Recenzja książki "EVE. Era Empireum"

Autor: Sir Alexander
Korekta: Zunia
22 października 2011

Zapadnięcie się bramy EVE oddzieliło ludzkie kolonie od Ziemi i niemal skazało je na wymarcie. A jednak, ludzkość przetrwała i w ciągu kilkudziesięciu tysięcy lat odzyskała siły. Odizolowane od matecznika ostoje cywilizacji człowieka zorganizowały się z czasem w nowe imperia zarządzane przez świeże rasy. Pierwsi zew potęgi poczuli Ammarowie i bardzo szybko zdominowali resztę ludzkości pod sztandarami swej wiary, ale później doszło do przesilenia i trzy kolejne rasy – Minmatarzy, Gallenteanie oraz Caldari – wywalczyły zręby własnej niepodległości w ich cieniu. Po dramatycznych zmaganiach, w nowym świecie ludzi zapanował chwiejny pokój, który trwał kolejne tysiące lat. Aż do teraz. Czas spokoju się skończył. Walka o władzę w Ammarze, rewolucja w korporacyjnym Caldari i niepodległościowy zryw w Minmatarze uderzają w słabe nici pokoju. Chciwość, pragnienie władzy i niecierpliwość doprowadzają do konwergencji, której efektem będzie nowa era – Era Empireum – a jej historia zapisana zostanie w rytmie wojny, która spali i zniszczy stary porządek, a przegranych skaże na zagładę.

Multimedialność współczesnego świata nie przestaje zadziwiać. Jedne i te same historie opowiadane za pomocą wielu nośników wpisują się coraz silniej w mocno zunifikowany krajobraz kultury dwudziestego pierwszego wieku. Nie zaskakują filmy oparte na książkach, a nawet gry komputerowe wywiedzione z papierowych źródeł. Niewiele większe wrażenie robią… książki zbudowane na bazie filmowych scenariuszy, ale na tym nie koniec. Wygląda na to, że trzeba się będzie przyzwyczaić do jeszcze ciekawszego zjawiska, jakim jest generowanie powieści na bazie… gier komputerowych. Pierwsze kroki uczyniono już dawno temu, wystarczy wspomnieć miękkogrzbietowe historie ze świata Baldurs Gate czy Warcraft (o Larze Croft nie wspominając…). Lecz i tego mało. Oto bowiem jesteśmy świadkami kolejnego, imponującego „pierwszego razu”. „EVE. Era Empireum” to wielka cegła, nijak nieprzypominająca quasi-broszurowych wydań postgrowych historyjek, która sens swego istnienia wywodzi z gry… internetowej (MMORPG)! „EVE Online” już dawno temu przekroczyła ćwierć miliona subskrybentów, a więc użytkowników gotowych płacić całkiem rzeczywiste pieniądze za rozrywkę w zupełnie nierzeczywistym, kompletnie wirtualnym świecie EVE. Jedno jest pewne: target dla książki Toma Gonzalesa jest gotowy, a przy tym absolutnie imponujący. Zobaczmy jednak, czy „EVE. Era Empireum” spełnia wymogi tych spośród czytelników, którzy do historii papierowych podchodzą nieco bardziej konserwatywnie…
 
Powieść Gonzalesa nie jest jedynie nazbyt rozbudowaną instrukcją obsługi gry, ale inspiracje cyfrowe dostrzegalne są na każdym kroku. Z gry wywiedziony został cały opis świata przedstawionego, rasy, technologie, problemy, a nawet… pewne postaci. Typowo „growy” charakter ma też rozdzielenie narracji na cztery równoległe ścieżki, po jednej dla każdej ze stron konfliktu (na wypadek gdyby czytelnik chciał w którymś momencie wybrać swój kolor i nacisnąć „play”, bo inaczej tego wytłumaczyć się nie da). Gonzales udowadnia, że jest sprawnym rzemieślnikiem i udanie kontroluje wszystkie wątki główne i poboczne, lecz… summa summarum, na tym polu powieść traci najbardziej. Tempo, choć spore, spada, jeśli je rozbić na tak wiele kierunków. Konieczność w miarę chronologicznego i konsekwentnego przedstawienia wydarzeń – czasami splatających się, często jednak podążających obok siebie, zanurzonych w innych klimatach i poddanych osobnym paradygmatom – sprawia, iż opowieść męczy, bowiem silne uderzenia przeplatają się z usypiaczami (co jest złe), a mocne momenty następują na pięty jeszcze mocniejszym epizodom (co, wbrew pozorom, jest jeszcze gorsze). Z tego względu przygoda z „EVE. Era Empireum” jest nieco utrudniona i opowieść nie wciąga tak, jak powinna.
 
A potencjał ma potężny. Dzieło Gonzalesa jest prawdziwie epicką science fiction, zahaczającą o strefy military science fiction, a nawet o cyberpunk, rozbudowaną do tego stopnia, że… można by z niej wykroić ze dwie pełnowymiarowe książki bez straty dla jakości opowieści. Jest tutaj wszystko: bogata konstrukcja świata, liczne postaci obdarzone własnym charakterem, skomplikowane intrygi fabularne, ogrom emocji i cała galaktyka okrucieństwa… Czego chcieć więcej?
 
W kategorii powieści opartych na grach komputerowych, „EVE. Era Empireum” robi naprawdę wielkie wrażenie. Sam fakt, iż książka przeznaczona w dużej mierze dla wielbicieli rozrywki cyfrowej została tak mocno rozbudowana, świadczy o wielkim zaangażowaniu autora, ale i fabularnej pojemności samej gry. Mimo wielu zastrzeżeń, literackiej próbie Gonzalesa nie mogę zarzucić wtórności – jest to z pewnością pozycja warta uwagi, ciekawa, a wręcz intrygująca. Zaryzykuję stwierdzenie, że docenią ją czytelnicy, którzy nawet nie otarli się o bazowy MMORPG (ani, skoro już o tym mowa, o żaden inny), ceniący mniej lub bardziej twarde historie science fiction. Co więcej, niektórzy z nich mogą spróbować po lekturze przedłużyć frajdę i zanurkować na serwer EVE, ale to już całkiem inna historia…
 

EVE #1 - Era empireum

Autor: Tony Gonzales
Tłumaczenie: Adrian Napieralski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 9/2011
Tytuł oryginalny: EVE: The Empyrean Age
Rok wydania oryginału: 2008
Liczba stron: 592
Format: 150x230 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788375066784
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,90 zł



blog comments powered by Disqus