Bogowie nie umierają nigdy - recenzja książki "Zmierzch bogów"

Autor: Tomasz Nowak
Korekta: Przemek Szymczak
17 czerwca 2011

Opowieść Erika „Jerki” Wallina ze Sztokholmu to drugi tom w cyklu Wspomnienia Frontowe – opowieści żołnierzy walczących na różnych teatrach II wojny światowej. Wallin był ochotnikiem Waffen SS, który wyruszył wraz Hitlerem i narodowymi socjalistami w świat, szerzyć kulturę rasy panów. Co więcej, po przegranej wojnie do śmierci pozostał przekonany o słuszności jej celów.

Jego wspomnienia spisane zostały przez towarzysza broni – innego szwedzkiego ochotnika w szeregach SS, chcącego „zachować pamięć” o pobratymcach walczących w jednostkach tych sił. Sam Wallin był dowódcą plutonu moździerzy w 3. Kompanii batalionu rozpoznania dywizji Nordland, sformowanej głównie ze Skandynawów. Mówi tu jednak już tylko o schyłkowej fazie wojny – od zimy 1944 roku i walk w Kurlandii, poprzez zmagania na Pomorzu, po stopniowe wycofywanie do wrót i centrum Berlina.

To historia pełna zróżnicowanych emocji, bardzo zgrabnie przedstawiona, łatwo przyswajalna. Naprawdę przyjemnie i chętnie czyta się o dziarskich, nieustraszonych wojakach, bijących się niezłomnie „za sprawę”, w którą wierzą. No właśnie, w co wierzył Wallin? Pełen animuszu, pomimo poniesionej klęski, wyraża nietajoną dumę z własnych dokonań oraz ufność w wielką mądrość i słuszność narodowego socjalizmu, którą świat, szczególnie świat Zachodu, nieroztropnie i pospiesznie odrzucił.

W całej książce widać wyraźnie trzy przyświecające autorowi lejtmotivy. Po pierwsze – epatowanie dramatem żołnierzy i zwykłych ludzi, ataktowych zażarcie przez prymitywne, dzikie hordy ze wschodu. Pośrednio widać tu kwestię drugą – zaszczepioną, bezwzględnie i bezdyskusyjnie wyznawaną wiarę w rasę wyższą, Germanów, niosących kaganek kultury, sztuki i nauki reszcie świata. W jego oczach Niemcy to dotychczas nigdy niezdobyty bastion-kolebka cywilizacji, która właśnie stąd promieniuje na cały świat. Szerzenie owej cywilizacji na Wschodzie podaje także jako główny powód, dla którego on, jak i tysiące jemu podobnych, miało wstąpić w szeregi Waffen SS. Oczywiście, w późniejszym okresie przyczyną dalszego, pełnego zaangażowania stało się zupełnie co innego – położenie tamy bolszewickiej azjatyckiej fali zalewającej zagrożoną Europę.

Jak bardzo wyprany musiał zostać mózg młodego człowieka, aby odrzucał a priori bestialskie wybryki swych współtowarzyszy broni czy innych jednostek macierzystej formacji, by ślepo ufać do końca, nawet po wojnie, w słuszność narodowosocjalistycznej filozofii  „równości bezklasowego społeczeństwa”, tępiąc jednocześnie, de facto bratni, „zwierzęcy bolszewizm”?

Momentami Wallin rozczula się zniszczeniem „światłości świata” – jak jawią się mu Niemcy – z naiwnością rodem z prostych ideologicznych agitek (kwitnące sady, bogate gospodarstwa, piękne drogi, itp.). Kiedy indziej jego rozpacz nad upadkiem, zważywszy na naszą wiedzę o „dokonaniach” Waffen SS, brzmi niczym bajania rozgorączkowanego albo mocno upośledzonego umysłu.

Na tym tle razi element trzeci – poniekąd konsekwencja poprzednich, czyli przedstawianie walk kończącej się wojny niczym heroicznych zmagań o przetrwanie, gdy tymczasem przykładowo scena „wycofania” znad Kanału Tetlow w Berlinie to w rzeczywistości zwykła rejterada po trupach towarzyszy. Jednak takie „odwroty” nie budzą, rzecz jasna, moralnych wątpliwości autora, przekonanego nadal dogłębnie o słuszności swej misji. Oczywiście, tylko do czasu, kiedy SS-manów zaczynają po szpitalach szukać żądni krwi Sowieci, wówczas jakoś duch ginie… Wobec licznych napuszonych deklaracji o męstwie i odwadze, jakże żałośnie wygląda podpis pod jednym ze zdjęć, głoszący, iż Wallin „nie uważał się za bohatera, tylko za zwykłego człowieka”.

Już sama publikacja tego opracowania w naszym kraju uzmysławia, w jak chorym intelektualnie świecie żyjemy. Z jednej strony pozbawia się nas polskiego wydania tak ważnego historycznie dokumentu, jakim jest „Mein Kampf” Hitlera czy wspomnienia Göringa, z drugiej wydaje się otwarcie profaszystowskie wspomnienia kombatantów SS… Zatem? Jak dobrze, że wreszcie ukazują się u nas coraz częściej publikacje takie jak ta Thorolfa!
Lektura tej, skądinąd znakomitej, książki wzbudzi bowiem momentalnie wiele dyskusji, kontrowersji i sprzeciw każdego, kto wie, jak „honorowo” walczyły wojska spod znaku SS i trupiej główki. Niemniej, paradoksalnie to właśnie czyni ją niezmiernie ważną. Uświadamia, że wbrew powszechnej propagandzie, po śmierci Hitlera tak naprawdę nie umarł żaden z mitów szerzonych przez niego i narodowych socjalistów. To zatem nie tylko cenne źródło historyczne, ale również przestroga. Zwłaszcza dla naiwnie wierzących, że przeszłość ma moc pochłaniania własnych demonów.

Zmierzch bogów

Autor: Thorolf Hillblad
Tłumaczenie: Andrzej Murawski
Wydawnictwo: Bellona
Wydanie polskie: 3/2011
Seria wydawnicza: Wspomnienia Frontowe
Liczba stron: 192
Format: 145 x 205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788311119826
Cena z okładki: 9,99 zł



blog comments powered by Disqus