaścić tego rekordu.
Para pozwoliła przewodnikowi wyprzedzić się o kilka kroków. Jack szturchnął żonę łokciem w żebra.
- Będziesz wreszcie grzeczna?
Murphy nie podobało się, że poucza ją kościsty dzieciak w kowbojskich butach. Pomyślała, że wygląda jak Dennis Rozrabiaka. Krzyknęła za nim:
- A co z wężami? Macie tu jakieś węże? Kręcą się gdzieś przy myjniach? – Chciała, żeby znów powiedział „myjnia”. Wymawiał to „miijnia”.
- Grzechotniki. Ale niekoniecznie kryją się w myjniach. – Zastanawiał się, skąd przyszedł jej do głowy taki głupi pomysł. – Trzeba tutaj uważać na węże. Trzeba być ostrożnym, ale nie można wpadać w paranoję.
- Widzisz, Jack – szepnęła. – Przestań być paranoikiem.
- Skoro mówimy już o dzikiej faunie, opowiem wam, co jeszcze można znaleźć w tych okolicach – dodał kowboj, wciąż idąc żwawym krokiem. – Niedźwiedzie czarne. Górskie lwy. Rysie. Mulaki. Muflony. Kojoty. – Zatrzymał się i poczekał, aż para go dogoni. – Lemur katta też się zdarza. Wygląda jak domowy kot na prochach.
Tym razem to Murphy się roześmiała. Jej mąż spojrzał na nią, kiedy szli obok kowboja.
- Tak, dla ciebie naprany kot naprawdę jest śmieszny.
Kowboj wskazał przycupniętego kaktusa z patykowatymi ramionami, rosnącego wśród jakiś krzaków.
- Ten zwany jest „kaleczącym konie”. Chyba widać, dlaczego.
Jack zrobił dwa zdjęcia i poszli dalej.
- Jeździsz konno? – spytała Murphy. – Jesteś prawdziwym kowbojem?
- To zależy od tego, co się ma na myśli, mówiąc: „prawdziwy kowboj”.
- Skąd pochodzisz?
- Z Indiany – odparł przewodnik.
- Zatem skąd twoje przezwisko: Montana Jones? – spytała.
- Na nazwisko mam Jones. Większość chłopaków, którzy pracują na szlaku, bierze imię od swoich rodzinnych stanów. A Montana Jones brzmi bardziej oryginalnie niż Indiana Jones.
Cała trójka zatrzymała się u stóp gigantycznego kaktusa.
- Skąd jesteście?
- Z Minnesoty – odpowiedział Jack, wskazując na logo na swojej czapce.
- Zimno tam.
- Właśnie dlatego jesteśmy teraz tutaj – odparł Jack.
- Kiepski styczeń?
- Zależy, jak rozumiesz słowo: „kiepski” – wtrąciła Murphy. – Mnie trochę śniegu i mrozu nie przeszkadza.
- A mnie tak – powiedział Jack. – Ale starczy tej gadki o pogodzie. Jaka jest historia tego olbrzyma? – Odchylił głowę do tyłu, żeby objąć wzrokiem roślinę.
- Tak jak mówiłem, może żyć kilkaset lat. Te ramiona zaczynają mu wyrastać dopiero wtedy, gdy ma mniej więcej sześćdziesiąt.
Jack cofnął się i wycelował aparat.
- Stań przed nim, Paris. – Kowboj usunął się na bok. Murphy odwróciła się twarzą w stronę obiektywu. – Skarbie. Zdejmij tę czapkę, żeby było widać twoją twarz. – Zrobiła to, o co prosił i palcami przeczesała grzywkę. Włosy przycięte nad czołem służyły nie tylko ozdobie, ale ukrywały też znamię w kształcie półksiężyca – pamiątkę ze sprawy, nad którą pracowała poprzedniego lata. Wciąż przejmowała się tym znamieniem i Jack wiedział o tym. Martwił się, że ta sprawa pozostawiła w niej również niewidoczne blizny, ale nie wiedział, jak z nią o tym porozmawiać. – Wyglądasz świetnie. Mój pustynny kwiatuszek na pustyni.
Uwielbiała, gdy tak do niej mówił, nawet żartem. Uśmiechnęła się, a on zrobił jej pięć zdjęć.
Jack opuścił aparat i spojrzał na kowboja.
- A może zrobiłbyś nam wspólną fotkę?
- Pewnie. – Przewodnik podszedł do Ramiera, wziął aparat z jego ręki i cofnął się o kilka kroków.
Jack stanął obok żony i przygarnął ją do siebie ramieniem.
- Kocham cię – powiedział jej do ucha.
Murphy objęła go ręką w pasie.
- Ja ciebie też kocham – odpowiedziała cicho i przytuliła się do niego. Nie mogła uwierzyć, że po wszystkim, co przeszli, byli tutaj. Razem.
Kowboj zrobił im zdjęcie, opuścił aparat i spojrzał na wszystkie przyciski.
- Poczekajcie, niech rozpracuję to urządzenie. Teraz zbliżenie. – Znów podniósł aparat i przybliżał obraz dopóty, dopóki obiektyw obejmował tylko ich twarze. Zrobił dwa zdjęcia. Opuścił aparat. Zauważył, że Jack całuje Murphy w usta.
- Jesteście w podróży poślubnej?
- Nie do końca – odpowiedział Jack. – Jesteśmy razem już od jakiegoś czasu. – Zamilkł na chwilę. – Raz razem, to znów osobno. – Murphy puściła go i nałożyła czapkę z powrotem na głowę. Jack odszedł od niej i wziął aparat z rąk kowboja. Odwrócił się i spojrzał na wielkiego saguaro. – Stań tutaj, skarbie. Chcę zrobić kilka ujęć samego staruszka.
Stanęła obok męża. Patrzyła, jak kadruje ujęcie na małym ekranie.
- Tak jest nieźle – powiedziała. Jack zrobił trzy zdjęcia, jedno po drugim.
- Macie dzieci? – spytał kowboj.
- Nie – odparł krótko Ramier.
- My spodziewamy się trzeciego.
- Wyglądasz młodo jak na trójkę dzieci.
- Trzeba wcześnie zaczynać – odparł kowboj. – Kiedy ma się jeszcze siłę, żeby za nimi biegać.
Murphy chciała, żeby chłopak zmienił temat.
- A może zrobimy zdjęcie naszemu przewodnikowi?
Jack skierował obiektyw w stronę kowboja.
- Uśmiech, Indiana Jones.
- Montana Jones – poprawił kowboj, palcem przesuwając kapelusz na tył głowy i kładąc lewą rękę na pistolecie.
- Przepraszam – powiedział Jack. – Montana Jones. – Zrobił dwa zdjęcia. Opuścił aparat, wyłączył go i wsunął do kieszeni. Sprawdził godzinę. Była już druga i przegapili lunch. – Wracajmy do hotelu – powiedział do żony. – Zjemy coś i napijemy się. Skoczymy na basen.
Cała trójka skierowała się w stronę dżipa.
- Sam nie wiem – powiedział kowboj, kiedy szli. – Może powinienem jednak zmienić przezwisko na Indiana Jones?

Wklepała olejek do opalania w ramiona i spojrzała na innych ludzi opalających się nad basenem. Dwie kobiety na leżakach. Spędziły już zbyt dużo czasu pod słońcem Arizony – miały pomarszczoną i wysuszoną skórę. Mężczyzna w średnim wieku siedzący samotnie przy stoliku stukał jak szalony w klawiaturę laptopa. Kelner przyniósł mu piwo i hamburgera. Mężczyzna nawet nie podniósł wzroku. Kilka niespełna nastoletnich dziewczyn na jednym ręczniku, zaplatających sobie nawzajem włosy. Murphy przekręciła się na brzuch i poczuła gorąco na plecach. Mimo że na dworze było dość chłodno, czuła palące słońce Arizony. Leżała tak przez dziesięć minut, aż się znudziła. Nawet jako nastolatka nie zaprzątała sobie głowy zwykłymi, kobiecymi zmartwieniami, takimi jak opalenizna czy makijaż. Nie miała do tego cierpliwości, poza tym zawsze była chłopczycą. Jej matka musiała z nią walczyć, żeby nosiła sukienki.
Przekręciła się na plecy i usiadła na krześle. Przyglądała się basenowi o kształcie laguny podzielonej na dwie części, pomiędzy którymi stała sztuczna góra. Po jej zboczach do basenu spływały kaskady wody. Kanał łączący obydwie części biegł wzdłuż wzniesienia. We wnętrzu góry, od strony kanału, znajdował się bar serwujący kanapki, piwo, wino i koktajle. Z drugiej strony była siłownia. Hotel miał również korty tenisowe, sklepy z pamiątkami i restauracje. Basen w La Posada był jednak ogromną atrakcją, którą przebijała jedynie jego lokalizacja. Wzgórza u stóp Camelback Mountain.
Laguna była prawie pusta. Para chłopców siłowała się w kanale. Murphy wstała i podeszła do basenu. Usiadła na brzegu i zanurzyła nogi. Pomachała nimi, po czym zsunęła się do wody, przeszła kilka kroków i położyła się na plecach. Unosząc się na powierzchni, wpatrywała się w bezchmurne niebo. Miało inny odcień błękitu niż to w Minnesocie, pomyślała. Prawie turkusowy, jak indiańska biżuteria, którą widziała w sklepach dla turystów. Przekręciła się na brzuch i przepłynęła basen kraulem.
Jack chciał, żeby zatrzymali się w apartamencie jego rodziców w Phoenix, ale namówiła go na Scottsdale. Teraz, kiedy tu byli, mówił, że jest zadowolony. Wolałaby tylko, żeby nie zostawiał jej co chwila samej w hotelu. Nawet dzisiaj. W sobotę. Tym razem tylko coś zjadł, przebrał się i od razu wyjechał. Powiedział, że musi spotkać się z prawnikiem rodziców, porozmawiać z nim o ich finansach i zacząć organizować im zbliżającą się emeryturę. Mieli zjeść tego dnia późną kolację z jej teściami. Nie miała na to specjalnej ochoty. Nigdy nie czuła się dobrze w towarzystwie matki i ojca Jacka. W ich domu w St. Paul, w bogatej dzielnicy St. Anthony’s Park, panowała taka cisza, że miała ochotę mówić szeptem. Panował tam porządek i organizacja jak w muzeum. Nawet w kuchni. Nigdy nie widziała, żeby używali miedzianych garnków zawieszonych pod sufitem. W ich mieszkaniu w Phoenix było tak samo. Tyle że tutaj na wystawie stały naczynia ceramiczne, a nie miedziane. Z drugiej jednak strony nie mogła się specjalnie uskarżać na teściów. W końcu to rodzina Murphy spowodowała więcej zamieszania w jej małżeństwie.
Paris dopłynęła do kanału i zdecydowała się nie przepływać na drugą stronę. Chłopcy wciąż się w nim siłowali. Zawróciła i popłynęła z powrotem. Wyszła z basenu i obciągnęła jednoczęściowy kostium marki Speedo. Wysoko wycięty dół zaczął podjeżdżać w górę. Skierowała się w stronę jacuzzi. Weszła do parującej wody i zamknęła oczy. Pomyślała o tym, co w ogóle zaprowadziło ich do Arizony: ich trwające już osiem lat, kulejące małżeństwo. Jej praca zawsze była głównym źródłem tarć. Poprzedniej jesieni pojawił się jednak jeszcze większy problem. Jack odkrył, że w trakcie, kiedy byli w separacji, ona przespała się z innym mężczyzną. Z Erikiem Masonem. Śledczym z biura kornera hrabstwa Ramsey. Pokłócili się o to na jej barce. Jack oświadczył jej, że z nimi koniec. Wyszedł wściekły. Co gorsza, wrócił pewnego wieczoru na jej łódź i zastał tam Erika, z którym pracowała nad aktami sprawy. Mężczyźni wdali się w bójkę. Kiedy kurz opadł, rozstała się z Erikiem. Nie chciała z nim nawet pracować. Zadzwoniła do Jacka i błagała o wybaczenie. Rozmawiali o terapii małżeńskiej, ale zamiast tego postanowili wyjechać. Wziąć urlop. Wydawało jej się, że to działa. Oboje się rozluźnili. Więcej rozmawiali. Kochali się tak, jakby naprawdę czuli do siebie miłość.
Wyszła z jacuzzi i wróciła do basenu. Usłyszała krzyki. Zauważyła, że dokazujący chłopcy przenieśli się na jej połowę. Większy obejmował ramieniem szyję mniejszego i rzucał się na wodę. Rozdzielali się i wynurzali, żeby złapać trochę powietrza. Potem mniejszy chwytał większego i próbował pociągnąć go na dno. Przypominali jej siostrzeńców. Chciałaby mieć swoich własnych, rozbrykanych chłopaków. Ten cholerny kowboj, Dennis Rozrabiaka, i jego gadanie o dzieciach. Kolejny drażliwy temat w ich małżeństwie. Nigdy nie była w stanie ustalić z Jackiem odpowiedniego terminu, zwłaszcza, że ich związek był w jednej minucie gorący, a w następnej zimny. Nawet nie mieszkali pod tym samym dachem. On zatrzymał dom, który wspólnie kupili po ślubie, ona mieszkała na swojej barce na Missisipi. Zastanawiała się, czy zmieni się to po wakacjach. Może przyszedł czas, żeby sprzedać łódź. Wrócić do domu. Ich starego domu. Założyć rodzinę. Miała dziewięciu braci i wszyscy mieli dzieci. Jej rodzice gorąco pragnęli, żeby ich jedyna córka też je miała. Ich wtrącanie się było kolejną rzeczą, która irytowała Jacka. Kolejną, której nie lubił w jej dużym, hałaśliwym klanie. Gdyby mogła utrzymać rodzinę z dala, może tym razem skutecznie pogodziłaby się z Jackiem.
Zgięła się w pół i zanurkowała pod powierzchnię. Płynęła pod wodą tak długo, jak mogła. Lubiła mechaniczny, miarowy ruch nóg. Wyciąganie ramion przed siebie i ściąganie ich do boku. Pokonywanie wody. Wynurzyła się i chwyciła haust powietrza. Zanurzyła się z powrotem. Wypłynęła w kanale. Wyszła z wody i usiadła na stołku. Barman podał jej ręcznik. Wytarła nim głowę i owinęła się wokół pasa.
- Jest piwo z beczki? – Poczuła, jak coś uderza ją w plecy. Odwróciła się. Teraz chłopcy bawili się piłką plażową. Jeden najwyraźniej nie trafił. Piłka leżała na ziemi, tuż za stołkiem Murphy.
- Przepraszam – powiedział większy, brnąc przez wodę w kanale.
- Przepraszam – powtórzył mniejszy, płynąc za swoim towarzyszem.
Obaj mieli intensywnie rude włosy. Bracia albo kuzyni, pomyślała. Gimnazjaliści.
- Tak, tak. I pewnie chcecie, żebym ją wam rzuciła.
- Prosimy – odparli jednym głosem.
Zsunęła się ze stołka, odwróciła i ukucnęła, żeby podnieść piłkę. Kiedy była pochylona, spojrzała w stronę wody. Obaj stali przy brzegu basenu, wpatrując się w jej dekolt.
- Wy mali gówniarze. – Wstała i rzuciła piłkę na drugi koniec kanału. – Uderzcie mnie jeszcze raz, a przekłuję wam ją.
Obaj roześmieli się i popłynęli za piłką.

Kiedy Jack wszedł do pokoju, właśnie ściągała kostium. Stała do niego tyłem.
- To widok, który nigdy mi się nie znudzi – powiedział. Murphy zdjęła strój i podniosła go, po czym odwróciła się przodem do męża. – A ten jest jeszcze lepszy.
Poszła do łazienki i powiesiła kostium na wieszaku na ręczniki, żeby wysechł. Spojrzała w lustro. Jej twarz była lekko przybrązowiona i widziała jaśniejsze ślady na ramionach w miejscu, gdzie wcześniej przysłaniał je materiał. Uniosła dłoń do czoła i zatrzymała ją, zanim dotknęła grzywki. Zapomnij o tej cholernej bliźnie, powiedziała do siebie.
- Jak poszło z prawnikiem? Zajmie się wszystkim i będziemy mogli wreszcie rozkoszować się resztą urlopu?
- Na to wygląda. – Jack położył teczkę na szafce nocnej. Usiadł na brzegu łóżka i zdjął buty. Potem ściągnął skarpetki. Zadzwonił telefon. – Odbiorę. To pewnie moi rodzice. – Podniósł słuchawkę. – Doktor Jack Ramier.
Zastanawiała się, dlaczego odebrał telefon w tak oficjalny sposób. Na ogół nie używał tytułu. Włączyła zimną wodę, pochyliła się i ochlapała twarz. Wsłuchiwała się w to, co mówił.
- Tak... Tak... Wspaniale. Dziękuję... Tak, z pewnością... Ja też jestem tym bardzo podekscytowany... Nie mogę się doczekać.
Wyprostowała się, zakręciła kurek i sięgnęła po ręcznik. Był tylko jeden. Uśmiechnęła się. Zostawili na drzwiach wywieszkę z napisem: „nie przeszkadzać”, żeby móc kochać się późnym rankiem. Zapomnieli ją zdjąć, więc pokojówka nie posprzątała. Wytarła twarz ręcznikiem i odwiesiła go.
Kiedy wychodziła z łazienki, Jack odłożył słuchawkę. Spojrzała na telefon podejrzliwie, po czym zauważyła teczkę. Grubą od dokumentów.
- Tylko mi nie mów, że musisz zająć się papierkową robotą. Jest sobota, na miłość boską!
- Nie przejmuj się tym. – Wstał i podszedł do niej. Objął ją ramionami. Pachniała wakacjami. Chlorem i olejkiem kokosowym. Podobał mu się ten zapach. Pocałował ją, wsuwając język między jej wargi. Ręce opuścił wzdłuż jej pleców, na pośladki. Przestał ją całować.
- Masz zimny tyłek.
- Więc go rozgrzej.
- Wiem, jak to zrobić. – Odwrócił ją i popchnął na niepościelone łóżko. Rozpiął spodnie i zsunął je. Pozbył się też bokserek. Ściągnął koszulkę polo. Położył się na Murphy i schował twarz w zagłębieniu jej szyi. Potem przesunął usta niżej, na jej piersi. Ssał jej lewy sutek, dopóki nie zaczęła się kręcić i jęczeć. Oderwał usta od jej skóry.
- Czy jestem zbyt brutalny?
- Nigdy nie jesteś zbyt brutalny – powiedziała chrapliwie. Przesunął wargi na jej prawy sutek. Ugryzł i szarpnął lekko. Kolanem rozchylił jej uda i wszedł w nią. Murphy objęła go nogami.
W ich małżeństwie seks nigdy nie stanowił problemu.

Paris Murphy #3 - Mroczny Dom

Autor: Theresa Monsour
Wydawnictwo: Aurum
Wydanie polskie: 11/2009
Liczba stron: 304
Format: 145 x 205 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 978-83-61867-04-3
Cena z okładki: 44,20 zł


blog comments powered by Disqus