Diabeł tkwi w szczegółach - recenzja "Produktu ubocznego"

Autor: Kormak
20 września 2008

Podróże w czasie, mutanty, wszechmocne korporacje, klony, tajne eksperymenty nazistów, tajemnicze urządzenia o mocy równej Bogu – to wszystko znajdziemy w zbiorze opowiadań Tomasza Duszyńskiego, którego czytelnicy kojarzyć z tomików Trupojad. Nie ma ocalenia oraz Epidemie i zarazy. W całości autorski Produkt uboczny to kolekcja niezbyt długich tekstów z pogranicza science-fiction i grozy, przyprawiona szczyptą groteskowego poczucia humoru. Jako że wymieniona w pierwszym zdaniu lista tematów to kanon, żeby nie powiedzieć sztampa -  niepoliczalny tłum lepszych i gorszych pisarzy pisała o tym – zadanie, które postawił sobie polski autor, jest jednocześnie łatwe i trudne. Łatwe, bo tematyka ta to samograj. Trudne, bo co jeszcze oryginalnego można tu wymyślić?

Duszyński w liczących maksymalnie kilkadziesiąt stron opowiadaniach nie ma miejsca na szczegółowe przedstawienie świata czy nakreślenie pogłębionych sylwetek swoich bohaterów. Takie są ograniczenia formy, którą przyjął i trzeba przyznać, że radzi sobie z tym całkiem nieźle. Setting jest wiarygodny, pozwalający z miejsca ruszyć tropem fabuły. Można nawet powiedzieć, że początek to mocna strona tekstów zawartych w Produkcie ubocznym, gorzej już z ich rozwinięciem czy zakończeniem. Branie się za oklepane wątki wymaga wymyślenia czegoś zaskakującego, tymczasem na finiszu prawie każdego opowiadania ogarniało mnie albo znudzenie, albo rozczarowanie. Wyjątkiem był Serdelek na wakacjach, najkrótsza i zdecydowanie najlepsza pozycja w zbiorze, pełna czarnego humoru, zmierzająca do makabrycznego końca.

Najsłabszą stroną autora są drobne szczegóły, których dopracowanie często przesądza o tym, czy osoba czytająca polubi to, co ma przed sobą. Mi od samego początku przeszkadzały np. nazwiska bohaterów: Hank Dermann, Bart Tondrak, Gary Horkman, Frank Beneth, Peter Mackormik. Brzmią one sztucznie i nie sprawiają, że widzę w ich posiadaczach ludzi z krwi i kości.  Mackormik? Brzmi to jak spolszczona wersja MacCormick - takie fonetyczne dziwolągi wyglądają bardzo niezgrabnie w tekście. Podobnie ma się sprawa nazw własnych: Global Genetics, Techlab... sztampa! To są drobnostki, ale nagromadzenie ich może wytrącić z równowagi i wywołać wrażenie, że Duszyńskiego zawodzi inwencja twórcza. Skoro nie potrafi wymyślić zgrabnych i ciekawych nazwisk, jak można oczekiwać, że opowiadania będą lepsze? Diabeł tkwi w szczegółach - to powiedzenie także jest sztampowe, ale jakże prawdziwe.

Nie oznacza to, że Produkt uboczny jest złą książką. Powiedziałbym raczej, że niedopracowaną. Są w niej naprawdę znakomite momenty, jak wspomniany Serdelek na wakacjach, kilka scen w Śmierć to zwykłe marnotrawstwo materiału (początkowa jazda metrem czy budzący grozę opis tego co czuje Miller po wejściu do budynku dróżnika), krótki dialog Dermanna z eskortującym go gliniarzem czy wizja zrujnowanego przez apokaliptyczne wydarzenia Wrocławia w Chrononaucie. Książka ta była moim pierwszym kontaktem z twórczością Tomasza Duszyńskiego i sprawiła, że z zainteresowaniem przekonam się, czy w przyszłości uda mu się wyeliminować kilka wad, które nie do końca pozwalały mi czerpać przyjemność z lektury jego opowiadań. Ciekawe też, jakby sprawdził się w dłuższej fabule? 

P.S. Ilustracje, nienajlepszej jakości, też można było sobie darować.

Produkt uboczny

Autor: Tomasz Duszyński
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 5/2007
Seria wydawnicza: Kuźnia Fantastów
Liczba stron: 264
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-60505-40-3
Wydanie: I
Cena z okładki: 26,95 zł


blog comments powered by Disqus