Fragment nr 1 z książki "Droga do Nawii"


Droga do Nawii

Tomasz Duszyński

(fragment)

 

Dziewczyna spała głęboko i spokojnie, jakby nie wydarzyło się wcześniej nic, co mogło zmącić spokój jej ducha. A przecież wydarzyło się tak wiele.

Nyja wsłuchała się w jej oddech, wpatrzyła w wygładzone rysy twarzy.

– Jak jest twoja rola? Kogo grasz w tym przedstawieniu?

Ksenia obróciła się na bok. Na jej ustach błądził uśmiech, przywołany gdzieś z otchłani snu.

Nyja zamknęła oczy i skoncentrowała się na ulotnym wrażeniu, delikatnym wirze unoszącym się tuż nad głową śpiącej. Dotknęła go umysłem, wciągnęła w nozdrza, czując zapach polnych kwiatów, rozgrzanej słońcem łąki.

 

Dziewczyna siedziała na wzgórzu i patrzyła na zachodzące słońce. W dole tańczyły rusałki, trzymając się za ręce, pląsały w promieniach muskających delikatną poświatą młode ciała.

Ksenia wstała i ruszyła wolno, jakby niezdecydowana, w dół, w stronę rzeki. Tam, gdzie stawiała stopy, z ziemi wystawiały główki kwiaty. Rosa zmoczyła jej sukienkę, źdźbła trawy pozostały na bosych stopach, pomiędzy palcami, wokół kostek.

Nyja patrzyła na to wszystko w zdumieniu. Słońce zatrzymało swoją wędrówkę, jakby czekając na znak dziewczyny. Rusałki rozpierzchły się, ale Ksenia zdawała się ich nie zauważać. Szła dalej w dół, w stronę rzeki.

Nad jej głową przeleciały jaskółki, najpierw jedna, potem kilka, w szaleńczym pędzie wykonując akrobacje, od których mogło zakręcić się w głowie.

W dół, do rzeki.

Stanęła na brzegu, kolejny krok i stopy zanurzyły się w wartkim nurcie. Tu zatrzymała się i spojrzała w górę rzeki.

Czekała.

Słońce zmieniło kolor. Stało się rubinowe, jaskółki przeniosły się nad pędzący nurt wody. One także znieruchomiały, jakby na coś czekając.

W końcu i Nyja dostrzegła, że zza zakrętu wyłoniło się coś olbrzymiego, płynącego z ogromną prędkością w ich stronę.

Nie miała wątpliwości, że to drzewo, wielkie, chwilami obracające się, chybotliwe, jakby odbijało się od niewidzialnych przeszkód.

Gałęzie łamały się, liście porywane przez nurt barwiły wodę złocistymi smugami.

Nyja patrzyła z fascynacją, która powoli napełniała ją niepokojem. To drzewo. Znała je bardzo dobrze.

Nie potrafiła oderwać wzroku od korzeni, które wydawały jej się tak mocne i wieczne. Wyciągały soki z samych wnętrzności Ziemi, one były ziemią i powietrzem. Teraz tak kruche…

Ksenia odwróciła się od rzeki. Stała wyprostowana, patrząc w stronę Nyi. Uśmiechała się, a ten uśmiech… Ten uśmiech wzbudził lęk w sercu, które lęku nigdy nie zaznało.

– Kim jesteś? – zapytała Nyja.

Dziewczyna pokręciła głową, uniosła dłoń i wskazała coś za plecami Nyi, która chciała się obrócić, ale wtedy wir zakręcił się mocniej, a ona została wypchnięta ze snu Kseni jak nieproszony gość.

 

 

– Wiesz, gdzie mamy iść? – zapytałem. Mimo szczerych chęci nie byłem w stanie zapamiętać wskazówek. Miałem nadzieję, że chociaż Misza był w stanie pojąć słowotok Walerika.

– Mniej więcej. – Asieniewicz wzruszył ramionami.

Wysiedliśmy na stacji metra. Asieniewicz przez dłuższy czas zachowywał się jak mruk. W wagonie w ogóle nie był skory do rozmowy, tylko się nad czymś zastanawiał. Dałbym głowę, że myśli o dziewczynie.

– Kto to ten… Marid?

Zdawałem sobie sprawę, że moje ciągłe pytania mogą być irytujące, ale musiałem nawiązać kontakt z zamkniętym w sobie Miszą. Jeśli chcieliśmy wyjść cało z tej opresji, powinniśmy współpracować.

– Wiem tyle co ty.

Skinąłem głową. Rozdrażnienie mojego towarzysza zaczynało mnie także działać na nerwy.

Wyszliśmy ze stacji metra wprost w rozgrzane powietrze Moskwy. Szeroką ulicą jechały sznury samochodów, ludzi, mimo upałów, było wielu. Tłoczyli się na chodniku, stali w kolejce pod kioskiem z gazetami. Niektórzy przy budkach z jedzeniem. Sam także poczułem głód.

– Łaźnia jest tam. Sanduny.

Misza wskazał palcem uliczkę, a kilka minut później narożny budynek.

– Sanduny 1896 – przeczytałem. – Restauracja i bar. Dobrze się składa, głodny jestem.

Asieniewicz powiedział coś niezrozumiałego pod nosem.

Przekroczyliśmy ulicę i Misza otworzył drzwi.

Przy kasie siedziała może czterdziestoletnia kobieta. Przyjmowała automatycznie pieniądze i równie bezdusznie wydawała bilety. Kiedy Asieniewicz podszedł i oznajmił, że przysłał nas Walerik, wyraz jej twarzy nie zmienił się nawet odrobinę. Po prostu przekazała dwa kartoniki, nie odrywając wzroku od swoich paznokci.

Weszliśmy do przebieralni.

Zawsze lubiłem takie miejsca. Czuć było tu historię. Czasy świetności łaźnia miała za sobą, pozostał jednak klimat, który nawet teraz dodawał Sandunom uroku.

Misza zlitował się nade mną i zamówiliśmy mocną herbatę z konfiturą, a także ciasto z jagodami. Pochłonąłem je szybko, podobnie herbatę, w której można było wyczuć mocny smak suszonej śliwki. Tak wzmocniony byłem w stanie stawić czoła każdemu wyzwaniu.

– Panowie pójdą za mną.

Młody mężczyzna skinął na nas i poprowadził w bok od głównego przejścia, do którego zmierzała większość klientów.

– Gdzie nas prowadzisz? – zapytał Misza.

– Jesteście specjalnymi gośćmi pana Marida. Zapraszamy do osobnej łaźni. Za godzinkę pan Marid się z wami spotka.

– Trzeba było tak od razu – powiedziałem.

Znaleźliśmy się w wąskim, parnym korytarzu. Skręciliśmy w prawo, a potem schodami w dół. Poczułem się nieswojo. Ściany wyłożone były zielonym marmurem i pociły się zupełnie tak samo jak moje czoło. W końcu stanęliśmy przy drzwiach.

– Szatnia dla panów jest tutaj. Proszę skorzystać i przejść dalej w stronę sauny.

Misza skinął głową, a mężczyzna o podobnie bezdusznym wyrazie twarzy jak kasjerka oddalił się niespiesznie, wracając tym samym korytarzem, którym przyszliśmy.

Odsunąłem Miszę i otworzyłem ostrożnie drzwi, jakbym spodziewał się znaleźć za nimi dziką bestię.

Szatnia wyglądała zwyczajnie, może tylko bardziej pasowałaby do sali gimnastycznej. Kilka szafek, krzesło i wieszaki na ścianie. Pozostawienie tutaj swojego ubrania i paradowanie w samym ręczniku nie za bardzo przypadło mi do gustu. Misza też przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby walczył ze sobą.

– Idziemy? – zapytał.

Skinąłem głową, zrzuciłem ubranie i okręciłem ręcznik wokół bioder.

– Dawaj, Misza. Jak ginąć, to przynajmniej z klasą!

Weszliśmy do pomieszczenia wypełnionego po brzegi parą. Miałem wrażenie, że wciągnięcie gorącego powietrza przez nozdrza zakończy się spaleniem płuc. Podczas służby w Afganie całkiem dobrze znosiłem upały, sauny jednak nigdy nie lubiłem.

Moje ciało pokryło się szybko kropelkami potu. Usiadłem naprzeciw Asieniewicza i przyjrzałem mu się. Był szczupłym żylastym osobnikiem. Melancholijny introwertyk, pewnie tak bym go określił, gdyby komuś przyszło do głowy mnie o to zapytać.

– Zwariowaliśmy?

Zaśmiałem się cicho.

– Czytasz w myślach? Zadaję sobie to samo pytanie od dłuższego czasu.

Asieniewicz uśmiechnął się, chyba nawet odprężył.

– Ja brnę w to szaleństwo ze względu na Ksenię… Ale ty? Czemu tu przyjechałeś? Nie lepiej wrócić do Polski?

Otarłem pot z czoła. Moja skóra była tak gorąca, że wydawało mi się, że poparzyłem opuszki palców.

– Tam też mnie znajdą. Poza tym jestem to winien pewnej osobie. W sumie coś jej zawdzięczam…

Asieniewicz nie dopytywał o to, co i komu.

– Wierzysz w Boga? – zainteresowałem się.

– Nie bardzo – odpowiedział. – Jestem ateistą.

– No popatrz. – Wyszczerzyłem zęby. – Trudno ci było uwierzyć w jednego Boga, a tu masz ich na pęczki. Do tego jeszcze wampiry i inne tałatajstwo.

– Mnie to wiary nie dodało, a twojej czasem nie zachwiało? – zapytał z przekąsem.

– Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną – zacytowałem. – U mnie nic się nie zmieniło. To nie moi bogowie.

– Ale, jak widać, istnieją.

Wzruszyłem ramionami.

– Zaraz będę jak skwarek, ewakuujmy się stąd.

Asieniewicz skinął głową. Przeszliśmy najpierw do małego pomieszczenia, gdzie przyjąłem na ciało lodowatą wodę, a potem znaleźliśmy się w sali z basenem. W błękitnej tafli odbijały się marmurowe kolumny i zdobiony sufit. Poczułem się niemal jak w starożytnym Rzymie.

Okazało się, że nie byliśmy sami. W wodzie pluskały się dwie dziewczyny. Dopiero po chwili zauważyłem, że nie mają na sobie strojów kąpielowych i pływają, jak je natura stworzyła. Zastanawiałem się, czy to tutaj taki obyczaj. Jeśli tak, to przypadł mi do gustu.

Asieniewicz usiadł na leżaku i wskazał mi drugi obok siebie. Miałem raczej ochotę na skok do basenu, ale postanowiłem dotrzymać mu towarzystwa.

– Mamy jakiś plan? – zapytał.

– Przeżyć – odpowiedziałem krótko.

– Pytam poważnie. – Skrzywił się. – Być może Marid powie nam, gdzie jest Ksenia. Co dalej?

– Walerik jest po naszej stronie, Lel i Polel też. Coś wymyślimy.

– Coś wymyślimy – powtórzył cicho Misza. – Nie damy jej rady, tej Nyi, skoro i Roman nie dał… Nie wiadomo, dla kogo pracuje albo komu służy.

– Oj, nie bądź taki skromny. – Puściłem do niego oko. – Umiesz przenikać przez ściany, może masz jeszcze jakieś ukryte zdolności. Poza tym nie zapominaj o Batlerze. Nie zastanawiało cię, co się z nim stało? Dziewczyna była z nim, a potem w butiku już sama.

– No właśnie… – Asieniewicz ożywił się. – Wypuścił ją i zniknął.

– Mam wrażenie, że jeszcze się z nim spotkamy. – Nagle zdałem sobie sprawę, że elementy układanki zaczynają do siebie pasować. Wydawało się, że wystarczy jeszcze drobny wysiłek umysłu, a wszystko ogarnę i zrozumiem. – Wystawił dziewczynę na przynętę. Być może zależy mu na Nyi albo, jak to ująłeś, na tym, komu ona służy.

– Więc ty też masz zdolności. – Misza prychnął.

– Tak? – Uniosłem brwi w zdziwieniu.

– Może z ciebie jakiś Sherlock Holmes jest? A może masz jeszcze jakieś inne ukryte talenty?

– Raczej nie. – Zaśmiałem się na całe gardło.

Od dłuższego czasu obserwowałem dziewczyny. Podpływały coraz bliżej, jakby chciały przyciągnąć naszą uwagę. W końcu stanęły tuż przy krawędzi basenu i z uśmiechem przysłuchiwały się naszej rozmowie.

– Nie pływacie? – zagadnęła jedna z nich, a druga zachichotała. – Brakuje nam towarzystwa.

– Misza, co ty na to? – zapytałem.

Były naprawdę piękne. Wyróżniały się nieco arabską urodą: gładka brązowa skóra, kruczoczarne włosy. Jedna z nich właśnie zaczesała je palcami do tyłu i kształtne piersi wyskoczyły nad taflę wody. Zrobiło mi się goręcej niż wcześniej w saunie.

– Brakuje nam towarzystwa – powtórzyła wyższa, kładąc dłonie na ramionach koleżanki. Przyciągnęła ją do siebie i pocałowała namiętnie w usta.

– O kurczę – wyjąkałem. – Powiedz, że śnię…

– Śnisz. – Misza pokręcił głową z niedowierzaniem.

Jedna z dziewczyn puściła do mnie oko i przywołała wskazującym palcem. Ten ruch był cholernie erotyczny.

– Misza?

– Idź. – Asieniewicz popatrzył na mnie. – Baw się dobrze.

Wzruszyłem ramionami i pomachałem dziewczynom. Odrzuciłem ręcznik i wskoczyłem na główkę do basenu ponad nowymi znajomymi.

Gdy wynurzyłem się na powierzchnię, dotarł do mnie ich perlisty śmiech. Znikły pod wodą w ułamku sekundy. Przez chwilę czułem się jak bohater filmu Szczęki. Nagle ktoś uszczypnął mnie w pośladek. Jedna z dziewczyn otarła się o mnie przyjemnie, druga wypłynęła tuż przy mojej twarzy. Zarzuciła mi ręce na szyję i przywarła ustami do moich. Poczułem jej miękki, gorący język oraz twarde sutki na klatce piersiowej.

– Dziewczyny, dajcie spokój, cholera wie, kto wcześniej pływał w tym basenie – powiedziałem, gdy wreszcie miałem wolne usta.

Wybuchły śmiechem.

Moja pewność siebie gdzieś się ulotniła. Poczułem się nagle skrępowany, choć Misza raczej nie patrzył w naszą stronę. Zerknąłem w stronę leżaków: Asieniewicz odwrócił się plecami. Dobrze wychowany.

Dziewczyny znów zanurkowały. Zamieniły się, tylko że tym razem…

– O kuuuuurczę?

Poczułem dotyk ust w miejscu, które pulsowało podnieceniem.

– Dziewczy… – Nie dokończyłem, bo druga znów wpakowała mi język w usta.

Nieźle, pomyślałem. W moich żyłach przetoczył się rozpalony ołów, podniecenie zawładnęło mną niemal całkowicie.

– Dobrze pływacie – wysapałem.

Znów się zaśmiały. Dłoń jednej z nich przesunęła się z mojego brzucha niżej. Druga przywarła do pleców, obejmując mnie udami. Zanurzyłem się pod wodę i wierzgnąłem, wydostając się na powierzchnię.

– Ostrożnie… – Popatrzyłem w oczy tej bardziej aktywnej. Przez ułamek sekundy dostrzegłem w nich coś, co zmroziło mi krew w żyłach. Jej tęczówki przypominały wodny wir.

Zaśmiały się głośno, a ja poczułem, jak obie ciągną mnie w dół.

Ta, która znalazła się z tyłu, oplotła mnie nogami, ściskając w pasie. Nie zdążyłem nawet nabrać powietrza. Przycisnęła palcami moją krtań.

Droga do Nawii

Autor: Tomasz Duszyński
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 8/2015
Liczba stron: 486
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788379763030
Wydanie: I
Cena z okładki: 36,90 zł


blog comments powered by Disqus